Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Odnaleziony skarb rewolucji

Odnaleziony skarb rewolucji

04.09.2012
Czyta się kilka minut
Jeffrey C. Goldfarb,amerykański socjolog badający "Solidarność": Na Zachodzie ruch solidarnościowy często mylnie klasyfikowano jako wyłącznie antykomunistyczny. Dla mnie oznacza to niedocenianie kreatywnego potencjału Solidarności, do którego sięgają najnowsze ruchy społeczne.
Instalacja "Koncert na wstążki" Jerzego Janiszewskiego na Skwerze przy Wielkim Młynie. Gdańsk, 17 sierpnia - 30 września 2012 r. fot. Dariusz Kula/fotokula.pl
P

PAWEŁ MARCZEWSKI: Na prowadzonej przez Pana stronie „Deliberately Considered” znalazł się tekst na temat polskich protestów przeciwko ACTA, pod wymownym tytułem „Od Solidarności 2.0 do społeczeństwa obywatelskiego 1.0”. Zgadza się Pan z tym, że protestujący przeciwko ACTA kierowali się duchem Solidarności?

JEFFREY C. GOLDFARB: Zasadniczo tak, chociaż z kilkoma zastrzeżeniami. Historia nie lubi się powtarzać i ludzie działający dzisiaj nigdy stuprocentowo nie naśladują wzorów z przeszłości. Doświadczenie Solidarności fundamentalnie zmieniło jednak polską kulturę polityczną i za każdym razem, gdy w Polsce wybuchają protesty, niemal siłą rzeczy odnoszą się do wielkich osiągnięć tego ruchu.

Głupotą byłoby stawianie znaku równości między protestami w sprawie ACTA a Solidarnością, ale nie powinno się ignorować głębokiego związku między nimi. Solidarność odnalazła to, co Hannah Arendt nazywała „utraconym skarbem tradycji rewolucyjnej” – ludzie odkryli swój potencjał polityczny. Arendt nie pisała jednak o tym, że to odkrycie zostaje zapisane w kulturze politycznej. W efekcie kolejne pokolenia odwołują się do doświadczeń poprzedników. Dzieje się tak na dwa sposoby.

Po pierwsze, przez to, co nazywam „polityką rzeczy małych” – przez spotkania, rozmowy, często w kameralnym gronie, które prowadzą do uwolnienia politycznego potencjału zdolnego przynieść wielkie zmiany. Dziedzictwo „polityki rzeczy małych” pozostawione przez Solidarność w polskiej kulturze politycznej jest równie silne, co ślad pozostawiony w niej przez „długi wiek XIX” i tradycję romantyczną.

Po drugie, przez obudzone za sprawą Solidarności przywiązanie do wolności kulturowej, pozwalającej swobodnie wyrażać własne zdanie. Zaryzykowałbym hipotezę, że siła protestów przeciwko ACTA, przeciwko wąskiemu definiowaniu własności intelektualnej w internecie, brała się w jakiejś części z tego przywiązania.

Jeśli dziedzictwo Solidarności wpisało się w polską kulturę polityczną równie silnie, co tradycje odziedziczone po XIX w., to znaczy, że można jej używać jako inspiracji do zbiorowych działań w sposób analogiczny do tego, w jaki dysydenci korzystali ze spuścizny pozytywistów czy romantyków?

Nie sądzę, by można było robić z niego instrumentalny użytek. Mamy raczej do czynienia z głębokim zakorzenieniem. Jeśli protesty przeciwko ACTA miałyby znaleźć swój dalszy ciąg, wykroczyć poza ramy jednego, wąskiego tematu i objąć również więcej osób spoza grona w miarę nieźle sytuowanych mieszkańców miast, wtedy odwołania do tradycji Solidarności staną się kluczowe. Widzę tu pewne podobieństwa z obecnym położeniem Occupy Wall Street (OWS).

Pisał Pan, że w przypadku OWS „forma ruchu staje się treścią”. Tymczasem Solidarność miała zestaw konkretnych postulatów. Na czym polega podobieństwo między nimi?

Podczas strajku w stoczni gdańskiej zawisł transparent „Bez wolności nie ma chleba!”. Oczywiście powieszenie takiego hasła nikogo nie nakarmi, ale jest aktem wolności. Takie działanie konstytuuje swobodne życie publiczne i jest wspólne dla OWS i Solidarności. Oczywiście, ono zawsze było częścią ruchów społecznych, ale w przypadku Solidarności stworzenie wolnej sfery publicznej było szczególnie istotne. Rzecz jasna było to również pewną słabością, gdyż oznaczało, że nie opracowuje się planu przejścia do innego systemu politycznego, ale koncentruje się wysiłki na stworzeniu autonomicznej sfery w ramach istniejącego.

A zatem forma protestu wypracowana przez Solidarność jest wspólna dla tego, co nazywam „nowymi ruchami społecznymi”, dążącymi przede wszystkim do stworzenia wolnej przestrzeni publicznej.

Co Pan rozumie pod pojęciem nowych „nowych ruchów społecznych”?

Pierwsze ruchy społeczne były narzędziami walki o konkretne interesy społeczne i ekonomiczne. Koronnym przykładem są tu związki zawodowe z końca XIX w. Tak zwane nowe ruchy społeczne pojawiły się w drugiej połowie XX w. Ich analitycy, na przykład Alain Touraine czy Alberto Melucci, stwierdzili, że ich zasadniczym celem nie jest zaspokojenie określonych interesów zbiorowych, ale stworzenie określonej tożsamości. Najlepszymi przykładami są tu zapewne ruchy ekologiczne i feministyczne w USA i Europie Zachodniej.

Jeśli się nad tym zastanowić, to okazuje się, że związki zawodowe też starały się wypracować określoną tożsamość, chodzi jednak o zasadniczy cel przyświecający działaniu zbiorowemu. Z tej perspektywy można, jak sądzę, traktować Solidarność jako kluczowe ogniwo w rozwoju nowego typu ruchów społecznych, skoncentrowanych przede wszystkim na stworzeniu wolnej przestrzeni publicznej. Łączy to Solidarność z ruchem Occupy Wall Street, protestującymi przeciwko ACTA oraz demonstrantami Arabskiej Wiosny.

Na Zachodzie ruch solidarnościowy często mylnie klasyfikowano (i niekiedy robi się tak do dziś) jako po prostu antykomunistyczny. Dla mnie oznacza to niedocenianie kreatywnego potencjału Solidarności, do którego sięgają najnowsze ruchy społeczne.

Solidarność dzieliła jednak z wczesnymi ruchami społecznymi walkę o konkretne interesy, choćby prawo do strajku. Odgrywała również rolę tożsamościotwórczą.

Oczywiście. Musimy pamiętać, że jednym z punktów zwrotnych była wizyta w Polsce papieża Jana Pawła II w 1979 r. Niektórzy przeżywali ją jako doświadczenie religijne, duchowe, ale zarówno dla nich, jak i dla niewierzących był to moment, kiedy Polska wyobraziła sobie siebie poza oficjalnie obowiązującymi definicjami – i tę wizję można było podzielać nie w sekrecie, ale zupełnie jawnie, w przestrzeni publicznej. Było to doświadczenie kluczowe dla powstania Solidarności.

Wyłaniające się z niego społeczeństwo, wolne od tradycyjnych podziałów politycznych i światopoglądowych, dobrze opisał w „Kościele, lewicy, dialogu” Adam Michnik. Powstawała zatem nowa tożsamość, ale istotne było, do czego ją wykorzystywano – a Solidarność uczyniła ją podstawą „wolnej przestrzeni”, w której ludzie o różnych poglądach mogli zacząć ze sobą rozmawiać.

Zbliżyły się do siebie intelektualne elity i robotnicy, Kościół i świecka lewica nie podkreślały już dzielących ich różnic epistemologicznych. Oczywiście podziały nie zniknęły i doszły do głosu po upadku ustroju komunistycznego.

Już w latach 80. masowy charakter ruchu niepokoił tych, którzy obawiali się, że nie pozostawi dość miejsca na jednostkową autonomię. Później rozległy się też głosy, że marginalizował kobiety. Czy „wolna przestrzeń” stworzona przez Solidarność była rzeczywiście aż tak pluralistyczna, jak chcielibyśmy wierzyć?

Można mieć wyidealizowany obraz sfery publicznej, a jednocześnie patrzeć na świat realistycznie. Demokratyczna sfera publiczna jest zawsze naznaczona napięciami – tak jest w Polsce, ale i w USA, gdzie wyłonił się ruch Tea Party, ostro krytykowany przez moich lewicowych przyjaciół. Aktualna pozostaje diagnoza Alexisa de Tocqueville’a głosząca, że z demokracją nierozrywalnie związane są niebezpieczeństwa, niesione przez społeczeństwo masowe. Narastanie niepokojów jest zawsze częścią otwierania się sfery publicznej.

Pisał Pan, że w przypadku OWS bardzo istotna była symbolika miejsca – centrum globalnego kapitalizmu. Wydaje się, że w przypadku Solidarności miejsce było równie istotne, stocznia symbolizowała niespełnione obietnice państwa „robotników i chłopów”.

Właśnie. Fakt, że robotnicy protestowali w „państwie robotników”, był dla Solidarności bardzo istotnym źródłem władzy symbolicznej, a ruch miał w Stoczni Gdańskiej swoje symboliczne centrum, z którego promieniował jego wpływ.

Dolny Manhattan był swoistą tubą dla ruchu OWS, ale było jasne, że protestujący nie zostaną tam na zawsze, a kiedy ich obecność w sąsiedztwie Wall Street przestanie być nowością, tuba będzie miała o wiele mniejszy rezonans. To dla OWS wyzwanie i nie jest pewne, czy i jak zdoła sobie z nim poradzić.

Podtrzymanie żywotności ruchu społecznego i przełożenie jego działalności na realny wpływ to zawsze ogromny problem. Ten sam problem dotyczy protestów przeciwko ACTA. Jeśli miałyby mieć trwały wpływ na polskie społeczeństwo, w co wątpię, to będą musiały zaapelować do szerszej publiczności. A to jest możliwe tylko dzięki odwołaniu się w jakiś sposób do tradycji solidarnościowej.

To samo tyczy się OWS. Tak naprawdę ten ruch jest bardzo nieliczny, uczestniczy w nim o wiele mniej osób, niż protestowało przeciwko wojnie w Iraku. Ma dużą władzę symboliczną i cieszy się zainteresowaniem mediów, niekoniecznie jednak przekłada się to na społeczny rezonans. Nieco liczniejszy ruch Tea Party radzi sobie pod tym względem dużo lepiej, dlatego że używa języka i instytucji zakorzenionych w amerykańskiej tradycji politycznej i zrozumiałych dla szerszej publiczności. Dzięki temu utrwalił swoją obecność wśród prawicowej opinii publicznej. OWS nie zdołało tego zrobić.

A zatem żaden ruch społeczny nie może liczyć na sukces bez odwołania do dziedzictwa kultury politycznej danego kraju?

Tak, nie oznacza to jednak, że jego los jest z góry przesądzony. Kultura polityczna nie jest przeznaczeniem. Często słyszymy, że Polacy są romantyczni, Amerykanie pragmatyczni, Rosjanie mają skłonności autorytarne i tak dalej. Kultura polityczna ma być czynnikiem determinującym. Ja w to nie wierzę, moim zdaniem jest pisana ciągle na nowo. Solidarność była właśnie takim aktem pisania jej na nowo, tak jak ma szansę nim być ruch OWS. Chociaż mam zastrzeżenia do jego autodefinicji jako ruchu antykapitalistycznego, to pewne zjawiska w jego obrębie wydają mi się obiecujące – przede wszystkim wskazywanie na fakt, że utrzymanie nieustannego awansu społecznego przez zadłużanie się to mrzonka.

Dług zagraża ludzkiej godności, to problem dotykający szerokich rzesz amerykańskiego społeczeństwa. Dotyczy zarówno ludzi, którzy muszą brać krótkoterminowe kredyty konsumpcyjne, żeby przetrwać do końca tygodnia, jak i studentów, którzy zadłużają się, by uzyskać dostęp do edukacji.

Lekcja Solidarności dla ruchu OWS głosiłaby zatem, że całościowa zmiana społeczna jest możliwa dzięki umiarkowaniu i samoograniczaniu. Sen o lepszym świecie, lepszym społeczeństwie realizuje się tylko dzięki ograniczonym, konkretnym działaniom, których sens jest zrozumiały dla opinii publicznej.

Czy można porównywać problem długu, który wywołany jest częściowo przez rozbudzone aspiracje konsumpcyjne, z sytuacją walki o prawa pracownicze w opresyjnym, autorytarnym państwie?

Doświadczenie totalitaryzmu uczy, że linia między zewnętrzną opresją a uciskiem, który ściągamy na siebie sami, nie jest wyraźna. Nie zawsze łatwo przychodzi odróżnienie ofiar od osób wplątanych w działania reżimu. Wydaje mi się, że rzeczy mają się podobnie w przypadku niesprawiedliwego systemu społecznego i długu. Oczywiście konserwatyści chcieliby widzieć go jako problem kredytobiorców przyjmujących zobowiązania, których nie mogą wypełnić, ale równie dobrze można obarczyć winą kredytodawców zwiększających zadłużenie dla własnego zysku – albo dla utrzymania uniwersytetu.

Bardzo niepokoi mnie sposób finansowania edukacji w Ameryce, choć jako profesor akademicki jestem oczywiście częścią tego systemu. Nie jestem krezusem, ale mój względny dobrobyt jest po części możliwy dzięki zadłużeniu studentów. Czy to wina studentów, czy moja? Uważam, że edukacja powinna być finansowana z funduszy publicznych, ale niełatwo stwierdzić, kto ponosi winę za to, że jest inaczej, kto tu kogo krzywdzi.

Czyli lekcja Solidarności dla dzisiejszych protestujących głosi „zacznijcie zmiany od siebie”? Bankier solidaryzujący się z OWS to dzisiejszy odpowiednik członka partii, który zapisuje się do Solidarności podczas jej karnawału?

Właśnie tak! Przychodzi mi tu na myśl genialny esej Václava Havla o „sile bezsilnych”, ukazujący, jak zwykli ludzie mogą obalić reżim totalitarny, a równocześnie jak jego trwanie zależy od ich codziennej aktywności.

Wspomniał Pan o odkryciu przez Solidarność tego, co Arendt nazywała „utraconym skarbem tradycji rewolucyjnej”. Czy można również mówić o skarbie Solidarności, utraconym w państwowych obchodach kolejnych rocznic i oficjalnym upamiętnianiu?

Absolutnie tak! To intrygujące, jak oficjalne użycie dziedzictwa prowokuje do jego krytycznej reinterpretacji. Jeśli ruch protestu przeciwko ACTA chce mieć szerszy, utrzymujący się wpływ, to zapewne będzie musiał dokonać takiego twórczego przepracowania.

To samo tyczy się OWS – ruch będzie musiał wymyślić na nowo ideał „amerykańskiego snu”, jeśli chce zyskać realne znaczenie. Krokiem w tym kierunku jest moim zdaniem podjęcie kwestii długu.

Hannah Arendt sądziła, że „tradycja rewolucyjna” musi zostać utracona. Ja sądzę, że jej skromna wersja – „polityka rzeczy małych” – może zostać ocalona dzięki naszym codziennym, drobnym działaniom. Skarb wciąż jest do odzyskania dzięki ruchom społecznym.

JEFFREY C. GOLDFARB jest profesorem socjologii na nowojorskim uniwersytecie The New School for Social Research. Od lat bada ruchy społeczne w Polsce i Ameryce, zajmował się m.in. Solidarnością oraz fenomenem niezależnych teatrów studenckich w PRL. Wydał m.in. „On Cultural Freedom: An Exploration of Public Life in Poland and America” (1982), „After the Fall: The Pursuit of Democracy in Central Europe” (1992) oraz „Politykę rzeczy małych. Siłę bezsilnych w mrocznych czasach” (2006, wyd. pol. 2012).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Socjolog, historyk idei, publicysta. Szef działu Obywatele w forumIdei Fundacji im. Stefana Batorego, zajmuje się ruchami i organizacjami społecznymi oraz zagadnieniami sprawiedliwości...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]