Mówić prozą

W powieści A.J. Cronina "Cytadela", opowiadającej o perypetiach brytyjskiego lecznictwa w zeszłym stuleciu, młody prowincjusz starający się o awans medyczny dostaje pytanie, co jest dlań najważniejsze w lekarskiej pracy. Odpowiada z zażenowaniem, pewien, że to nie jest najlepsza odpowiedź: "Ja zawsze powtarzam sobie, że nie można niczego już z góry uznawać za pewność". Nie wie, iż sformułował właśnie klucz do swoich sukcesów i przyszłości. Egzaminujący autorytet wpisuje mu najwyższą ocenę, mówiąc do siebie, że utrąciłby go, gdyby wydeklamował mu formułkę o chęci służenia cierpiącej ludzkości.
Czyta się kilka minut

Słowa wzniosłe, ukwiecone, sięgające z łatwością najwyższych rejonów człowieczego ducha, bardzo łatwo stają się schronieniem dla małości i niekompetencji. Ucieczką przed odpowiedzialnością, która niesie konkret.

Rzeczownik czy czasownik pospolity znaczy to, co znaczy - rozliczenie jest wtedy ścisłe. Wzniosłość otwiera przestrzeń niedookreśloną i właśnie przez to pocieszającą, ba, ułatwiającą umknięcie przed rozrachunkiem.

Pociesza, owszem, ale jeszcze bardziej łudzi, a nawet prowadzi na manowce wtedy, gdy wyniki trzeba koniecznie wziąć w ręce i wyciągnąć z nich wnioski nawet najbardziej twarde.

Mówienie prozą bardzo niewygodne bywa w polityce, a wzniosłość i brzmienia o wysokim C - wręcz przeciwnie. Gdy dochodzi do cynicznego złamania zasady prawnej (głosowanie Sejmu nad składem komisji śledczej, w której niektórzy będą zarówno przesłuchiwanymi, jak przesłuchującymi), słyszymy o odzyskiwaniu rzetelności i o szacunku dla własnych zasad. Łamanie złożonej dopiero co przysięgi świadka ("będę mówić całą prawdę, i tylko prawdę, niczego nie ukryję ani nie dodam") nazwane zostaje dowcipnie odmową wyspowiadania się i nawet komentator zachwycony igraszką pani poseł zapomina o nazwaniu faktu jedynym mianem, jakie mu przysługuje. To chleb powszedni medialnych programów o polityce. A cóż dopiero, gdy słowa wielkie mogą przykryć jak płaszczem najzacieklejsze walki o władzę - dobro bardziej upragnione niż cokolwiek innego. Wtedy to już tylko kwestia kompozycji: kiedy pora na patos, a kiedy na ciosy. Upojenie słuchaczy rejestrami wzniosłości zwykle trwa na tyle długo, że nawet konkret przechodzi niezauważony. A mowa z górnej półki zawsze dostarczy słownika z imionami wartości, choćby praktyka im zaprzeczała.

I dopiero gdy katastrofa zagląda w oczy, staje w progu, jak teraz na Haiti, sypie się wszystko, co było udawaniem. Zostaje sama proza, sam konkret. Trzeba naprawdę wiedzieć, jak ratować, trzeba albo być skutecznym, albo dać się pochłonąć nieszczęściu razem z tymi, którym chciało się pomóc. A inni niech milczą. Ale czy mamy się uczyć tak elementarnych prawd dopiero na apokalipsach?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 04/2010