Reklama

Parnicki: pisać do końca

Parnicki: pisać do końca

26.03.2008
Czyta się kilka minut
Znałem Parnickiego, odwiedzałem go w latach 80., korespondowałem z nim. Czytam ten dziennik, sprzęgając go z dawniejszą lekturą powieści i z moimi własnymi wspomnieniami.
Teodor Parnicki / Fot. Maciej Kuszela
T

Teodor Parnicki, Dzienniki z lat osiemdziesiątych

Piątego marca sto lat minęło od urodzin Teodora Parnickiego, w grudniu tego roku dwadzieścia lat minie od jego śmierci. Rozpoczynając w styczniu 1980 roku systematyczny dziennik, zatytułował go "Notatki o własnej pracy literackiej". Skrupulatnie notował, ile stron powieści napisał i jak je ocenia. Czasem zapisywał jakiś nowy pomysł, motyw, wyznaczał sobie termin ukończenia powieści albo jej części. Pisanie dla Parnickiego było potrzebą życiową - jak jedzenie, sen, picie, papierosy...

Kiedy powstaje "Solidarność", gdy toczą się w Polsce burzliwe wydarzenia roku 1981, Parnicki pisze powieść o Atanagildzie, wizygockim księciu, który stawia opór autorowi, nie chce być "dotworzony", wcielić się w literaturę. Woli wcześnie umrzeć, niż dać się wciągnąć w wirtualny świat powieści. Kiedy ogłaszano stan wojenny, gdy go zawieszano, gdy go kończono i w następnych złych latach - Parnicki pisał. Powstawały "Opowieść o trzech Metysach", "Kordoba z darów"... I wreszcie - chory, ze świadomością nadchodzącej śmierci wracał do dawnych wątków, rozwijał je, przemieniał w rozrastającą się fabułę. Ukazała się ona dopiero po jego śmierci jako niedokończona "Ostatnia powieść".

Niektórzy czytają późne powieści Parnickiego tak, jakby rozwiązywali krzyżówki czy szarady, inni jako dialogi filozoficzno-teologiczne, jako powieści psychologiczne, jako maski dla autobiografii, jako książki postmodernistyczne, gdzie fantazja miesza się z realnością, prawdopodobne z nieprawdopodobnym, bieg dziejów z synchronią dysput toczonych przez ludzi z różnych epok, jak w starożytnym gatunku "rozmowy zmarłych". Wszystkie te lektury są - po części przynajmniej - uprawnione, mają podstawy w tekstach, ale nie wierzę, by mogły być rzeczywistymi bramami do przeżywania dzieła Parnickiego. Najpierw bowiem przyjmuje się jego powieści jako własny-cudzy sen, porywającą historię o kimś, kim jestem i nie jestem zarazem. Znajduję własny poryw i własne marzenie, a jednocześnie wciąż doświadczam takiego uczucia inności, obcości, jakie jakże często wywołuje własne wprawdzie, ale nachodzące mnie z zewnątrz śnienie. Także fascynację i lęk przed cudzą fantazją, przed splecionym z nią cudzym życiem.

Parnicki przygotowywał się starannie, czytał prace historyków, sięgał po wydania źródłowe, po dzieła historiozoficzne, dbał o faktografię, potem jednak tworzył intuicyjnie. Pomysły ulegały zmianom. Świat powieściowy zyskiwał autonomię, postaci same prowadziły pióro. Czasem to pióro zatrzymywało się, ale przymus pisania pozostawał. Powstawała luka, "wyrwa", jak powiada w dzienniku, omijał ją i pisał dalej. Po jakimś czasie zapełniał "wyrwy". Żył, pisząc. Pił i pisał - chyba że wpadał w depresję (główna w 1976 roku, potem w 1984). Kontrolował się. Wyrzucał część napisanych kartek, zawsze z żalem (poczuciem niewykonania planu - dziennego, miesięcznego, kwartalnego) i pisał dalej.

Jego pisanie to był żywioł, improwizacja (sam to tak nazywa), które czynił regularnym obowiązkiem. Dziennik towarzyszył temu pisaniu (miał o nim traktować). Potem jednak przeważają w nim inne wydarzenia. Na pamiętną gwiazdkę 1981 ktoś ofiarował jego żonie jako prezent margarynę, ona mu w zamian ofiarowała puszkę śledzi. Albo: dzień poświęcony zdobywaniu mięsa. I dowiadujemy się po kolei: "dzień bez picia", "dzień z piciem"... Ile kieliszków, jakiego trunku spożył, ile potem stron napisał, czy osiągnął właściwy stan skupienia.

Pisze codziennie. Nulla dies sine linea. Pisze na kartkach papieru maszynowego, dużo go zużywa, wzrok się coraz bardziej pogarsza, aż do ślepoty... Papieru brakuje, to brak, obok braku papierosów, najbardziej dotkliwy. Alarmuje znajomych, wydawców. Przynoszą, przysyłają. Pisze. Zdrowie nie pozwala. Zdrowie, do którego przywiązywał zawsze dużą wagę. Ma rację Zygmunt Lichniak we wstępie do tej książki: Parnicki był hipochondrykiem. Hipochondrycy jednak nie tylko w każdym bólu głowy podejrzewają wylew, nie tylko lękają się konsekwencji skaleczenia stalówką palca, także dostają raka krtani, przechodzą chemioterapię. Także są po niej osłabieni, nie mogą pisać, czują znużenie, boją się zasadnie, czy nie nadchodzi to wielkie, depresyjne albo to największe, śmiertelne znużenie...

Parnicki pisząc, boi się maniactwa, szaleństwa (to nie są u niego przenośnie). Bada objawy poprzez obserwację zmiennego tempa pisania. Usuwa z utworu fragmenty - tak jak usuwa się z organizmu coś szkodliwego dla zdrowia; nie jest to zabieg na chłodno, dotyczy tego, co organiczne, powoduje traumę. Historia nie jest już dlań w tych fantastyczno-historycznych powieściach tym samym, czym była kiedyś, pozostaje jednak gwarantem normalności. Ale do powieści wchodzą też wątki, których autor się boi (takie jak rozmowa z alegorycznym Kaloryferem). Notuje, że wynikają one raczej z rozproszenia niż skupienia twórczego. Świetnie te stany rozróżnia. Do samego ostatka. Ślepnąc, nie widzi liter stawianych na papierze, nie wie, czy kartka nie jest już zapisana wcześniej... Ale ani jednego dnia bez linijki. W pewnej chwili pozostaje już tylko to - pisanie. Aż do końca, i na przedostatniej (prawdopodobnie) albo jednej z ostatnich stron ostatniej powieści historycznej - zaskakuje go śmierć.

Pisząc powieści, wchodził w ich światy, w skomplikowane fabuły. Na ich znaczenie, na konieczność dokładnego śledzenia sensu poszczególnych wydarzeń, motywów działań zwróciła uwagę "śląska szkoła" badaczy dzieł Parnickiego (Stefan Szymutko, Ryszard Koziołek, Krzysztof Uniłowski, Tomasz Markiewka, który opracował "Dziennik"). Ale u Parnickiego odnajdujemy oprócz wagi przywiązywanej do faktów, do działań, nie tylko sugestię, że słowo nie potrafi ogarnąć złożoności historii, ale i coś przeciwnego - wielkie mity organizujące tę twórczość: mit mieszańca, mit klerka, mit Kościoła ubogich, mit krążenia krwi między bóstwem a człowiekiem.

Mity te miały wyrażać prawdę losów ludzkich, obejmować nieobejmowalną całość. Były to kompasy w ogrodach rozwidlających się ścieżek, w wielopowieściowym dziele Teodora Parnickiego. I choć zmieniał się powieściowy status postaci poprzez monologi wewnętrzne, dialogi międzyepokowe, rozrastające się dygresje autobiograficzne - wciąż były to powieści historyczne. Nawet wtedy, kiedy wchodził w nie żywioł autobiografii, teologii (mającej postać albo sporów doktrynalnych, chrystologicznych, albo maskę teorii literatury). I to trwało aż do momentu ostatniego, do "Ostatniej powieści", gdzie pod koniec przychodzi na świat sześciokilogramowe, dorodne niemowlę - Teodor Parnicki. Tu już powieść historyczna, ta wielka, obejmująca całe fabularne dzieło pisarza - musiała się zakończyć. Historia bowiem, pojmowana jako przeszłość (a powieść historyczna to dlań powieść o przeszłości), kończy się dla każdego w dniu jego narodzin.

Znałem Parnickiego, odwiedzałem go w latach 80., korespondowałem z nim. Znalazłem się więc w indeksie osób i na stronach dziennika. Czytam ten dziennik, sprzęgając go z dawniejszą lekturą powieści i z moimi własnymi wspomnieniami. Z początku zwłaszcza zadziwia, jak ten powieściopisarz historyczny był niewrażliwy na dziejącą się w Polsce historię, na nastroje społeczne, na to, czym żyją ludzie dokoła. Tu Porozumienia Gdańskie, strajki, wiece. Kipi tym wszystkim, a w telewizji od jesieni 1980 do połowy 1981 pokazywane są długie rozmowy Sadkowskiego z Parnickim o "przekuwaniu historii w literaturę", bardzo dawnej historii. Polskie Radio nadało kilkadziesiąt nużących odcinków powieści "Sekret trzeciego Izajasza".

Odbierałem to, jak wielu innych, jako nadużycie, część strategii mediów odwracania uwagi publiczności od tego, co rzeczywiste. Widzom i słuchaczom chodziło wtedy raczej o przekuwanie literatury w dziejącą się historię. Parnicki dziwił się, że młodzi pisarze głusi są na zachęty kontynuowania powieści o starożytnym Bizancjum lub o książętach we wczesnym średniowieczu. Strajki w fabrykach, strajki na uniwersytetach. Papież, KOR, struktury poziome - a tu zmowa klerków ponad podziałami! - gdy jedni klerkowie pochwalą w telewizorze stan wojenny, inni zaś będą więzieni w Białołęce.

Z ogłoszeniem stanu wojennego dużo się jednak w "Dzienniku" zmienia. W tym momencie, gdy łatwo było dać się skusić, w końcu mogli go do tego namawiać niektórzy znajomi - Parnicki konsekwentnie odmawiał udziału: w Narodowej Radzie Kultury, którą tworzył Jaruzelski, w PRON, w nowym ZLP. Mimo wielu zaproszeń i nalegań, systematycznie odmawiał wywiadów, publicznych występów. Ale także - wcześniej i później - odmawiał opozycji, nie podpisywał oświadczeń, protestów, w 1981 r. nie wszedł do komitetu Kongresu Kultury. Dumny był z doktoratu honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, przyjął Nagrodę Państwową. Raz interweniował, chyba skutecznie, u Jaruzelskiego, gdy poznańskiemu "Nurtowi" groziła likwidacja.

W 1982 r. "Dziennik" jest raptularzem wizyt, rozmów, lektur. Ale selektywnym, także ze względów politycznych. Czasem jego autor jakieś nazwisko wyraźnie przemilcza, pisze: "była u nas znajoma" albo "długo rozmawiałem" czy "bardzo mnie ta rozmowa zdenerwowała", ale o czym rozmawiał, czym się zdenerwował - tego nie ma. Diarysta, dobrze to czujemy, pozostawał ostrożny, nie chciał narażać innych i siebie, dostatecznie długo przesiedział w sowieckich więzieniach.

I na zakończenie: publikowane są rozprawy o Parnickim, przygotowywane zbiory jego listów. Czy jednak gdyby dziś pisał swe powieści - znalazłby wydawców? (Może Noir sur Blanc, któremu zawdzięczamy wydanie "Opowieści o trzech Metysach" i "Ostatniej powieści"). A jeśli nawet, to czy płaciliby honoraria? Czy mogłoby powstać i znaleźć się na półkach to dzieło, które dla różnych - także nowych - czytelników jest rzeczywiście "pojazdem międzyepokowym" (i międzypokoleniowym), pełnym pytań o tożsamość mieszańca i o globalność kultur, cywilizacji, idei... Późne powieści Parnickiego są jeszcze w bibliotekach. Kto się postara - do nich dociera, często z trudem.

Teodor Parnicki, Dzienniki z lat osiemdziesiątych. Notatki o własnej pracy literackiej.Wstęp: Zygmunt Lichniak, Słowo o Autorze "Dzienników" oraz opracowanie: Tomasz Markiewka, Kraków 2008, Wydawnictwo Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]