Reklama

Podróż do Świętego Marcina

Podróż do Świętego Marcina

26.01.2006
Czyta się kilka minut
Obszerny, nafaszerowany arcyciekawymi cytatami i chronologicznie ułożony przegląd naszego piśmiennictwa poświęconego Słowacji jest tyleż książką o sąsiadach zza Tatr, co o nas samych.
Walery Eljasz-Radziowski, "Widok zamku w Orawie od zachodu"
Z

Z przedwojennej biblioteki mojego dziadka ocalały między innymi dwa broszurowane woluminy w szaroniebieskich okładkach: "Słowacja i Słowacy", praca zbiorowa pod redakcją prof. Władysława Semkowicza wydana w końcu lat 30. minionego wieku i stanowiąca summę ówczesnej naszej wiedzy na temat sąsiadów zza Tatr. Teraz na tej samej półce stanęły dwa potężne tomy autorstwa Michała Jagiełły.

Słowacki węzeł

"Słowacy w polskich oczach" to obszerny, chronologicznie i problemowo uporządkowany przegląd naszego piśmiennictwa poświęconego Słowacji, a zarazem "opowieść o pewnym wycinku zainteresowań inteligencji polskiej". I choć zaczyna się ona od wzmianek w "Rocznikach" Długosza poświęconych Tatrom oraz pani Beaty Łaskiej, która w Zielone Świątki 1565 wyprawiła się nad Zielony Staw Kieżmarski, dotyczy w przeważającej części minionych dwustu lat. Epoki, na początku której Polacy utracili niepodległość, Słowacy zaś - mieszkańcy ziem od kilkuset lat należących do Korony Węgierskiej i nazywanych Górnymi Węgrami - zaczynali budować nowoczesną świadomość narodową. Broniąc się przed niebezpieczeństwem madziaryzacji i germanizacji, nawiązywali do odległych czasów Wielkich Moraw. Ich "budziciele" musieli przy tym rozstrzygnąć dylemat dotyczący wyboru języka literackiego i stosunku do Czechów.

"»Kwestia słowacka« - przypomina Jagiełło - uwikłana była w relacje nie tylko z Węgrami, Austrią i Czechami, ale także z Rosją. Każdy z Polaków podejmujących tematykę słowacką musiał odnosić się do tych wewnętrznych słowackich dyskusji i zawęźleń. Trzeba było opowiadać się za lub przeciw: za odrębnym językiem słowackim - czy przeciw wyodrębnieniu tego języka z czeskiego; za Słowakami dopominającymi się choćby zalążków kulturalnej autonomii w ramach państwa węgierskiego - czy za węgierską polityką asymilacyjną; za nadziejami, jakie część Czechów i Słowaków lokowała w panslawizmie - czy przeciwko wiązaniu się z Rosją". Nawet niewinna publikacja pieśni ludowych zza Tatr mogła oznaczać opowiedzenie się za jednym ze stanowisk...

"Polak - Węgier: dwa bratanki..."; przysłowie ułożone, jak podają "Skrzydlate słowa", w czasach konfederacji barskiej, nabrało aktualności podczas rewolucji węgierskiej 1848-49 roku. Nasi bratankowie, walczący z pomocą generała Bema o niezależność od Austrii, nie chcieli jednak słyszeć o spełnieniu narodowych żądań Słowaków. Ci próbowali szukać pomocy w Wiedniu, gdy zaś te nadzieje zawiodły, postawili na panslawizm, a wielki słowacki działacz narodowy L'udovit Štúr popadł w skrajne rusofilstwo...

Wydarzenia Wiosny Ludów na długo popsuły ledwie się rodzące stosunki polsko-słowackie. Jagiełło odnotowuje jednak wcale liczne i wcale niejednoznaczne echa konfliktu słowacko-węgierskiego w prasie polskiej, a także prosłowackie sympatie na Śląsku Cieszyńskim. "Madziarzy - pisał w grudniu 1848 redaktor "Tygodnika Cieszyńskiego" - chcieli udręczać Słowaków a wolność przywilejem dla siebie zrobić. Z tej przyczyny zaczęli Słowacy bój przeciw Madziarom...".

Owa dwuznaczność w relacjach polsko--węgiersko-słowackich trwała i później, zwłaszcza że Węgrzy, wywalczywszy przekształcenie cesarstwa Habsburgów w monarchię dualistyczną, wręcz zaostrzyli politykę wobec własnych mniejszości. "Ucisk madziaryzacyjny był nie mniejszy na Słowacji niż germanizacyjny w Poznańskiem i na Śląsku" - zauważał w "Pamiętnikach" Stanisław Grabski, który mieszkał na Słowacji w latach 1895-96. Jagiełło przypomina postacie Polaków sympatyzujących ze słowackimi dążeniami narodowymi, jak wybitny uczony Jan Baudouin de Courtenay, którego pobyt w 1898 roku na dorocznych uroczystościach w Turczańskim Świętym Marcinie, mateczniku słowackości, ściągnął nań oskarżenie ze strony miejscowego starosty węgierskiego o panslawistyczną agitację. Przypomina też, że w prasie węgierskiej pojawiały się głosy uznania wobec pruskiej polityki narodowościowej - i to w czasie, gdy Polacy z Poznańskiego walczyli o swoje prawa...

W autorską narrację Jagiełło wplata wiele obszernych cytatów; pomysł to przedni, bo chodzi o teksty zagrzebane w rocznikach czasopism, czasem zaś o broszury, które trudno znaleźć w najlepszych nawet bibliotekach. Dzięki cytatom łatwiej wejść w klimat tamtych czasów i zobaczyć, jak Polacy odkrywali pobratymczy naród niby nieznany szczep na odległym kontynencie. Przykładów jest w książce mnóstwo, wspomnę choć jeden: naładowany emocjami reportaż Antoniego Sygietyńskiego z podróży do Świętego Marcina na uroczystości w roku 1898, drukowany w odcinkach w "Kurierze Warszawskim".

"Zapomniane kresy"?

Jagiełło pisze jednak nie tylko o naszym odkrywaniu Słowaków, ich folkloru, literatury i dążeń narodowych. Ważnym wątkiem książki jest budząca do dziś kontrowersje kwestia naszych "zapomnianych kresów", czyli "ludu polskiego na Górnych Węgrzech": na Spiszu, Orawie i w Czadeckiem. Wchodzimy tu w zawiłe kwestie związku między pochodzeniem etnicznym a świadomością narodową. Czy fakt, że ktoś posługuje się w domu gwarą zbliżoną do podhalańskiej, oznacza, że ma obowiązek czuć się Polakiem? Co decyduje: język czy samoidentyfikacja? Ilu Polaków mieszkało naprawdę po "węgierskiej stronie"?

Szacunki polskie sięgały czasem liczby 200 tysięcy. Leon Wasilewski, który oceniał ją na 100 tysięcy, pisał trzeźwo w 1918 roku: "Poza tendencyjnymi brakami statystyki węgierskiej główną trudnością przy ustalaniu liczby i granic rozsiedlenia Polaków węgierskich jest brak wyraźnej świadomości narodowej (...). Góral miejscowy, jakkolwiek utrzymuje stosunki z braćmi zatatrzańskimi, to jednak nie wie, czym jest. Uważa się albo za »Uhra« [Węgra] ze względu na przynależność państwową, albo za Słowaka, gdyż inteligencja miejscowa jest słowacka, język słowacki panuje w kościele i (obok madziarskiego) w szkole, a Polska nie troszczyła się bynajmniej o swoich zakarpackich braci".

Kwestia narodowa stała się zarzewiem polsko-słowackiego (a właściwie już polsko-czechosłowackiego) konfliktu po I wojnie światowej. Jagiełło przypomina historię walki o Spisz i Orawę, cytując obficie uczestników tamtych wydarzeń, zwłaszcza ks. Ferdynanda Machaya, rodowitego orawiaka. Pokazuje napięcie, przeradzające się często w patriotyczną histerię. I wzajemny brak zrozumienia. A potem: ciągi dalsze, ponurą komedię omyłek.

W roku 1938, gdy wojsko polskie wkroczyło nie tylko na Zaolzie, ale i na Orawę, Spisz i do Jaworzyny, panował u nas entuzjazm, i tylko "Polityka" redagowana przez Jerzego Giedroycia uznała to za kardynalny błąd polityczny: "Powiększając Rzeczpospolitą o jakieś skrawki bez żadnego znaczenia, zaprzepaściliśmy najzupełniej nasze możliwości w tej stronie Europy Środkowej". W roku 1939 pograniczne tereny zajęło z kolei wojsko słowackie i wkrótce w granicach sprzymierzonego z Hitlerem państwa księdza Tisy znalazły się nie tylko owe "skrawki", ale i obszary przyłączone do Polski po I wojnie.

W 1945 roku ks. Machay - człowiek wielkiej uczciwości i szlachetności - zdecydował się na list do Bolesława Bieruta. Pisał w nim: "błagam Cię Obywatelu Prezydencie o wydanie rozkazu, by postanowieniom Konferencji w Jałcie z naszej strony uczyniono zadość i by wojsko nasze obsadziło te skrawki Spisza i Orawy, które w 1919 r. do Polski należały". Wspomniane tereny istotnie do Polski wróciły - ale konflikty wcale nie wygasły, a w latach 60. polsko-słowacki spór doprowadził nawet do zamknięcia kościoła w Nowej Białej na Spiszu. Gdy się zaś czyta cytowane przez Jagiełłę niektóre teksty współczesnych polskich autorów nawołujących do utrwalania polskości na Spiszu i Orawie, ma się wrażenie podróży w czasie, i to w przeszłość dosyć odległą.

***

"Nie wiem, co bym robił na przykład w latach 1918-1920. Nie wiem, jakbym się zachował w 1938 roku, gdy nasze wojsko szło na południową granicę - pisze uczciwie Jagiełło. - Ale dziś jest rok 2004. Nie chcę powielać tamtych słów, nie chcę się wczuwać przesadnie w tamte emocje, nie chcę powielać schematu »rycerza kresowego«. To mój wybór". "Zapomniane kresy" intrygują go, ale jako problem wielokulturowego pogranicza. Najważniejszy jest dlań fakt, że po długim okresie uzależnienia od komunistycznej Rosji oba nasze kraje są niepodległe i stanowią część większej struktury politycznej. Mamy więc wreszcie szansę na prawdziwe partnerstwo - i nie powinniśmy jej marnować.

Michał Jagiełło, "Słowacy w polskich oczach. Obraz Słowaków w piśmiennictwie polskim". Tom 1-2. Warszawa 2005, Biblioteka Narodowa, Podhalańska Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Nowym Targu.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]