Tsai Ming-liang: - Patrząc z dystansu, można lepiej zrozumieć kraj, w którym się wychowało. Żyłem z dala od domu ponad 25 lat. Nic mnie tam nie ciągnęło jako reżysera. Miałem poczucie, że to państwo zbyt konserwatywne, aby w nim tworzyć - zamknięte na nowości, pełne nietolerancji. Na Tajwanie było mi łatwiej pracować. Ciągle jednak czułem się przyjezdnym, więc w 1999 r. postanowiłem wrócić do Malezji. Zwłaszcza że wiele rzeczy tam się zmieniło. Przede wszystkim atmosfera polityczna. Pojawiło się nieco więcej intelektualnego powietrza, którego bardzo potrzebuję.
- Ale w filmie nie opowiada Pan o intelektualistach.
- Po powrocie do kraju zdałem sobie sprawę, że w Malezji pogłębiły się kontrasty społeczne. Pojawiły się rzesze imigrantów, którzy przyjeżdżali tam w poszukiwaniu pracy. Ci ludzie nie odgrywają oczywiście wielkiej roli w strukturze społecznej ani nie zajmują wysokich stanowisk, ale stali się widoczni na ulicach. I to właśnie oni naprawdę mnie zainteresowali. Chciałem podpatrzyć, jak żyją ci, którzy nie mają niczego i na nic ich nie stać.
- Portretuje ich Pan jako ludzi niemal wypranych z uczuć i kompletnie biernych.
- Nie zgodzę się z tym. Moi bohaterowie często są dominujący i aktywni. Ale trafiają na opór, borykają się z takimi samymi problemami jak większość emigrantów pod różnymi szerokościami geograficznymi: mają zbyt mało wolności, by działać tak, jak chcą. Przeraża mnie fakt, że walka o przeżycie potrafi tak wykończyć, iż człowiek nie ma czasu i siły na miłość. Ale nie śmiałbym twierdzić, że współczesny świat jest wyzuty z uczuć. Przeciwnie: globalizacja sprawiła, że jesteśmy w stanie pokochać kogoś, kto jest oddalony o tysiące kilometrów.
- Złośliwi twierdzą, że prawdziwym bohaterem "Nie chcę spać sam" jest materac.
- Trochę racji mają. Kiedy wróciłem do Malezji, premier Mahathir Mohamad podał do sądu swojego zastępcę - Anwara Ibrahima pod zarzutem sodomii. Jako dowód przytaszczono do sądu należący do pozwanego materac. Był on oczywiście dużo bardziej elegancki niż ten, który wykorzystuję w filmie, ale postanowiłem, że właśnie tego przedmiotu użyję jako symbolu kontroli nad człowiekiem. Bo rzeczy, które są nam niezbędne i którymi się otaczamy, stają się świadkami naszego życia. Zostawiamy na nich ślady, które potem mogą służyć do brutalnego panowania nad nami.
- Cenzorzy potępiali Pana wielokrotnie, m.in. za zbyt odważne podejmowanie tematów związanych z seksualnością.
- Wszyscy odczuwamy pożądanie, jesteśmy owładnięci przez naszą fizyczność. Tyle że zwykle boimy się ciała, patrzenia na nie, dotykania go. A przecież każde jest piękne - wyjątkowe i niepowtarzalne. I nie można zbyt długo czekać na moment, aż nabierzemy odwagi posługiwania się nim, bo ono psuje się, niszczy i przemija. Mam wrażenie, że bacznie obserwując czyjeś ciało, moglibyśmy odtworzyć historię jego życia. Dlatego właśnie ciekawi mnie obserwacja wszelkich gestów i fizycznych przemian. W moich filmach nie ma kobiet i mężczyzn. Może zabrzmi to dziwnie, ale nie wierzę w taki podział. Uważam, że w każdym człowieku jest i mężczyzna, i kobieta. Wszyscy lawirujemy między kulturowymi nakazami. I łamiemy je. Faceci zajmują się dziećmi jak najlepsze matki, kobiety bywają po męsku zaborcze.
- Dlatego tak często zadaje Pan pytania o tożsamość?
- Owszem. W "Nie chcę spać sam" pozwoliłem sobie na mały eksperyment. Zleciłem Lee Kang-shengowi zagranie dwóch ról - bezdomnego i chorego. Interesowało mnie, co się stanie, gdy ci dwaj mężczyźni spotkają się i przejrzą w sobie nawzajem. W pewnym momencie już nie daje się ich odróżnić. Zawsze zastanawiało mnie to, że ludzie, z pozoru tak różni i wyjątkowi, w gruncie rzeczy są tacy sami. Mają te same potrzeby i tęsknoty.
- Ale Pańska twórczość nie jest adresowana do wszystkich. Jest skrajnie hermetyczna.
- Chciał pan powiedzieć "nudna"? To powód, dla którego nie mogę pokazać swojego dorobku rodzinie. Czasami korci mnie, żeby wziąć ze sobą do domu kasetę z którymś z filmów, ale obawiam się, że oni by tego nie znieśli. Ten sam problem mam z tzw. szeroką publicznością, przyzwyczajoną do hollywoodzkich historii. Ale mnie nie zależy na opowiedzeniu jakiejś fabuły. Wolę atakować widza atmosferą, oddziaływać na jego zmysły.
- Ten specyficzny nastrój i powolne tempo Pańskich obrazów sprawiają, że bywa Pan nazywany azjatyckim Antonionim. Nie zastanawia Pana to porównanie z twórcą skrajnie europejskim?
- Jestem Azjatą, więc mogę czerpać pełnymi garściami z kina europejskiego, nie martwiąc się, że przestanę być azjatycki. Człowiek nie jest prostym mechanizmem. Nic nie zmieni faktu, że w pierwszym rzędzie zostałem ukształtowany przez moją matkę, rodzinę, kraj, wreszcie przez mojego Boga. Ale z pewnością są twórcy ze starego kontynentu, którzy byli wyjątkowo ważni dla mojej edukacji filmowej: Bresson, Fassbinder, Antonioni, Truffaut, Fellini. Z późniejszych twórców przychodzi mi do głowy pański rodak - Kieślowski.
- Jak Pan poznał te filmy?
- Dzięki dziadkom. Na co dzień sprzedawali jedzenie na ulicy małego malezyjskiego miasteczka. Ale kochali kino. Oglądali dziesiątki filmów, także tych bardzo ambitnych. Najpierw dziadek jeździł z wózkiem i pracował, a babcia biegła do kina, później na odwrót. Zarazili mnie swoją pasją.
- Czego Pan szuka w dziełach europejskich mistrzów?
- Przypomnienia, że kino to wolność, przestrzeń magiczna. Oni mnie o tym przekonali. Dlatego nigdy nie będę dostosowywać się do publiczności i jej oczekiwań. Tabelki z wynikami kasowymi omijam szerokim łukiem, bo sztuka to nie marketing. Nie możemy doprowadzić do sytuacji, w której X muza będzie się kojarzyć z setkami identycznych, produkowanych pod masowe gusty filmów.
- Poza powolnym rytmem, od Pana twórczości oddala widzów to, że Pańscy bohaterowie prawie nic nie mówią...
- Nie ufam słowom padającym z ekranu. Wydają mi się nie tylko nieważne, ale też nieprawdziwe. Językiem kina jest obraz. Zawsze mówię aktorom, żeby grali, a więc działali, robili konkretne rzeczy. Mówienie tylko przeszkadza.
- Lubi pan kino nieme?
- Bardzo. W jego przerysowaniu gestów widzę więcej prawdy niż w przegadanych produkcjach współczesnych. Nie wiem, co podkusiło ludzi, żeby stworzyć zawód tapera, a potem wprowadzić na ekran dźwięk. Ja najchętniej bym w kinach powyłączał głośniki. Prawda naszego czasu kryje się w milczeniu. W samotnych ludziach, którzy mieszkają stłoczeni w wielkich miastach i mijają się bez słowa na ulicach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













