Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Poza granice swoich czasów

Poza granice swoich czasów

10.04.2012
Czyta się kilka minut
Każdy, kto zacznie interesować się Ukrainą, wcześniej czy później natknie się na postać brodatego, uśmiechniętego historyka z Galicji. Jarosław Hrycak jest kimś nietuzinkowym nie tylko na Ukrainie, ale też w Europie.
Kopalnia wosku w Borysławiu. Rodziny strajkujących górników, 1933 r. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
H

Historykiem chciał być od zawsze – pod wpływem przeczytanej w dzieciństwie książki o starożytnym Egipcie postanowił zostać egiptologiem. Co rzadkie, zwłaszcza w przypadku chłopięcych marzeń, Hrycak wytrzymał w swym postanowieniu aż do rozpoczęcia studiów historycznych. Wtedy to jednak szybko okazało się, że takie fantazje trudno realizować w Związku Radzieckim.

Zajął się więc historią ojczystej Ukrainy, choć ta początkowo wydawała mu się nudna i prowincjonalna. Dopiero za kilkanaście lat jego głównym zajęciem będzie propagowanie w Europie dziejów Ukrainy jako pełnoprawnego i fascynującego fragmentu historii powszechnej.

Marks, Lenin i Pink Floyd

O swej karierze naukowej opowiedział obszernie kilka lat temu Izie Chruślińskiej. Wymienił wtedy trzy główne czynniki, które wpłynęły na jej przebieg – czas historyczny, ambicję i okoliczności. Czas historyczny to koniec komuny, okoliczności to odpowiedni ludzie spotkani w odpowiednim czasie. Ambicja tłumaczy się sama przez siebie. Gdyby urodził się 10 lat wcześniej, wiele z rzeczy, które udało mu się osiągnąć, byłoby niemożliwe, a za wiele innych – nawet niewinnych – prawdopodobnie byłby represjonowany. Szczęśliwie początek jego kariery naukowej przypadł na koniec ery komunizmu. Młody, ambitny i niepokorny wielbiciel Alberta Camusa oraz Pink Floydów ocierał się – często nieświadomie – o niebezpieczeństwo, zwracał na siebie uwagę lokalnej KGB, ale z trudnych sytuacji wychodził cało.

Na temat pracy doktorskiej wyznaczono mu dzieje ruchu robotniczego w Borysławiu. „Dzięki pracy nad tym tematem zrozumiałem, do jakiego stopnia historia Galicji została cynicznie sfabrykowana w sowieckiej historiografii” – opowiadał potem w wywiadzie rzece. Okazało się bowiem, że w Borysławiu nie było żadnego strajku przed rokiem 1917, było za to kilka zamieszek i wystąpień antysemickich – które to wydarzenia komunistyczna historiografia interpretowała jako przejaw żywotności ruchu robotniczego. Parę słów prawdy wystarczyło, by Hrycak wylądował na dywaniku u rektora. Jeszcze większą przeszkodą okazał się rytuał cytowania w pracach myśli Marksa, Lenina oraz tez ostatniego zjazdu komunistycznej partii. Aby móc dołączyć świeże cytaty, Hrycak musiał czekać na kolejny zjazd partii, tj. do roku 1986...

A jednak z każdym rokiem pierestrojki więcej było wolno. System kruszał. W roku 1989, po wielorakich staraniach, Hrycak wraz z kolegami z Instytutu mógł udać się nawet za granicę – do leżącego nieopodal Przemyśla. Wkrótce pojawiły się też pierwsze kontakty z zachodnimi uniwersytetami. Okazały się bardzo pomocne – zwłaszcza z tymi, na których pracowali ukraińscy emigranci, profesorowie ciekawi młodych intelektualistów i gotowi im pomóc. Niepoślednią rolę odegrał tu znany profesor z Harvardu: Roman Szporluk.

Wreszcie w 1991 r. przyszła niepodległość Ukrainy – niedoskonała, ale zawsze. Stworzyła zupełnie nowe możliwości pracy i wyrażania swych myśli. Dziś, w efekcie tych przemian, Jarosław Hrycak kieruje Instytutem Badań Historycznych na lwowskim uniwersytecie im. Iwana Franko i wykłada na Ukraińskim Katolickim Uniwersytecie we Lwowie. Ma też za sobą wykłady na renomowanych uczelniach w Europie i w Stanach Zjednoczonych, kilka książek, setki tekstów i dziesiątki wywiadów.

Swoje zawodowe credo wyłożył we wspomnianej rozmowie z Izą Chruślińską: „największym wyzwaniem dla historyka jest umiejętność wyjścia, na tyle, na ile możliwe, poza granice swoich czasów i własnych poglądów, podjęcie próby zrozumienia innego okresu historycznego w kategoriach właściwych tamtemu czasowi, a nie czasom nam współczesnym”.

Wobec trudnych tematów

W kontekście dziejów Europy Środkowej i Wschodniej należałoby tę wypowiedź uzupełnić o wyzwanie patrzenia na przeszłość oczami ludzi innych narodowości. Gdy mowa o historii tego kawałka świata, zwłaszcza w wiekach XIX i XX, żarty się kończą, robi się ciemno i ponuro. Niektórzy, by móc uchwycić coś trwałego, sięgają po narodową (by nie napisać: nacjonalistyczną) wizję przeszłości. Ta daje klarowny opis i interpretację wydarzeń, pozwala ogrzać się w cieple własnej wspólnoty. Ci, którzy wybierają inną drogę – drogę dialogu z dawnymi wrogami – wyruszają w niepewne. Grozi im niezrozumienie przez swoich i obcych. Tą ryzykowną drogą podąża właśnie Jarosław Hrycak – jako historyk, ale też jako obywatel i uczestnik publicznych debat.

Nieprzypadkowo więc zajął się między innymi postacią Iwana Franko – dziś jednego z uznanych ojców współczesnego narodu ukraińskiego, ale za życia postaci, której „przeciwnicy z obozu ukraińskiego odmawiali prawa nie tylko do nazywania się ukraińskim patriotą, ale Ukraińcem w ogóle”. Ukraińskość Franki nie była dla niego samego zrazu oczywista i była konsekwencją wyboru dokonanego w młodości. Biografia Franki (a dokładnie pierwszych trzydziestu lat jego życia) była w momencie ukazania się na Ukrainie, osiem lat temu, pozycją nowatorską – mikro¬historią opisującą jednostkę i jej świat: Galicję targaną żywiołami polskim, rosyjskim i ukraińskim, będącą przedmiotem gry XIX-wiecznych mocarstw i nowych ideologii: nacjonalizmu i socjalizmu. Warto biografię Franki czytać także z tego powodu: pokazuje ona, że w okresie chwalonego przez wielkie europejskie narody pokoju w Europie na obrzeżach polityki i na peryferiach imperiów tętniły prawdziwe żywioły. Dadzą one o sobie znać w następnym stuleciu, właśnie na terenach, które Timothy Snyder nazwał skrwawionymi ziemiami.

Hrycak pisząc o France nie podszedł do historii jako do zestawu dat i faktów. Poruszył zagadnienia, które niejednemu wydawałyby się niewłaściwe czy niegodne poważnej biografii – jak choćby relacje młodego Franki z kobietami. Hrycak pokazał poetę nie jako postać z pomników, ale jako człowieka żywego, pełnego słabości i sprzeczności. Taka wizja jednego z „wielkich Ukraińców” niekoniecznie wszystkim nad Dnieprem musiała przypaść do gustu.

Hrycak nie bardzo jednak martwi się tym, czy trafi w masowe gusta. Przecież przypominanie Ukraińcom trudnych i niejednoznacznych momentów ich historii nie może być przyjemne. Gdy przypomina o udziale części Ukraińców w pogromach żydowskich po wybuchu wojny między Związkiem Radzieckim a III Rzeszą, przytacza liczbę 24 tysięcy zabitych w pogromach i tak zwanych „dniach Petlury”. Historyk zgadza się, że niektóre relacje wskazujące na współudział w zbrodniach Ukraińców mogą być „częściowo jednostronne i obciążone emocjami”, ale podkreśla: „tendencyjność w opisie wydarzeń nie oznacza, że same wydarzenia zostały zmyślone – świadectw jest zbyt wiele i powtarzają się zbyt często, by można było je ignorować”.

Hrycak skłania się ku tezie, że większość Ukraińców w obliczu zagłady Żydów zachowała po prostu trwożliwe milczenie. Nie usprawiedliwia i nie oskarża. „Bohaterstwo nie jest zjawiskiem codziennym” – trzeźwo zauważa, ale też dodaje, że „moralność ukraińskiego społeczeństwa ratowała niewielka grupka śmiałków, którzy nie czekali w milczeniu na wyzwolenie, ale z bronią lub ulotkami w ręku starali się przyspieszyć kres niemieckiej okupacji”.

Skrwawiona ziemia Wołynia

W napisanej ponad dziesięć lat temu „Historii Ukrainy. 1772–1999” Hrycak nie ucieka od trudnych tematów, zwłaszcza tych dotyczących postaw Ukraińców w okresie II wojny światowej, choć widać, że w tej pracy jego głównym celem jest obalanie mitów narzuconych przez rosyjsko-radzieckie interpretacje przeszłości. Dzięki tej książce zobaczyć możemy też ewolucję poglądów historyka w kwestii Wołynia i gotowość przyjęcia bolesnych dla własnej nacji faktów.

W „Historii Ukrainy” znajdziemy ponadto nagromadzenie równoważników między Polakami a Ukraińcami oraz sugerowanie „wzajemności” postaw w przypadku Wołynia. Zdaniom, że tragedia na Wołyniu była „wzajemną i krwawą czystką etniczną, której ofiarami padło po obu stronach tysiące spokojnych mieszkańców”, że „siły i woli w podziemiu ukraińskim i polskim dla rozwiązania wielkiego konfliktu było za mało”, że „żadna ze stron tego konfliktu nie była całkowicie niewinna, ani całkowicie winna”, że obie strony posiadały „długą listę wzajemnych krzywd i nienawiści”, że obwinianie Niemców o prowokację „nie jest wyjaśnieniem zadowalającym i jest równoznaczne z unikaniem odpowiedzialności ze strony dowództwa wojskowo-politycznego tak ukraińskiego, jak i polskiego”, nie sposób zarzucić nieprawdy. Sąsiadują one z tezami, że „kwestią sporną pozostaje, kto rozpoczął te działania”, że wydarzenia „wymknęły się” spod kontroli UPA i istnieje przypuszczenie, iż za masowy charakter czystek odpowiadała nie UPA, ale chłopstwo ukraińskie, i wreszcie, że choć teza o zapoczątkowaniu walk przez UPA jest „dość prawdopodobna”, to jednak masowość i brutalność terroru mogła być niezamierzona, bo ruch nacjonalistyczny przechodził ewolucję i „część dowództwa UPA wątpiła w celowość »bratobójczej walki«”. Każdy z tych argumentów się broni, wszystkie razem mogą zostawić pewien niedosyt. Trzeba tu jednak dodać, że ukraiński historyk nie polemizował z ustaleniami polskich historyków, natomiast często podkreślał nieprzygotowanie ukraińskiej strony do poważnej dyskusji.

Hrycak pisał swoją syntezę dziejów Ukrainy kilkanaście lat temu, i na kilka lat przed obchodami rocznicy tragedii wołyńskiej w 2003 r., kiedy to z ust ukraińskich polityków padło kilka ważnych zdań. Ponadto od tego czasu pojawiły się ważne prace (głównie w Polsce), które – choć jak najbardziej ukierunkowane na polsko-ukraiński dialog – nie pozwalają na tak częste podkreślanie „wzajemności” wydarzeń na Wołyniu.

Już kilka lat później sam Hrycak mówił i pisał na temat Wołynia innym językiem, a całość jego dorobku nie pozwala posądzać go o lukrowanie historii. Właśnie w 2003 r. podpisał list intelektualistów Ukrainy, w którym padły także takie słowa: „prosimy o wybaczenie tych Polaków – a w ich osobach całe polskie społeczeństwo – których losy zostały zmarnowane bronią ukraińską. Wyrażamy nasz żal, że broń ta skierowana była również przeciwko niewinnym, spokojnym polskim rodzinom; przyznajemy, że usuwanie ludności polskiej z Wołynia przy użyciu siły i przemocy było tragicznym błędem”.

Największą zasługą Hrycaka jest to, że w ogóle przypomina Ukraińcom o Wołyniu – w świadomości społecznej to wydarzenie niemal nie istnieje. Bywa też powodem zaambarasowania władz w Kijowie – zwłaszcza tych niekojarzonych z opcją narodową. Jak pisał Hrycak w jednym ze swych tekstów, z jednej strony polityków rządzących Ukrainą przepraszanie za Wołyń niewiele kosztuje – bo są wobec tej kwestii obojętni. Z drugiej, kosztować musi więcej niż przeprosiny Aleksandra Kwaśniewskiego za zbrodnie w Jedwabnem. Otóż politykom pokroju Leonida Kuczmy czy Wiktora Janukowycza trudno przepraszać za Wołyń, bo musieliby uznać tradycję UPA za swoją, a przecież zostali uformowani w tradycji, która każe UPA postrzegać jako organizację bandycką. Dopiero gdy dostrzeżemy te sploty ukraińskich dziejów i to, jak warunkują one dzisiejsze postawy, zrozumiemy i docenimy wysiłek intelektualistów takich jak Jarosław Hrycak. A dodać trzeba, że nie tylko Wołyń jest białą kartą historii Ukrainy – w świadomości społecznej do niedawna równie słabo funkcjonował Wielki Głód – hekatomba kilku milionów Ukraińców.

Amnezja bywa pożyteczna

Jedno jest pewne: w kwestii polsko-ukraińskiego pojednania historyk ten zrobił naprawdę wiele, tłumacząc – choćby w ukraińskiej prasie – potrzebę pojednania i dobrych stosunków z Polakami. Jest częstym gościem na konferencjach organizowanych w Polsce i nieformalnym ambasadorem Polski na Ukrainie. Dziesięć lat temu był wśród tych ukraińskich intelektualistów, którzy wraz z Polakami – między innymi z Jackiem Kuroniem – modlili się na cmentarzu Łyczakowskim. W ubiegłym roku stanął na czele jury konkursu, które wyłoniło projekt pomnika polskich profesorów zamordowanych w 1941 r. przez Niemców we Lwowie. Dla wielu środowisk na Ukrainie taki pomnik jest przypomnieniem polskiej dominacji w Galicji, stąd sama idea budziła kontrowersje. Udział w przedsięwzięciach na rzecz polsko-ukraińskiego pojednania naraził Hrycaka na niewybredne ataki ze strony ukraińskich środowisk nacjonalistycznych.

Dlatego Hrycak nie ma złudzeń: w procesie pojednania polsko-ukraińskiego to strona polska była bardziej aktywna i świadoma. Przed dwoma laty mówił: „Zaryzykuję tezę, że polsko-ukraińskie pojednanie było możliwe tylko dlatego, że większość Ukraińców nie ma świadomości polskiej historii. Gdyby nie ta amnezja, polsko-ukraińskie pojednanie na pewno nie byłoby takie łatwe”.

Jak widać, on sam do dyskusji na temat przeszłości, które w naszej części Europy są częścią politycznych sporów, ma stosunek bardzo pragmatyczny. Uważa bowiem, że w pamięci zbiorowej tak samo ważne jest pamiętanie, jak i zdolność zapominania. To „zapominanie” mogłoby pomóc ukraińsko-ukraińskiemu pojednaniu i, szerzej, pozwolić Ukraińcom pogodzić się z sąsiadami. Tymczasem historyczne spory są przeszkodą w modernizacji i paraliżują kraj. Hrycak często powołuje się na przykład Hiszpanii, gdzie po końcu reżimu generała Franco w pojednaniu pomogła właśnie narodowa amnezja. Zdaniem ukraińskiego historyka niedawne spory wzbudzone przez kwestie przeszłości w Hiszpanii, są paradoksalnie potwierdzeniem słuszności takiego wyboru. Albowiem amnezja odsuwająca rozliczenia na trzy dekady pozwoliła Hiszpanom uporać się z wyzwaniem modernizacji i teraz mogą oni spokojnie przeszukiwać szafy. Ukraińcy tymczasem ugrzęźli w sporach, których źródło tkwi w historii, i nie są w stanie dojść do politycznego konsensu, niezbędnego do przeprowadzenia reform.

Nie należy tych argumentów odbierać jako zachęty do zacierania historii – raczej do rozważnego do niej podejścia. Bo co w zamian? Manipulowanie historią przez polityków. 

ANDRZEJ BRZEZIECKI jest dziennikarzem i publicystą „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce wschodniej. Laureat ukraińskiej nagrody dziennikarskiej „Złote Pióro”.

Cytaty pochodzą z książek J. Hrycaka: „Historia Ukrainy. 1772–1999” (Lublin 2000), „Nowa Ukraina. Nowe interpretacje” (Wrocław 2009), „Prorok we własnym kraju. Iwan Franko i jego Ukraina (1856–1886)” (Warszawa 2010); a także z rozmów I. Chruślińskiej z J. Hrycakiem „Ukraina. Przewodnik Krytyki Politycznej” (Warszawa 2009) oraz zapisu konferencji „Pamięć i polityka. Polska–Rosja–Ukraina”, zorganizowanej przez Fundację Batorego (listopad 2009).

Jarosław Hrycak weźmie udział w debacie "Skrwawione ziemie" (12 maja), a także poprowadzi warsztaty mistrzowskie (13 maja)

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Publicysta, dziennikarz, historyk, ekspert w tematyce wschodniej, redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej”. Wieloletni dziennikarz, a obecnie współpracownik „Tygodnika”. Autor i...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]