Na zamknięcie kina „Luna” w Oświęcimiu

Pamiętam tę scenę niewyraźnie. Być może w miarę upływu czasu dodawałem do niej ten czy inny szczegół. Nawet nie jestem pewien, gdzie to się wydarzyło: w Oświęcimiu przed kinem "Luna" czy w Krakowie przed kinem "Kijów". Ale raczej przed "Luną", bo wtedy nie chodziłem jeszcze do szkoły. Wyprowadziliśmy się z Oświęcimia, kiedy miałem siedem lat. Więc wtedy, przed kinem, musiałem mieć jakieś pięć czy sześć.
Czyta się kilka minut

Ojciec zabrał mnie na koncert lub na premierę filmową. Mam niejasne wrażenie, że w kinie miał występować magik i pokazywać swoje sztuczki. Ale możliwe, że mieszam różne wydarzenia. Być może było to spotkanie z Ireną Dziedzic lub coś w inny sposób związanego z telewizją. W każdym razie mieliśmy do "Luny" pięć minut drogi, bo mieszkaliśmy na Buczka (wtedy Buczka, dziś nie wiem). No więc wyszliśmy z domu pół godziny przed rozpoczęciem imprezy, zaraz jak ojciec wrócił z pracy i zjadł obiad, i kiedy doszliśmy pod kino, kłębił się tam już tłum ludzi. Stanęliśmy w kolejce, która nieustannie się zrywała, ciągle ktoś się rozpychał, ktoś kogoś wpuszczał, nie wiadomo było, kto za kim, bo ludzie z końca biegali na początek, a ci z początku machali do znajomych i wołali, żeby się nie pchać, bo jeszcze nie wpuszczają... Staliśmy, ścisk był coraz większy, ojciec wziął mnie na ramiona, ale to nie było bezpieczne, bo łatwiej wtedy stracić równowagę, więc postawił mnie z powrotem na chodniku i starał się osłaniać, i tak mijały minuty, a my nie posuwaliśmy się specjalnie do przodu, raczej na boki, bo kolejka meandrowała.

W końcu była już prawie ta godzina i wtedy ci, którzy przyszli ostatni, z impetem ruszyli do ataku. Jęki, krzyki, szamotanina, bitwa pod Grunwaldem, a miałem to dobrze opanowane, bo mi ojciec kupił taką książeczkę, w której obraz Matejki był opisany detal po detalu. Kogoś tam przewrócono, kogoś okradziono, komuś podeptano płaszcz - i wtedy ojciec, chociaż wraz z całym tłumem przesunęliśmy się już bliżej drzwi, trzymając mnie mocno za rękę, powiedział: "Chodź, wracamy".

Staliśmy potem przez chwilę i przyglądaliśmy się, jak bitwa dogasa. Ci, którym udało się wejść, weszli, ci, którym się nie udało, nie umieli się rozejść. Nie płakałem, chyba w ogóle nie powiedziałem wtedy ani słowa. Czułem - nie tylko dziś czuję, ale również wtedy to czułem - że moment jest wyjątkowy, że to jedna z tych lekcji, które muszę zapamiętać na całe życie. Cofnęliśmy się, chociaż bardzo chciałem zobaczyć tego magika, tę Irenę Dziedzic lub ten film, wszystko jedno jaki; dla dziecka nie ma przecież znaczenia, co ogląda, ważne, że to dla niego to wyjście, że to ono jest tutaj ważne i tak dalej. A jednak byłem dumny, nawet w jakimś sensie szczęśliwy, bo rozumiałem, co ojciec chciał w ten sposób powiedzieć: że my nie musimy, że jeżeli to ma tak wyglądać, to my nie, my dziękujemy, ustąpimy. Jeżeli ktoś lubi deptać i tratować dla Ireny Dziedzic, proszę bardzo. My nie.

I to było dobre: stać tak przed kinem i nie musieć, nie czuć żadnej goryczy ani złości, ani pogardy, ani niczego złego. Tylko dumę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 16/2009