Żadne głosowanie w Sejmie, jeżeli nie prowadzi do uchwalenia ustawy niezgodnej z Konstytucją, nie narusza demokracji. Posłowie mogą głosować, ale nie muszą. Kiedy odmawiają głosowania, stwarzają niecodzienną sytuację, ale nie ma w tym niczego niezgodnego z prawem czy demokracją. Demokracja to nie Sejm czy zbiór zasad dotyczących sposobu głosowania, lecz władza ludu, czyli postępowanie zgodne z wolą wyborców i zasadą rozdziału władz. Sejm w ogóle nie jest instytucją specjalnie ważną, bowiem władza ustawodawcza, jaka mu przysługuje, jest tylko jedną z władz (obok, posiadającej praktyczną przewagę, władzy wykonawczej i sądowniczej). Otóż Sejm naruszyłby demokrację, gdyby uchwalił ustawę ograniczającą rolę jednej z dwóch pozostałych władz, np. władzy sądowniczej (Trybunału Konstytucyjnego). Tak jak nie wolno władzy wykonawczej narzucać swojej woli, podobnie ograniczona jest władza Sejmu. W Polsce ostatnio wydaje się, że klasyczna zasada rozdziału władz wydaje się rządzącej koalicji przeszkadzać.
W USA i na Zachodzie Europy pojawia się od kilku czy nawet kilkunastu lat tendencja do ograniczania roli demokracji, a zwłaszcza demokracji rozumianej jako wola ludu. Argumenty są znane, tyle że obecnie wydają się bardziej aktualne niż dawniej. Pierwszy: demokratyczny sposób rządzenia jest powolny, mało skuteczny i często przez to utrudnia, zamiast ułatwiać, podejmowanie ważnych decyzji. Drugi: obywatele są niedostatecznie zorientowani w wielu zawiłych sprawach politycznych czy gospodarczych, tak że lepiej byłoby, gdyby, zachowując maksimum wolności prywatnej, nie dopuszczano ich do spraw publicznych, bo tylko mącą i zabierają czas swoją niekompetencją.
Argumenty te nie są bezpodstawne, bo rzeczywiście demokracja nie wyróżnia się skutecznością, a wola ludu jest często wolą obywateli, których niezbyt ciekawi polityka i słabo się w niej orientują. Jednak w gruncie rzeczy argumentacja taka prowadzi do jednego wniosku: najlepszy byłby system mniej lub bardziej oświeconego absolutyzmu. I istotnie można by się z tym argumentem zgodzić, gdyby oświecony absolutyzm podlegał kontroli. A jaka to mogłaby być kontrola? Tylko demokratyczna i tu się koło zamyka. A zatem wszystkie formy zasadniczej krytyki demokracji, a nie tylko rozsądnej krytyki jej ułomności, które należy poprawiać, prowadzą do niekontrolowanego absolutyzmu. Nie ma innego wyjścia.
Oczywiście w życiu publicznym nic nie jest do końca jasne i mogą funkcjonować formy hybrydalne, np. demokracja obejmująca część (mniej ważnych) spraw państwa i silna, niemal absolutna władza wykonawcza w innych dziedzinach. Jednak na dłuższą metę taka sytuacja jest nie do utrzymania i system polityczny albo powróci na tory demokratyczne, albo na tory absolutystyczne. Dlatego obywatele mają prawo do nieposłuszeństwa obywatelskiego i dlatego prawo do nieposłuszeństwa mają wszystkie organy państwa wtedy, kiedy oceniają sytuację jako zagrażającą podstawom demokracji. Ktokolwiek dokonuje zamachu na zasady demokracji, ten musi ponieść konsekwencje, które polegają na usunięciu z udziału w życiu publicznym. Rezygnując z obrony demokracji przed zakusami jednej z władz na inne, zrezygnowalibyśmy z naszych uprawnień obywatelskich.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















