Pod czujnym okiem

Pół roku po głośnym wypadku we wrocławskiej izbie wytrzeźwień czterech byłych pracowników placówki usłyszało prokuratorskie zarzuty. Ponura rzeczywistość polskich „żłobków” pozostaje jednak bez zmian.

09.04.2012

Czyta się kilka minut

Wrocław, wrzesień 2011 r. Zmęczona kobieta po całonocnej podróży z Niemiec siedzi na ławce jednego z miejskich skwerów. Być może drzemie. Jest chora: za dwa dni ma planowany zabieg operacji przepukliny.

Ktoś wzywa policję. Przyjeżdża również pogotowie. Pracownicy izby wytrzeźwień powiedzą potem, że była kompletnie pijana, ale kobieta w obecności funkcjonariuszy dzwoni do ojca.

– Tato, zatrzymała mnie policja, chcą mnie zawieźć na izbę.

– Nic ci, córciu, nie mogę poradzić, jestem w szpitalu, zadzwoń do mamy.

Za chwilę telefon do matki (będą to ostatnie, zarejestrowane przez rodzinę, słowa kobiety): – Mamo, wiozą mnie na izbę, przyjedź po mnie.

Po tym telefonie matka próbuje zobaczyć córkę. Bezskutecznie: następuje zgodna z przepisami odmowa i wczesnym popołudniem 34-letnia Małgorzata L. trafia do wrocławskiej izby wytrzeźwień.

Parterowy budynek przy ul. Sokolniczej przypomina barak. Zmurszały mur, sypiący się tynk. Kobieta zostaje przypięta pasami do łóżka. Mimo, że ma 2,6 promila alkoholu we krwi, próbuje się wyswobodzić. W izolatce, w której leży, jest zamontowany monitoring.

Przepisy zabraniają posiadania w takim stanie jakichkolwiek przedmiotów osobistych, ale kobieta jakimś cudem sama się podpala i przez 40 minut płonie żywcem. Nikt nie słyszy jej krzyku, nie czuje tlącego się dymu. Kilka godzin później z rozległymi poparzeniami zostaje przewieziona do szpitala. Po tygodniu umiera.

CIĄG ZANIECHAŃ

O izbach wytrzeźwień robi się głośno: media przypominają przeprowadzoną sześć lat temu kontrolę NIK, której wnioski są druzgocące. Okazuje się np., że kilkaset osób zatrzymano w nich bez podstaw prawnych, brakowało fachowego sprzętu medycznego, nie mówiąc o problemach ze ściągalnością należności za pobyt.

Ponowna kontrola, przeprowadzona we Wrocławiu już po wypadku, potwierdza stare grzechy. – Ujawniliśmy bardzo poważne nieprawidłowości. Nasze uwagi dotyczą głównie warunków higienicznych, niedostatecznej kompetencji części personelu oraz umieszczania w izbie osób, które nie powinny się tam znaleźć – wyjaśnia Przemysław Witek z wrocławskiej delegatury NIK.

Raport uprawomocnia się w marcu. Odpowiadające za funkcjonowanie izby władze gminy się od niego nie odwołują, uznając, że stan patologii na Sokolniczej przekroczył granice przyzwoitości. Okazało się np., że pielęgniarze, czyli osoby, które są ważnym ogniwem funkcjonowania placówki, powinni mieć średnie wykształcenie, a mieli podstawowe. Po kontroli dyrektor nakazał im podnieść kwalifikacje, wysłał na półroczne kursy i uznał, że problemu nie ma. Wszystko to mimo tragicznego bilansu z roku 2011, w którym życie pod dachem dolnośląskiej izby straciło 6 osób.

Pokłosiem tych wydarzeń staje się decyzja magistratu o likwidacji obiektu. Po Euro 2012 miasto zamierza uruchomić, spełniający m.in. podobne funkcje, ośrodek kierowany przez organizację pozarządową. Jacek Sutryk, dyrektor Departamentu Spraw Społecznych: – Nie chcemy przenosić problemu na inne instytucje, np. szpitale. Chcemy, by powstała placówka, która zapewni potrzebującym opiekę medyczną i bezpieczeństwo, ale też nową jakość usług.

Centrum Wsparcia i Interwencji Socjalnej, bo taka jest robocza nazwa planowanej instytucji, ma służyć radą psychologa i profesjonalną terapią.

Skutki prawne wrześniowej tragedii to akty oskarżenia dla dwóch opiekunek i dwóch kierowników zmiany. Na razie. – Jeżeli się okaże, że jeszcze ktoś popełnił przestępstwo, niewykluczone, że również usłyszy zarzuty – mówi Małgorzata Klaus, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Kwalifikacja ogólna dla wszystkich tych osób jest taka sama, jednak każdy zaniechał swoich obowiązków w inny sposób. Jedna z opiekunek nie odebrała zapalniczki. Druga nie monitorowała sali, w której znajdowała się zatrzymana. Kierownicy zmian zaniechali obowiązku bezpośredniego nadzoru pracowników, czyli opiekunek.

Dyrektor wrocławskiej izby, Janusz Łoziński, nie został automatycznie zdymisjonowany: zastosowano wobec niego „miękką” procedurę odwoławczą. Jego zwierzchnik, ówczesny dyrektor Departamentu Spraw Społecznych Michał Janicki, został wiceprezydentem miasta.

– Dla spokoju mojego i mojej żony chciałbym, aby się to już skończyło – mówi ojciec Małgorzaty L. – Mam wrażenie, jakby ktoś czegoś nie chciał powiedzieć. Najważniejsze jest to, aby ludzie, którzy zawinili, odpowiedzieli za swoje błędy. Izby skarżyć nie możemy, gdyż jest miejską jednostką i sama w sobie nie jest samodzielnym podmiotem. Będziemy skarżyć gminę.

BEZSENSOWNA ŚMIERĆ

Po ponad pół roku od zdarzenia nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to możliwe, że tak długo się paliła. Rodzice Małgorzaty mają status osób poszkodowanych i otrzymali zezwolenie prokuratorskie na obejrzenie zapisu monitoringu.

Na ekranie dym. Biała plama jak po wybuchu granatu. Chociaż nie ma dźwięku, widać, że kobieta krzyczy, woła, płacze. Próbuje się uwolnić.

– Nie wiemy, co się działo w niektórych momentach – mówi ojciec kobiety, 62-letni pracownik Centrum Logistyki Poczty Polskiej z Wrocławia. – Zastanawiające jest to, że brakuje zdjęć z pomieszczeń przejściowych, czyli z korytarzy. Zdjęcia z monitoringu są tak ustawione przez prokuratora, że to, co się dzieje na izbie przyjęć, jest nieobecne. Nie ma również przejścia z sali zbiorowej do izolatki: widoczny jest tylko sam moment przypinania córki do pasów. Ze zdjęć wynika, że o godz. 16 córka była już na sali, ale w rzeczywistości przebywała na izbie przyjęć. Przepisy zalecają monitoring wzrokowy pacjenta co 15 minut: od 18.10 do 19.05, kiedy została wezwana straż pożarna, nikt córki nie kontrolował, gdyż przepisy mówią, że gdy jest monitoring, to nie ma konieczności dozoru fizycznego. Stąd mamy podejrzenie manipulowania obrazem, z którego nie wynika, dlaczego doszło tragedii.

Pierwsza wersja mówiła, że po straż pożarną zadzwonił ktoś z ulicy. – Na ekranie widać, że okno salki było otwarte, a czujniki dymu nie zadziałały – relacjonują rodzice. – Małgosia w kompletnym ubraniu została przywiązana do łóżka. Nie przeszukano jej. Widziałem, jak opiekunka rzuca koc na córkę, która się pali. Koc wtapia się w ciało, a od spodu płonie materac. Nie było środków ochrony, nic, co by mogło pomóc. Nie wiadomo, czy zapalniczka wybucha w jej ręce, czy też nie. Widać, że miała ogromne problemy z jej wyciągnięciem, a wersja izby jest taka, że próbowała podpalić mocowania. Jak możliwy jest ruch do kieszeni, będąc przypiętym pasami? Zastanawiałem się nad tym do momentu, gdy zobaczyłem, że coś jej z kieszeni wypadło i ruchami ciała przesunęła to „coś”, co było źródłem ognia.

Sekcja zwłok za przyczynę wyjściową zgonu wskazała zapalenie ubrania, a dopiero jako powód wtórny uznała rozległe oparzenia powłok ciała i zespół niewydolności wielonarządowej, które były bezpośrednią przyczyną śmierci. Dokumenty kobiety leżały w depozycie, dlatego Małgorzata L. wędrowała po szpitalach jako NN. Gdy helikopter przewiózł poparzoną do Siemianowic, pracownik izby oznajmił matce, by przyjechała o 1.30 w nocy odebrać córkę.

– Pojechałam po córkę, a tam mówią, że jej nie ma! – opowiada matka. – Powiedzieli: „Córka paliła papierosa i się podpaliła!”. A skąd go miała? Dlaczego była w ubraniu?

Oparzenia IV stopnia świadczą o tym, że kobieta się spaliła. Salka, w której doszło do tragedii, jest już odmalowana i nadal służy przymusowo zapraszanym gościom. – W izolatce był taki żar, że lampa się spaliła, a kratka wentylacyjna wygięła. Jak w izbie mają czelność mówić, że tylko pięć minut się paliło. Kłamią! Jej ciało było w 70 procentach spalone, dosłownie się rozchodziło. Do tej pory nie wiemy, co się stało z jej zegarkiem, łańcuszkiem i odtwarzaczem mp3. Pochowaliśmy Małgosię w worku, a na wierzchu ułożyliśmy jej ubranie. To była bezsensowna śmierć – kobieta bezradnie rozkłada ręce.

Państwo L. po śmierci córki nie otrzymali wsparcia psychologicznego. Gdyby nie lekarz pierwszego kontaktu, który zorganizował im terapeutyczną opiekę, zostaliby sami. Mężczyzna po wypadku zaczął się jąkać.

PATOLOGIA Z DEFINICJI

Polskie izby wytrzeźwień funkcjonują od 1956 r. i jest ich ponad 50. O skali przyzwyczajenia do zbawczej misji „żłobków” świadczą zakusy poznańskich organizatorów Euro 2012, którzy wpadli na pomysł zafundowania kibicom polowych izb wytrzeźwień, z łóżkami i płynami infuzyjnymi. W Tarnowie izbę zastąpił ośrodek pomocy społecznej. Ale już w Zielonej Górze prezydencka inicjatywa jej likwidacji została odrzucona przez radnych.

Gminy nie chcą przerzucić odpowiedzialności za nietrzeźwych na szpitale, które i tak nie radzą sobie z chorymi. Dla policji każdy pijany jest łatwym łupem i poprawia statystyki. Można spytać, czy nie prościej odwozić przynajmniej niektórych do domów, jak to robią na Zachodzie? Na razie zwycięża nie troska o ludzi, ale o nadmierny koszt utrzymania instytucji.

Funkcjonowanie przymusowej placówki trzeźwości zapewne nie kłóci się z tym, że państwo czerpie zyski ze sprzedaży alkoholu. Ale kłóci się z elementarnie pojętą swobodą obywatelską. Taki rodzaj ingerencji w życie obywatela nawiązuje do mało chlubnej tradycji PRL-u. Nawet w Rosji izby zamknięto, bo ktoś zrozumiał, że to przeżytek. Dyrektor krakowskiego Miejskiego Centrum Profilaktyki Uzależnień Adam Chrapisiński mówił „Tygodnikowi” (nr 2/12), że izba wytrzeźwień może uratować człowiekowi życie – problem w tym, iż we Wrocławiu życie zabrała.

„We Wrocławiu zawiodły procedury i ludzie. U nas kamery są wszędzie, a obchód jest co 15 minut (...) Protestuję przeciw wrzucaniu wszystkich izb do jednego worka” – mówił na łamach „TP” dwa miesiące temu Chrapisiński. Jednak we wrocławskiej izbie zawiodły nie tylko procedury. Zawinił mechanizm, który rodzi poczucie bezkarności: filozofia działania izb (ich przymusowy charakter, funkcjonowanie na zasadzie quasi-aresztu), która jest z definicji patologiczna.


O problemach z izbami wytrzeźwień pisał też Przemysław Wilczyński w „TP” 2/2012. Przeczytaj: tygodnik.com.pl/para-w-balonik

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 16/2012