Pierwszy krok

Awantura z panią Steinbach to najnowszy wykwit tego, co się dawniej nazywało rewanżyzmem niemieckim. W Polsce obraz tego zjawiska został w dużej mierze zakłamany przez propagandę peerelowską. Kanclerza Adenauera przedstawiano na przykład jako łańcuchowego psa Amerykanów i niemal kryptonazistę, podczas kiedy był on przeciwnikiem nazizmu, usuniętym w 1933 roku z urzędów i przejściowo nawet aresztowanym, a w powojennej polityce odegrał rolę pozytywną.
Czyta się kilka minut

Trudno powiedzieć, jak chwytliwa w narodzie naszym była zajadła Gomułkowska kampania antyniemiecka, nie prowadzono przecież wtedy żadnych badań opinii publicznej. Momentem przełomowym stało się na pewno orędzie naszych biskupów - “Przebaczamy i prosimy o przebaczenie" - bowiem choć i ono spowodowało silną nagonkę władzy, stawiło opór negatywnej propagandzie totalizującej stronę niemiecką.

Elementy rewanżyzmu czy rewizjonizmu pojawiły się jednak dość rychło po znokautowaniu Niemiec przez aliantów, choćby w postaci ostrożnych pochwał Wehrmachtu na płaszczyźnie kultury masowej. Szybko zaczęły działać ziomkostwa, które upierały się, że Śląsk, Pomorze i Prusy są nadal niemieckie i kwestionowały granicę Odra-Nysa. Znacznie później przyszła faza, którą nazwałbym naukowo-intelektualną, a która opisana została dość dokładnie w książce Hansa-Ulricha Wehlera “Entsorgung der deutschen Vergangenheit".

Książka Wehlera to polemiczny esej dotyczący tak zwanego “sporu historyków", “Historikerstreit". Słowo “Entsorgung" w wielkim słowniku niemiecko-polskim nie istnieje, wiemy jednak, co oznacza: chodzi o oczyszczenie niemieckiej przeszłości. Spór ten rozgorzał w połowie lat 80., z jednej strony występowali uczeni tacy, jak Ernst Nolte czy Andreas Hillgruber, z drugiej kontrofensywę przeciwko ich tezom podjął Jürgen Habermas. Strona, której przewodził Nolte, utrzymywała między innymi, że cokolwiek brzydkiego uczyniły Niemcy hitlerowskie, było to skutkiem pobierania nauk u bolszewików, a Chaim Weizmann, reprezentujący Kongres Żydów, wypowiedział w 1939 roku Niemcom wojnę, czyniąc tym samym swoich rodaków stroną konfliktu. Pomysł dość absurdalny, wynika z niego bowiem, że Nolte uważał Żydów za coś w rodzaju państwa.

Sytuacja uległa pozytywnej przemianie, kiedy padła NRD i Sowiety. Kohl objął się z Mazowieckim w Krzyżowej i uznał granice, niemieckie dążenia rewindykacyjne na pewien czas przycichły. Ktoś naiwny mógłby sądzić, że pacta sunt servanda i zapanuje na zawsze spokój. Tak się jednak nie stało. Co więcej, pomysł pani Steinbach, by wypędzonych wynieść w berlińskim Centrum niemal na ołtarze, nie jest moim zdaniem jednostronnym i jednorazowym aktem. To mi wygląda na pierwszy krok, pierwszy stopień czy szczebel, niedobry początek czegoś więcej (już się mówi o próbach odzyskiwania majątków na naszych Ziemiach Zachodnich na drodze sądowo-prawnej). I dlatego należy jak najszerzej tłumaczyć zasadność naszego sprzeciwu. Historycy i germaniści dobrze znający okres powojenny powinni raz jeszcze przedstawić całościowo historię polsko-niemieckiego sporu.

W “Rzeczpospolitej" przeczytałem artykuł niemieckiego korespondenta w Polsce Thomasa Urbana; niektóre jego argumenty nie wydały mi się zasługiwać na poważne traktowanie. Podkreśla na przykład, że ogromna wschodnia część Polski, która została nam odjęta, była przeważnie zamieszkała przez Ukraińców, Białorusinów i trochę Litwinów - tak jakby fakt istnienia mniejszości narodowych automatycznie osłabiał prawo państwa do jego terytorium. Napisał też, że ziemie, któreśmy w zamian uzyskali, były bogatsze. Nie wiem, czy można tak jednoznacznie powiedzieć: niewiele było miast tak zrujnowanych jak Wrocław w chwili objęcia go przez Polaków, i to w znacznej części za sprawą broniących się tam wojsk niemieckich.

Charakterystyczne, że w Niemczech mniej mówi się o Kaliningradzie, czyli po prostu Królewcu, choć było to ważne historycznie miasto; z Rosją nikt nie chce zadzierać nawet teraz. Putinowi wybacza się dziwnie wiele: nie tylko Chodorkowskiego i atak na oligarchów. Słabszy znajduje się zawsze w gorszej sytuacji, a to my jesteśmy słabsi, niby ziarno leżące pomiędzy kamieniami młyńskimi Niemiec i Rosji. Ustroje się zmieniają, panujący schodzą do grobu, a ta przykra historia znowu się powtarza. W dodatku nasz błotnisty grunt polityczny nie stanowi dobrego oparcia dla kontrofensywy na arenie międzynarodowej.

Rosja to szklanka, o której optymiści twierdzą, że jest do połowy pełna, a pesymiści, że do połowy pusta. Z jednej strony wolno pisać o przeszłości stalinowskiej i, szerzej, sowieckiej, z drugiej trwa ciche i wyraźne parcie elementów czekistowsko-kagiebistowskich. Jedni twierdzą, że Putin stara się owych czekistów przyhamować, inni - że daje im prym. Równocześnie “Wyborcza" zamieszcza sporo przedruków z prasy rosyjskiej bardzo krytycznych wobec władzy, nie jest tam więc aż tak źle, by nastąpiło stalinowskie zamknięcie gąb.

Oglądałem w telewizji wizytę Busha w Londynie i tłumy jego przeciwników wyjące na ulicach raz jeszcze kazały mi uznać, że stary Le Bon ze swoją “Psychologią tłumu" miał rację. Przecież nic straszniejszego od wyjścia Amerykanów z Iraku nie mogłoby się w tej chwili zdarzyć! Kraj rozpadłby się na części i do reszty pogrążył w krwawym chaosie, a na Bliskim Wschodzie doszłoby do politycznego trzęsienia ziemi o trudnych do przewidzenia skutkach. Już teraz Turcja niechętnym okiem spogląda na kurdyjską autonomię na północy Iraku, wiekowi zaś saudyjscy książęta znajdują się w wielkim strachu, bo zrozumieli, że to przeciw nim może się zwrócić ostrze anonimowego przeciwnika.

Uderzenia al-Kaidy w Turcji świadczyłyby, że stara się ona teraz działać na szerokim obwodzie, niekoniecznie zmierzając od razu do serca wroga, czyli do Ameryki, a jej akcje planowane są na dłuższą metę. Jakiś Amerykanin w wywiadzie dla “Heralda" oświadczył, że od dziesięcioleci nie było tak pięknej epoki, a świat jest spokojny z wyjątkiem jednego Iraku. Tymczasem tak naprawdę świat ten wygląda dość robaczywie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2003