Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kult popularności

Kult popularności

14.01.2013
Czyta się kilka minut
Największym dziełem Warhola był sam Andy Warhol, co zresztą dobrze pokazuje wystawa w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie – bywał, ogłaszał nowe Superstars i skazywał na nieobecność.
„Mick Jagger”, 1975, serigrafia Fot. © 2012 The Andy Warhol Foundation for the Visual Arts, Inc. / Artists Rights Society (ARS), NY
A

Andy Warhol jest ojcem epoki „Big Brothera” i celebrytów. W mgle przyszłości zobaczył świat, w którym każdy może stać się sławny. Więcej nawet, wiedział, że niektórzy zyskają popularność przez przypadek. Albo wbrew sobie. „W przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut” – mówi jeden z najsłynniejszych cytatów drugiej połowy XX w. To słowa papieża pop-artu.

***

DLA ANDY’EGO WARHOLA to właśnie w fenomenie popularności krył się wstęp do kultury współczesnej. Masowej, opartej na medialnym przekazie, powierzchownej. Korespondowało to zresztą z jego sztuką – uwielbiał serigrafię jako technikę artystyczną, bo kult serii wydawał mu się tym, co najlepiej oddaje amerykański styl życia i demokratyczność w sztuce. Stąd też słabość do „szlachetności butelki coca-coli”. Tej, którą w tym samym momencie może pić robotnik z przedmieść Chicago, artysta z Nowego Jorku i prezydent USA.

Lubił portretować gwiazdy mediów. Gdyby żył, w jego dziełach pojawialiby się zapewne występujący w talk-showach i programach typu „Big Brother” czy „Idol”. Nie zapomniałby na pewno o Britney Spears, Justinie Bieberze, Justinie Timberlake’u, Bradzie Pitcie, Angelinie Jolie, Victorii i Davidzie Beckhamach. Wtedy byli to Marilyn Monroe, Jackie Kennedy, Liza Minnelli, Aretha Franklin, Judy Garland, Elizabeth Taylor czy Elvis Presley. Władcy masowej wyobraźni. W kolorze i z pozłotką. W dobrze wymierzonej skali, by przykuć uwagę, ale ascetycznie. Cukierkowo i bezdusznie jednocześnie. Bo Warhol znakomicie rozumiał mechanizmy medialne, będące dźwignią sławy. Wiedział, co się sprzedaje, i co sprzedawać się będzie. „Nikogo nie obchodzi, jaka jesteś naprawdę – wydmij usta, nałóż cień na powieki. I błyszcz” – zdaje się mówić. Nie na darmo zainteresował się Marilyn czy Jackie, gdy o tych stało się głośno pod wpływem ich osobistych tragedii. Wiedział, że od uśmiechniętej gwiazdy ludzie wolą tę, która potyka się o życie. Ten uśmiech to pozory.

Może sam im zazdrościł? Wychowany w Pittsburgu syn słowackich imigrantów. Szedł na co dzień z biedą pod rękę, mając wyszydzanie przez kolegów za kompana. Marzył, by się wyrwać.

***

JEŚLI SŁAWA, TO GWIAZDY ROCKA, jeśli lata 60., to Mick Jagger. Brytyjski wokalista, lider The Rolling Stones, miał to wszystko, czego trzeba, by stać się popularnym. Androgyniczny urok, w którym spotykały się seks i skandal. Był idolem. Dla Warhola stał się ucieleśnieniem współczesnej kultury. Mistrz pop-artu nie tylko wielokrotnie portretował Jaggera – zaprojektował nawet okładkę płyty Stonesów „Love you Live”.

Ale to wszystko mu nie wystarczyło. On nie chciał gwiazd portretować. On chciał je kreować. I z tego zrobił sztukę. Nie bez znaczenia była tu Factory, pracownia Warhola mieszcząca się przy 47th East Street, a od 1968 r. przy Union Square na Manhattanie. Miejsce legenda, które zasłużyło na miano Fabryki. Filmy, muzyka, przyjęcia, orgie... I produkcja sztuki. Wszystko w jednym miejscu, wszystko na masową skalę. Seryjna sztuka, seryjny seks, seryjne doznania. Tworzywem było życie. I młodzi ludzie, których Warhol zgarniał do swojej Fabryki, czasem wprost z ulicy. Wyrzutki, niedopasowani, koczujący na obrzeżach życia społecznego. Każdemu z nich nadawał imię, wyposażał w nowy image i nazywał Superstar. Grali w jego filmach, pomagali w tworzeniu prac. Ale kwintesencją ich obecności stało się bywanie. Mieli być nowojorską bohemą, pokazującą się w modnych klubach i na przyjęciach. Znani z tego, że są znani. A skąd my to znamy? Często byli błyskiem jednego flesza aparatu, zapominani tak szybko, jak się pojawili.

Lista jest długa: Viva (czyli Janet Susan Mary Hoffmann), Ultra Violet (czyli Isabelle Collin Dufresne), Candy Darling (James Lawrence Slattery), Joe Dallesandro, Gerard Malanga. Ale litania warholowskich Superstars jest dłuższa, często usiana nazwiskami dziś kompletnie nic nie mówiącymi. Inni się wybili. Isabelle Collin Dufresne napisała książkę „15 minut sławy”, opowiadającą o życiu w Fabryce; Candy Darling (nowojorski transwestyta James Lawrence Slattery) uwieczniony został w piosence Lou Reeda „Candy says”; Nico (Christa Päffgen) została modelką, potem stała się wokalistką, kończąc żywot z przedawkowania narkotyków. I grupa rockowa The Velvet Underground, powołana przez Warhola, w skład której weszli młodzi muzycy. Wydawało się, że będą atrakcją sezonu, stali się jednym z najważniejszych zjawisk na nowojorskiej scenie muzycznej tamtych czasów. Wokalista zespołu, Lou Reed, jest aktywny do dziś.

Wielu innych, dziś bezimiennych, popłynęło moralnymi rynsztokami w niebyt i zapomnienie, a czasem w uzależnienie od narkotyków. Bo cena za 15 minut sławy była ogromna.

***

NAJWIĘKSZYM DZIEŁEM WARHOLA był sam Andy Warhol, co zresztą dobrze pokazuje wystawa w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie – bywał, ogłaszał nowe Superstars i skazywał na nieobecność. I sam padł ofiarą swej popularności: w 1968 r. został postrzelony przez Valerie Solanas, jedną ze stałych bywalczyń Fabryki, która nie chciała czekać dłużej na swoje 15 minut sławy. Otarł się o śmierć. I zmienił swoje (i nie tylko swoje) życie. Nie sięgał już po ludzi z ulicy, stał się wstrzemięźliwy w ogłaszaniu gwiazd. Miejsce otwartości zastąpiły lęki. Ale jego obietnica spełniła się dziś – internet pełen jest fenomenów, które zyskały popularność przez przypadek, a kolorowe gazety roją się od imion i nazwisk osób, które znane są z tego, że są znane. Ze ślubów, rozwodów, romansów, bywania na przyjęciach i w klubach. Aż tyle i tylko tyle.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]