PZPN robi z nas frajerów

Zamiast ogłosić, jak planuje naprawić sytuację w polskim futbolu po kolejnym przegranym mundialu, porażkach drużyn młodzieżowych i klubów, Zbigniew Boniek przyjął do pracy z reprezentacją trenera skazanego za korupcję.

06.08.2018

Czyta się kilka minut

Prezes PZPN Zbigniew Boniek, Kielce, 9 października 2017 r. / PAWEŁ MAŁECKI / AGENCJA GAZETA
Prezes PZPN Zbigniew Boniek, Kielce, 9 października 2017 r. / PAWEŁ MAŁECKI / AGENCJA GAZETA

Najnowsza decyzja PZPN o zatrudnieniu Andrzeja Woźniaka jako szkoleniowca bramkarzy reprezentacji to kolejny, zdecydowanie najmocniejszy policzek dla ludzi uczciwych, którzy zostali skrzywdzeni w czasach, kiedy korupcja w polskiej piłce była powszechna. Związek znów udowodnił, że lepiej traktuje skorumpowanych niż tych, którzy z korupcją starali się walczyć, albo choćby tych, którzy przynajmniej się jej nie poddali. To taka kropka nad i piłkarskiej beznadziei.

Przez lata lojalnie zgłaszałem w PZPN problemy i korupcyjne zagrożenia. Najpierw chodziłem do szefa Kolegium Sędziów, a gdy ten z różnych powodów nie chciał reagować, udawałem się wyżej – aż do prezesa.

Przez kilka lat próbowałem przekonać Zbigniewa Bońka do reakcji na zjawiska patologiczne. Okazało się, że traciłem czas, a teraz widzę, dlaczego.

Poprzedni prezesi związku – późno, bo późno, ale jednak – ludzi oskarżonych lub skazanych za korupcję zwalniali z pracy. Zbigniew Boniek jest pierwszym, który postanowił kogoś takiego zatrudnić. Widocznie stwierdził (albo dał się przekonać), że stan polskiego futbolu jest już tak zły, że nie ma innych odpowiednich kandydatów i reprezentacja narodowa potrzebuje trenera bramkarzy skazanego prawomocnie za regularne ustawianie meczów. Nic to, że w ten sposób obraził lub co najmniej zasmucił wielu byłych znakomitych bramkarzy – bo Polska to przecież od dawna kraj znakomitych golkiperów – i rozczarował wielu pracujących w zawodzie trenerów, nie tylko bramkarskich. Oni nie mają na koncie wyroków i nadal czekają na zaszczyt pracy z reprezentacją, jaki właśnie spotkał skazanego za psucie sportu, oszukiwanie rywali, klubów i kibiców.

W tej sytuacji prezes chyba powinien wyjaśnić, według jakich kryteriów tacy znani i cenieni specjaliści jak Krzysztof Dowhań, Jerzy Dudek, Jacek Kazimierski, Wojciech Kowalewski, Adam Matysek, Arkadiusz Onyszko, Maciej Szczęsny czy inni o podobnych doświadczeniach i umiejętnościach zostali uznani za gorszych kandydatów do pracy z reprezentacją. Czego im brakuje, co ma Andrzej Woźniak?

„Mafia Fryzjera”? Prezes nie czytał

Po latach obserwowania działań związku od środka odnoszę wrażenie, że Zbigniew Boniek przespał najbardziej wstrząsający okres w historii polskiej piłki nożnej – gigantyczną aferę korupcyjną – i nie wyciągnął z niej żadnych wniosków. Najwyraźniej nie czytał akt, nie słuchał zeznań, nie zna wielu ważnych faktów albo to wszystko po prostu lekceważy. W efekcie czasem krytykuje lub wyśmiewa tych, do których wcześniej „strzelał” słynny „Fryzjer” – Ryszard Forbrich, główny organizator korupcyjnego procederu – i jego podwładni, a broni lub nagradza osoby, które na taką obronę i nagrody ewidentnie nie zasłużyły.

Boniek mógłby z łatwością takich błędów uniknąć. Wystarczyłoby, gdyby zadzwonił do Tomasza Smokowskiego z Komisji Mediów PZPN, który o sprawach nagłośnionych przez Ryszarda Niedzielę w książce „Mafia Fryzjera” mówił w telewizji, albo do swojego podwładnego Pawła Drażby, który o wątkach z książki Niedzieli pisał w gazecie, zanim zaczął pracować w PZPN. Mógłby też zadzwonić do Andrzeja Strejlaua, którego przecież zna od dawna, a który od lat uprzedzał, że korupcja wróci do polskiej piłki. Wiedział, co mówi, bo ma bardzo szeroką wiedzę: był trenerem klubów Ekstraklasy, reprezentacji Polski, szefem sędziów, członkiem władz PZPN.

Prezes mógłby też zadzwonić do świetnie zorientowanego w branży piłkarskiej właściciela portalu „Weszło” Krzysztofa Stanowskiego, którego chyba lubi i ceni, albo do dziennikarza Polskiego Radia Dominika Panka, nazywanego jednoosobowym piłkarskim Instytutem Pamięci Narodowej. Panek od lat poświęca swój prywatny czas dla – w założeniu – dobra polskiej piłki nożnej, prowadząc blog „Piłkarska Mafia”. Można na nim znaleźć wiele informacji, które prezes PZPN powinien znać i uwzględniać.

Afera korupcyjna, która wybuchła w 2005 r., była i jest pod wieloma względami rekordowa. W wyniku żmudnej pracy prokuratury we Wrocławiu okazało się, że w polskiej piłce działały setki nieuczciwych piłkarzy, trenerów, kierowników drużyn, sędziów, obserwatorów, prezesów, sponsorów i różnych innych działaczy. Ustawiono setki meczów, także w Ekstraklasie i I lidze. Setki osób skazano, setki nadal czekają na wyrok, tylko garstkę uniewinniono.

Wiele szczegółowych informacji Panek ma w małym palcu, jeszcze więcej zamieścił na blogu, a pozostałe ma w notatkach i na nagraniach. Człowiek z taką wiedzą, archiwum i oddaniem powinien być konsultantem w PZPN, a tymczasem bywa tam postrzegany jako wróg polskiej piłki.

To bulwersujące, bo przecież przez przestępcze działania nieuczciwych osób uczciwie działające kluby traciły szanse na mistrzostwo lub awans albo były degradowane, uczciwi piłkarze i trenerzy przegrywali zamiast wygrywać, a uczciwi sędziowie byli szantażowani lub poprzez korupcyjne układy usuwani ze świata futbolu, albo sami rezygnowali z gwizdka. Żeby przetrwać najgorsze czasy, naprawdę trzeba było mieć silne plecy lub mnóstwo szczęścia. Ewentualnie ulec korupcji albo szukać innej drogi. Arbitrów, którzy gwizdali w Ekstraklasie w 2005 roku i zakończyli karierę z podniesionym czołem, było dosłownie kilku.

„Sportowo to można sobie guza nabić”

„A czy piłkarze nie mogą wygrać uczciwie, sportowo?” – zapytał kiedyś „Fryzjera” jeden z sędziów, który miał opinię uczciwego i nigdy nie był karany. „Sportowo to można sobie guza nabić” – odpowiedział mu szef piłkarskiej mafii. Śledztwo prokuratury udowodniło, że komedia „Piłkarski poker” mogłaby być ledwie pilotem wieloodcinkowego serialu kryminalnego.

Tak było przez wiele lat, wcześniej i później. Gdy klub związany z członkiem zarządu PZPN bezskutecznie próbował mnie przekupić, w ramach zemsty PZPN zawiesił mnie na kilka tygodni, mimo iż kaseta wideo była dowodem, że zarzuty skorumpowanego przez klub związkowego obserwatora były niesłuszne. „Tak, tu i tu miał pan rację, ale ogólnie pokazał pan za dużo kartek” – usłyszałem. Jedynie ówczesny szef sędziów Marian Środecki próbował mnie pocieszać: „Niech pan się nie martwi, wcale nie sędziował pan źle”.

W podobnym klimacie, po dwóch sezonach z rzędu, w których przed co drugim meczem ktoś proponował mi łapówkę, próbował przymuszać, szantażować albo domagał się wyjaśnień, „dlaczego nie można się ze mną dogadać” – zrezygnowałem z gwizdania w Polsce dla sędziowania meczów międzynarodowych z chorągiewką. Wielu moich uczciwych kolegów takiego wyboru nie miało. Dzisiaj w większości na piłkę patrzą z oddali i znowu kiwają głową z niedowierzaniem.

Sędziego, który naiwnym pytaniem próbował nawrócić „Fryzjera”, PZPN pozbył się kilka lat temu. Obecne władze rozwiązały z nim kontrakt, gdy z powodów rodzinnych nie zaliczył testu kondycyjnego w wyznaczonym terminie. Z równie błahych powodów lub bez powodów PZPN pozbył się kilku innych sędziów, którzy przez lata byli tak szczegółowo prześwietlani przez organa ścigania, że naprawdę bezpieczniej ręczyć za ich uczciwość niż za te osoby z PZPN, które tych sędziów usunęły.

Przez korupcję okradani byli również kibice – bo wydawali pieniądze na bilety i dekodery, żeby oglądać uczciwą grę, a oglądali ustawione mecze, kolejki, sezony. Przede wszystkim byli jednak oszukiwani i okradani z wiary, nadziei i radości. Praca prokuratorów i policji pokazała skalę zjawiska: ponad pół tysiąca skorumpowanych osób. Poszkodowanych – nie da się zliczyć. To pewnie także większość czytelników tego tekstu, którzy wierzyli w uczciwy sport.

Mistrzowie czarnego PR

Państwo, władze samorządowe i prywatni sponsorzy wybudowali nam duże i piękne stadiony. Korzystają z nich kluby i reprezentacja.

Opakowanie polskiego futbolu jest lepsze niż zawartość, także dzięki telewizji publicznej i telewizjom prywatnym. Mecze Ekstraklasy są pokazywane najlepiej ze wszystkich słabych i przeciętnych lig europejskich, a nawet lepiej niż kilka lig sportowo wyraźnie lepszych. Warunki do zbudowania w Polsce silnej piłki są więc znakomite, potencjał – ogromny, a mimo to reprezentacje młodzieżowe i juniorskie ponoszą klęskę za klęską. Reprezentacja narodowa na kolejnym mundialu rozczarowała nie tylko Polaków, ale i świat, a kluby co roku przynoszą nam wstyd w rozgrywkach pucharowych, starając się o spadek w rankingu UEFA z miejsca 21. o kilka lokat w dół.

Czy tłumaczenie, że polskiej młodzieży żyje się za dobrze i dlatego nie gra dobrze w piłkę, naprawdę ma być traktowane poważnie? A młodzieży we Francji, Anglii czy Belgii żyje się niby gorzej? Przecież reprezentacje tych krajów, a także – dla odmiany – reprezentacja wojennego pokolenia Chorwacji, zajęły cztery pierwsze miejsca w mistrzostwach świata. Czyli co: u nas jest nie dość dobrze i równocześnie nie dość źle, żeby osiągnąć sukces w sam raz na taki kraj jak Polska?

Otóż nie, prawda jest inna. Jesteśmy gwiazdami głośnych bankietów po małych sukcesach i prawdziwymi mistrzami kolesiostwa, nepotyzmu, źle pojętej lojalności, prowizorki, spychologii i czarnego PR. Z jednego krytyka robi się frustrata, z drugiego wariata, a z trzeciego żarty, że „Kapusta – głowa pusta”. Żenujących plotek albo pustych złośliwostek o osobach krytycznych wobec władz związku usłyszałem w PZPN więcej niż dobrych pomysłów, co zrobić z polską piłką. „O co panu chodzi? Czego pan chce? Przecież wszystko jest dobrze” – słyszałem, zresztą nie ja jeden.

Zazwyczaj przemilczamy lub ukrywamy prawdę o polskiej piłce. Władze PZPN robią tak, bo udają, że są lepsze niż są. Kibice – bo ciągle łudzą się nadzieją na rychłą poprawę, a każdy sukcesik te nadzieje podsyca. Zorientowani w sytuacji – dlatego, że prawda jest kompromitująca, zwłaszcza w kraju z takim potencjałem jak Polska. Prawie wszyscy – bo mało kto chce podpaść potężnemu prezesowi, który rozbudował związkowe media i stał się pracodawcą nawet dla czołowych i bardzo zdolnych dziennikarzy sportowych.

Poziom naszej piłki jest wynikiem dyletanctwa, ignorowania problemów i właśnie korupcji, która nie została wypleniona. Gdy sukcesów brak, pokusa rośnie, a skorumpowany to zwykle ktoś, kto nie potrafi wygrać uczciwie, nie przejmuje się regułami i wybiera drogę na skróty. Nieuczciwą. Czy oszukiwał w Ekstraklasie, czy w trzeciej lidze – jeden czort, różny jest tylko stopień wstydu lub zażenowania. Gdy ktoś taki trafia do reprezentacji narodowej, na usta ciśnie się krzyk: kto na to wszystko pozwala!? A może inaczej: dlaczego pozwala?

Nikt nie przeprosił

Nigdy nie słyszałem, żeby PZPN w jakikolwiek sposób docenił kogokolwiek za to, że walczył lub starał się walczyć z korupcją. Nikt ze związku nie przeprosił oficjalnie (ani w ogóle) tych, którzy w wyniku korupcji zostali skrzywdzeni. Poszkodowanymi PZPN się nie interesuje, choć powinien, bo to właśnie PZPN latami zaniechań, zaniedbań czy złych decyzji doprowadził do raka w polskim futbolu, którego przez lata karmili kolejni wysocy funkcjonariusze związku. Najbliższymi współpracownikami „Fryzjera” byli przecież m.in. przewodniczący Kolegium Sędziów PZPN, szef komisji szkoleniowej Kolegium Sędziów PZPN, członek zarządu Kolegium Sędziów i członek zarządu PZPN.

Gdy Andrzej Woźniak pracował w klubach, nikt głośno nie protestował. Skoro jakiś prywatny właściciel ma ochotę zaufać takim ludziom – trzeba to uszanować. Woźniak odbył karę, jest wolny. Praca z reprezentacją narodową to jednak nagroda, której nie jest godzien. Jego obecność w reprezentacji może sprawić, że zamiast przeprosin czy słów ubolewania ofiary korupcji będą mogły usłyszeć – od skorumpowanych: „Spójrz, frajerze, kto pracuje w PZPN, kto pracuje z reprezentacją Polski. Jak tylko włączysz telewizor, żeby obejrzeć mecz biało-czerwonych, jeszcze przed hymnem narodowym oberwiesz prosto w twarz. Przed każdym meczem, w trakcie lub po”.

Kilka dni temu ciekawej wypowiedzi udzielił Onetowi Roman Kosecki, były wielokrotny reprezentant Polski. „Jestem od wielu lat w sejmowej komisji sportu, w przeszłości zajmowaliśmy się m.in. sprawą korupcji w naszej piłce. Ciągle działa w niej wiele osób, które uczestniczyły w procesie korupcyjnym, a do dziś się nie ujawnili. Nieraz widzę ich w telewizji. Może zajmijmy się takimi osobami, zamiast rozmawiać o Andrzeju Woźniaku?” – powiedział. Potem Zbigniew Boniek zamieścił na Twitterze ikonki symbolizujące brawa dla Koseckiego. Obawiam się jednak, że jego wypowiedzi interpretujemy inaczej. Jestem za tym, żeby zająć się tymi, o których wspomniał Kosecki, natomiast Woźniaka i jemu podobnych w telewizji wolałbym nie oglądać. To byłby przecież szczyt kompromitacji polskiego futbolu, gdyby mecze reprezentacji ze skorumpowanym trenerem na ławce komentował inny skorumpowany.

Jeśli Andrzej Woźniak chce być wygwizdywany razem z reprezentacją, to trudno, ale może jednak zdanie zmieni sam Zbigniew Boniek? Dopóki piłka nie jest w grze, pierwszy skład reprezentacji można zmienić, a na ławce posadzić kogoś innego. Winston Churchill mawiał, że ktoś, kto nie zmienia zdania, nic nie zmienia. Boniek polubił wielkość, choć nie lubi przyznawać się do błędów. Teraz – paradoksalnie – swoją wielkość może podkreślić wycofując się z błędnej decyzji.

PZPN jest monopolistą, którego niezależność i samorządność w dużym stopniu jest chroniona przez FIFA. Jednak PZPN działa w Polsce, podlega polskiemu prawu i czerpie ogromne korzyści z funkcjonowania w kraju. Dlatego powinien być rozliczany nie tylko przez swoich delegatów, lecz także przez opinię publiczną, a w pewnych kwestiach – również przez odpowiednie instytucje państwowe. ©

Autor przez 30 lat był sędzią liniowym, głównym i sędzią asystentem. Sędziował m.in. mecze Ekstraklasy w latach 1991–2017, UEFA 1997–2016 i FIFA 2001–2017, w tym mecze aktualnych mistrzów świata, Europy, Azji i Afryki oraz mecze Ligi Mistrzów UEFA. Prestiżowy miesięcznik „World Soccer” w majowym numerze napisał, że wprowadzenie systemu VAR w Polsce było osobistym triumfem Rafała Rostkowskiego, który na początku 2017 r. rozpoczął medialną kampanię w tym celu.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2018