Reklama

Kod człowieka

Kod człowieka

15.11.2006
Czyta się kilka minut
Michał Heller powiedział na Kongresie Kultury Polskiej w 2000 roku: "W naszych czasach i w naszym potocznym języku często stosujemy rozróżnienie: »nauka« i »kultura«. To bardzo zły nawyk. Nauka jest nie tylko częścią kultury, ale należy do jej jądra.
B

Bez niej tkwilibyśmy ciągle w epoce barbarzyństwa, a świat byłby dla nas w najlepszym razie magicznym symbolem. Kultura, razem ze swoją istotną częścią - nauką, nie jest dla ludzkości produktem luksusu, bez którego w trudniejszych czasach można się obyć. Jest dla ludzkości kwestią tożsamości i kwestią jej przeżycia. Sprawa »o kulturę« jest sprawą »o człowieka«". Autor tej wypowiedzi zrobił wiele, by twierdząco odpowiedzieć na pytanie: "Czy fizyka jest nauką humanistyczną?" (tytuł jego książki z 1998 roku).

Tymczasem i z kulturą, i z jej istotną częścią - nauką powszechnie się na co dzień rozstajemy, choć czasy przecież nie są najtrudniejsze. Co więcej, humanistyka rozstaje się z nauką (w sensie science). Problem rozbratu humanistyki z naukami przyrodniczymi jest głębszy i ma więcej aspektów, niż nam się wydaje. Nie chodzi tylko o splendid isolation obu tych obszarów ludzkiej działalności. Nie chodzi też o to, że w Polsce często wystarczy mieć dwóję z matematyki, by mienić się "humanistą". Nie chodzi nawet o to, że ze strony uczonych (tych "ścisłych") można usłyszeć lekceważące uwagi na temat sensu studiowania np. historii nauki: "Po co? Przecież Rzymianie już dawno nie żyją. Lepiej uczyć studentów koreańskiego". Chodzi o utratę zdolności odczytywania podstawowego kodu, na którym oparta jest nasza kultura. Ta zdolność została utracona w jednakowym stopniu przez uczonych, co przez humanistów. Rozumienie bogatej symboliki w malarstwie, literaturze, muzyce i innych dziedzinach pozostało już tylko wąsko zainteresowanym specjalistom. Pozbawiamy się w ten sposób nie tylko intelektualnej przyjemności delektowania się bogactwem dorobku przeszłości. Być może ograniczamy przez to szanse twórczego rozwoju w przyszłości.

Skąd bowiem biorą się idee naukowe? Jest rzeczą uderzającą, jak wiele idei związanych z literackimi mitami okazało się prawdziwych (tj. potwierdzonych przez naukę). Oczywiście, tylko "z grubsza", w jakimś szerokim sensie. Weźmy na przykład ideę atomów u Lukrecjusza (w "De rerum natura" powiedział on: "Istnieją jedynie atomy i pusta przestrzeń; cała reszta to tylko poglądy"), a wcześniej Demokryta. Przecież nie mieli oni na jej poparcie absolutnie żadnych dowodów ani nawet poszlak, a mimo to idea okazała się niezwykle przydatna. Innym przykładem jest oparta na idei wielkiego wybuchu kosmologia, której "mitu założycielskiego" można się doszukać w religiach żydowskiej i chrześcijańskiej, a wcześniej u Babilończyków. Można przywoływać wiele przykładów (literackich i innych) związanych z czarnymi dziurami. Jak wyjaśnić tę nieoczekiwaną poprawność takich mitów?

***

Jeden możliwy sposób to "efekt Nostradamusa" albo coś, co przypomina numeryczną metodę komputerowych symulacji i obliczeń zwaną metodą Monte Carlo. Wysuwamy wszelkie możliwe przewidywania, jakie tylko przychodzą nam do głowy. Gdy któreś się spełnia (na zasadzie: trafiło się ślepej kurze ziarnko), zauważamy to i zapamiętujemy, zapominając o ogromnej liczbie zupełnie błędnych przepowiedni. Wydaje się jednak, że prawdopodobieństwo a priori, iż jakakolwiek wysunięta ad hoc idea okaże się po tysiącach lat, w zupełnie innym świecie, prawdziwa, jest niezmiernie małe. Nawet jeśli zwracamy uwagę jedynie na te mity, które z punktu widzenia dzisiejszej nauki okazały się mieć racjonalne jądro, zdumiewa, że cokolwiek z tego, co zaproponowali niemający po temu żadnych empirycznych podstaw Grecy, okazało się prawdziwe.

Inne wytłumaczenie to zaproponowana (między innymi) przez wielkiego astronoma Freda Hoyle'a idea panspermii (przypominająca zresztą np. mit o złotym wieku u początków ludzkości). Zgodnie z nią przed nami istniała wcześniej rasa bardzo inteligentnych istot, które to wszystko wiedziały. Ponieważ od nich pochodzimy, odpowiedzi na ważne pytania mamy wbudowane w nasze DNA, bo kiedyś były one znane. Można argumentować, że jungowska pamięć jest niemożliwa, ale przecież wiemy, że DNA rzeczywiście kontroluje wiele rzeczy. Mimo to takie wytłumaczenie nie wydaje się zbyt prawdopodobne.

Dekonstrukcjoniści mają jeszcze inne wytłumaczenie: to wszystko tylko metafory, przecież "rzeczywistości" nie ma. Wybieramy idee według naszego widzimisię czy mody, Lukrecjusz nie ma ani trochę więcej racji niż Arystoteles. Atomowa teoria budowy materii nie jest w żadnym sensie bardziej poprawna niż teoria "flegmy" (ciągłego ośrodka).

Bądźmy jednak realistami! Obiektywna rzeczywistość istnieje. Przeprowadzamy eksperyment i strzałka przyrządu wychyla się, w dodatku zawsze tak samo - zgodnie z fizyczną teorią. Nie da się "zdekonstruować" prawa grawitacji przez nazwanie powszechnego ciążenia "metaforą". Ktoś, kto skoczy z balkonu, rozbije się o beton na podwórku.

Odrzuciwszy te wszystkie propozycje, dochodzimy do rozwiązania, które wydaje się najbardziej atrakcyjne. W naszych umysłach przechowujemy wielki zasób obrazów, skojarzeń, mitów. Absorbujemy je na wszelkie możliwe sposoby. To na nich oparte są potem nasze bardziej skomplikowane wyobrażenia, które w porywach przybierają formę idei czy teorii naukowych. To ten zasób decyduje o wyborze ścieżek, którymi podąża nasza myśl, modeli rzeczywistości, które budujemy. Jeśli w naszym umyśle czy w obrębie naszej kultury brakuje jakichś obrazów, modeli, pomysłów, idei, może się okazać, że nie tylko nie zdołamy rozwiązać jakiejś ważnej zagadki dotyczącej rzeczywistości, ale nie będziemy nawet w stanie zauważyć, że ta zagadka istnieje. Dla przykładu, przywiązanie do idei niezmiennego nieba i brak odpowiedniej intelektualnej gotowości sprawił, że w Europie (w odróżnieniu od innych kultur) nikt nie zanotował pojawienia się na niebie gwiazdy, która w 1054 roku świeciła tak jasno, że widać ją było gołym okiem w dzień. "Takich zwierząt nie ma".

Uczeni czasem starają się pokonywać barierę dzielącą humanistykę od nauk przyrodniczych. Często robią to jednak na bardzo ogólnym, abstrakcyjnym poziomie, jak w książce Stevena Weinberga "Sen o teorii ostatecznej" (rozdziały "Przeciw filozofii" czy "Co z Bogiem?"), w wykładach Richarda Feynmana "Sens tego wszystkiego", wspomnianej wyżej książce ks. Hellera czy publicystyce Freemana Dysona w "New York Review of Books". Jeśli starają się zejść na poziom konkretów, przywołując historyczne konteksty, elementy biografii czy snując rozważania nad historią idei, to bardzo często (o ile nie zawsze) popełniają grube błędy, powielają nieprawdziwe anegdoty itd.

***

Piękna książka Jarosława Włodarczyka "Sherlock Holmes i kod wszechświata" jest dziełem innego rodzaju. Włodarczyk, historyk nauki (z Instytutu Historii Nauki PAN w Warszawie), astronom, wydawca, erudyta, przedstawia osiem przykładów, na których pokazuje nam, w jaki sposób religia, filozofia, polityka, sztuka, historia splatały się z nauką, wpływały na rozwój idei, przybierały kształt pod wpływem astronomicznych odkryć. Przykłady pokrywają ogromny obszar ludzkiej myśli. Mamy więc i tajemnicę kultu Mitry w pierwszych wiekach naszej ery, i problem fałszerstwa starożytnego katalogu gwiazd, który był podstawą systemu geocentrycznego, i Wszechświat w łupince orzecha, czyli elementy nauki Kopernika i Brahego w poezji Szekspira, i pierwszą w dziejach książkę fantastyczno-naukową, autorstwa... Keplera, i związki Słowackiego z odkrywcą Urana Herschelem, i astronomiczne zainteresowania Giuseppe di Lampedusy (autora "Lamparta"), i tajemnice uśmiercenia tytułowego Sherlocka Holmesa oraz związek tej próby z astronomią, i, w końcu, "prawdziwego odkrywcę" Wielkiego Wybuchu, którym, ku zaskoczeniu czytelnika, okazuje się Edgar Allan Poe. Te historie wzbogacone są o bardzo ciekawe biografie wybranych uczonych.

Książka nie jest wykładem historii astronomii czy historii nauki, ale wspaniałą ilustracją, w jaki sposób znajomość nauki i historii pozwala, przy zastosowaniu prawdziwie kryminalistycznej dedukcji, rozwikłać zagadki przeszłości. Jednocześnie w wyniku zastosowania tej iście holmesowskiej metody widzimy, jak ze świątyń Mitry, dramatów Szekspira, wierszy Słowackiego czy opowiadań Arthura Conan Doyle'a wyłania się kod, symbole, postaci, słowa, jak stają się one jasne, oczywiste, konieczne.

"Sherlock Holmes i kod wszechświata" stanowi pouczającą lekcję. Z jednej strony jest to lekcja pokory; okazuje się, że nawet przeczytanie podręczników historii sztuki czy literatury nie wystarcza, by w pełni rozumieć to, co widzimy, czy to, co czytamy. Z drugiej strony to, że kod wszechświata ukryty jest przed naszymi oczami, że nie możemy z niego korzystać, musi powodować wielkie zubożenie idei, mitów, obrazów, z których czerpiemy tworząc nowe rzeczy.

I jeszcze jeden aspekt problemu. Czytelnik pozostaje pod wrażeniem, jak logiczne, spójne, niemal konieczne są wszystkie detale omawianych dzieł, jak pasujące do siebie kawałki układanki. Ułożenie tych kosmicznych puzzli jest możliwe często dzięki najnowszym osiągnięciom nauki. Książka Włodarczyka jest arcypouczającą i wciągającą lekturą. Lekturą obowiązkową dla każdego uczonego, który lekkomyślnie i pochopnie zechce się popisywać swoją wiedzą humanistyczną.

W przedmowie do książki Autor przywołuje słynny cytat z książki Stevena Weinberga "Pierwsze trzy minuty". Laureat Nagrody Nobla z fizyki w 1979 roku napisał tam: "Im bardziej Wszechświat wydaje się zrozumiały, tym bardziej wydaje się pozbawiony celu. (...) Próba zrozumienia Wszechświata jest jedną z bardzo niewielu rzeczy, dzięki którym życie ludzkie przestaje być farsą i nabiera wdzięku tragedii". Autor dostrzega w tym wyrażoną w podniosły sposób receptę na życie. Pisze: "Z każdym stuleciem rozwoju naszej cywilizacji kod wszechświata okazywał się coraz bardziej fascynujący i - abstrakcyjny".

Powinniśmy jednak być świadomi i innego możliwego rozwiązania zagadki "kodu Weinberga". Wybitny kosmolog z Princeton, James P. Peebles, zapytany, jak rozumie słowa swego wielkiego kolegi o "pozbawionym celu wszechświecie", odpowiedział: "najwyraźniej Steven tego dnia pokłócił się z żoną przy porannej kawie".

Jarosław Włodarczyk, "Sherlock Holmes i kod wszechświata", Warszawa 2006, Świat Książki.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]