W ramach cyklu „Najtrudniejszy zawód świata” zapraszamy kapłanów i niekapłanów do dyskusji: jakie doświadczenia okazały się Waszym największym zaskoczeniem, rozczarowaniem, niebezpieczeństwem? Jak radzicie sobie z trudnościami? Wszystkie teksty z cyklu można przeczytać na tygodnik.com.pl/najtrudniejszy-zawod
Trudne sprawy w Kościele są często zamiatane pod dywan. Dlatego cieszę się z cyklu artykułów o „najtrudniejszym zawodzie świata”. Problem, o którym „Tygodnik” pisał w numerze 22., jest mi bliski: Tarnów to moje rodzinne miasto; w miejscowym seminarium spędziłem rok, a ostatnie z opisywanych samobójstw, to z końca kwietnia, popełnił kolega z mojego rocznika.
CO SIEDZI W GŁOWIE KLERYKA
Rzeczywiście, w Małopolsce ksiądz jest traktowany jak przybysz z innego świata – ze sfery sacrum. Takie przeświadczenie jest obecne w świadomości starszego pokolenia, które darzy sutannę czcią, niezależnie od tego, jaką postawę prezentuje ksiądz. Wystarczy tylko mówić coś o Panu Bogu w czasie niedzielnego kazania – i taca na pewno będzie pełna. Ksiądz, niejako z urzędu, ma zapewniony szacunek i posłuch wśród wiernych. Świadomość materialnej stabilizacji (przysłowiowej „ciepłej posady”) przyciąga do kapłaństwa mężczyzn, którym „zawód” księdza kojarzy się przede wszystkim z ciepłymi kapciami w zaciszu miłej plebani.
Nie chcę uogólniać, ale przyznam, że sam w pewnym momencie zorientowałem się, iż wizja kapłaństwa, z którą szedłem do seminarium, opierała się na chęci bycia w centrum zainteresowania ludzi (również kobiet, dla których „niedostępność” mężczyzny bywa pociągająca) i posiadania dobrze urządzonego mieszkania. Pragnienie bliskiego kontaktu z Bogiem zeszło na dalszy plan. Po roku w seminarium uznałem, że tak nie może wyglądać podstawa powołania. Początkowo decyzję o odejściu uznawałem za efekt słabości, ale dziś postrzegam ją jako wyraz siły i Bożego działania – może jest tak, że, jak śpiewa zespół Perfect, wiedziałem, „kiedy zejść ze sceny niepokonanym”. Nie było to łatwe: mentalność wielu mieszkańców południa Polski nie pomaga w podejmowaniu decyzji o opuszczeniu seminarium – wielu traktuje ją jako wyraz niekonsekwencji i ulegania własnym popędom.
Powoli młode pokolenie zaczyna prezentować inną postawę w stosunku do księży. Być może bardziej wymagającą, ale zarazem bardziej prawdziwą i szczerą. Niestety, nie ogranicza to jeszcze napływu do seminariów księży „dorobkiewiczów”, a u wielu z tych, którzy spodziewali się po kapłaństwie łatwego chleba, powstają kolejne problemy.
SAMOTNOŚĆ W DUŻYM DOMU
Dużo można pisać o niedociągnięciach w wychowaniu seminaryjnym. Tarnowskie seminarium opuściłem dziesięć lat temu, ale znając kościelny „pośpiech” czynienia zmian obawiam się, że dziś sytuacja nie wygląda inaczej. Na pewno nie ma się czego wstydzić w kwestii bardzo fachowej kadry profesorskiej. Przedstawiając w radiu TOK FM temat „Tygodnika” Artur Sporniak mówił o imponującej wielkości seminarium duchownego w Tarnowie – zarówno pod względem liczby kandydatów, jak i samego budynku. Niestety, ilość nie przekłada się na jakość. W 2001 r. na 250 seminarzystów przypadało tylko około 15 przełożonych. Łatwo wyliczyć średnią na jednego prefekta lub ojca duchownego – nie jest ona wystarczająca na tylu mężczyzn, którzy, tak jak każdy inny człowiek, muszą w seminarium zmagać się ze swoimi problemami.
Nowy, olbrzymi budynek seminarium sprzyja samotności, słusznie uznanej przez Sporniaka za największy problem księdza. Z opowiadań kolegów ze starszych roczników wiem, że przed wprowadzeniem się całego seminarium duchownego do nowej siedziby kandydaci do kapłaństwa dzielili wspólne pokoje. Służyło to tworzeniu i umacnianiu przyjaźni między nimi. Dziś seminarium zapewnia komfortowe warunki: na pierwszym roku klerycy mieszkają w pokojach dwuosobowych, by pod koniec nauki wylądować w osobnych, jednoosobowych mieszkaniach. To nie sprzyja budowaniu wspólnoty i utrudnia zauważenie tych, którzy borykają się z problemami. Nawet układ jadalni w Tarnowie daje wiele do myślenia: profesorzy i poszczególne roczniki siadają do posiłków osobno.
Dlaczego tak jest? Dlaczego seminarium, w którym uczy się tak wielu kleryków, nie jest podzielone rocznikowo, a słuchacze nie mają większego wsparcia ojców duchownych i prefektów? Dobrych księży, którzy mogliby służyć dobrą radą, nie brakuje przecież w diecezji. W każdym domu stół pełni funkcję szczególną – kiedy się przy nim spotykamy, widać jak na dłoni, kto ma dobry, a kto kiepski czas. Ale w seminarium wspólnego stołu nie ma. Dobrze się tam kamuflując można przebrnąć przez wszystkie lata nauki i być pozytywnie weryfikowanym przez przełożonych.
KSIĄDZ I INNI
Dużym problemem jest ludzka seksualność, w seminarium właściwie pomijana. W późniejszej pracy duszpasterskiej może to skutkować różnymi nieprawidłowościami, np. pomniejszaniem tej kwestii w kontaktach z młodzieżą lub małżonkami, albo problemami z celibatem. Z tym zagadnieniem wiąże się również ograniczenie kontaktu kleryków z innymi ludźmi, a zwłaszcza z kobietami. Oczywiście, nie chciałbym, aby do seminarium organizowano wycieczki kobiet. Kleryków należy jednak uczyć asertywności i obycia w świecie – również kobiecym, bo jako spowiednik ksiądz powinien wiedzieć, że kobiety będą potrzebowały jego rad, np. podczas kryzysu w małżeństwie. Jego brak wyczucia i ostrożności może czasem prowadzić nawet do rozbicia jedności małżeńskiej przez księdza.
I tu dochodzimy do kolejnej kwestii – zjawiska marginalnego, ale jednak istniejącego. Mam na myśli ciche, wewnętrzne (kościelne) przyzwolenie na „podwójne życie” księdza z kobietą. Być może zjawisko to istnieje od dawna. Wiem jednak, że, zwłaszcza w przypadku młodego pokolenia księży (które jest mało odporne na stres), życie jadące po podwójnym torze musi się w końcu wykoleić. Szkoda, że cały Kościół patrzy na to i milczy, chowając na cmentrzu kolejnych swoich synów, którzy nie wytrzymali presji własnego sumienia, ale także feudalnych stosunków wciąż panujących jeszcze w instytucjach kościelnych. Celowo użyłem sformułowania „cały Kościół”, uważam bowiem, że winę za taki stan rzeczy ponosimy wszyscy po trochu.
Postulowane przez autorów „Tygodnika” grupy wsparcia dla księży to pomysł bardzo dobry. Ksiądz, który wychodzi z konfesjonału, jak mówił ks. Tischner, jest „ubrudzony ludzkimi grzechami”. To, co dzieje się w jego głowie i duszy, nie jest łatwe – zdrowa, męska przyjaźń może się w takim momencie okazać zbawienna w dosłownym znaczeniu tego słowa. Ksiądz to trudny zawód, ale nie mniej trudny jest „zawód” ojca czy mamy, bo od tego, jakie mamy rodziny, zależy również, jakich mamy kapłanów.
Chciałbym też przypomnieć o tym, jak przepracowani są polscy księża. Sprawowanie Mszy św., spowiedź, kancelaria parafialna, katecheza w szkole, odwiedziny chorych, grupy młodzieżowe – to wszystko zajęcia, które pochłaniają mnóstwo czasu i energii, wymagają też poświęcenia wolnych chwil na odpowiednie, merytoryczne przygotowanie się do nich.
W budynku tarnowskiego seminarium duchownego mieści się również sekcja Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie. Wypuściła ona przez lata wielu świeckich teologów, których potencjał jest marnowany. Zdecydowana większość katechetów to księża – to oni mają monopol na katechizację, choć nie każdy z nich się do niej nadaje. Sam jestem absolwentem studiów teologicznych. Dziś mieszkam z rodziną w Wielkiej Brytanii, jednak z sentymentem wracam do czasów, gdy dostąpiłem trudnego, lecz przynoszącego mnóstwo radości zaszczytu bycia katechetą. Serce mnie boli, kiedy słyszę, jak dzieci znajomych rodziców opowiadają, że na religii po raz kolejny oglądali film o wyjściu z Egiptu, podczas gdy ksiądz pił na zapleczu kawę, próbując obudzić się po kolejnym, ciężkim tygodniu pracy.
MARCIN PAWŁOWSKI, magister teologii, mieszka w Bedford w Wielkiej Brytanii, gdzie prowadzi własną firmę. Żonaty, ojciec dwóch córek.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











