Reklama

Jaką sztukę kochają Polacy?

Jaką sztukę kochają Polacy?

27.03.2007
Czyta się kilka minut
Józef Czapski, "Miejski pejzaż", 1938 r.
A

Albumy, w których tytule pojawia się słowo "arcydzieło", budzą zazwyczaj mój sceptycyzm. Jakie kryteria wartościowania przyjmuje autor, wybierając takie a nie inne prace? Co jest dlań punktem odniesienia? Rzadko znajdujemy jakiekolwiek wyjaśnienie. Niepokój pogłębia się jeszcze, gdy pojęciu "arcydzieło" towarzyszy okrągła cyfra - sto albo tysiąc. To ona - a nie sam obiekt - narzuca sposób obchodzenia się z książką, wprowadzając atmosferę konkursu, rankingu, swoistego "audio-tele".

Wszystko to nie sprawdza się jednak w przypadku albumu poświęconego malarstwu polskiemu ze zbiorów Lwowskiej Galerii Sztuki, wydanego z inicjatywy Zbigniewa Burskiego, dyrektora Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. O urodzie, rzetelności, ale i o spokoju, które emanują z tej publikacji, w dużej mierze zadecydowała chyba osobowość autora wyboru.

Igor Chomyn patrzy na polskie malarstwo XIX i XX wieku oczami Ukraińca, reprezentującego to pokolenie, dla którego wielokulturowość Lwowa, a także polski wkład w dzieje miasta są czymś naturalnym, czego nie należy się obawiać, a wprost przeciwnie - czymś, co należy wykorzystać. Historyk, absolwent Uniwersytetu im. Iwana Franki we Lwowie, przygotował już wiele wystaw i katalogów - by przypomnieć tylko monografie Jacka Malczewskiego czy Kazimierza Sichulskiego albo prezentacje tematyczne, przybliżające autoportrety, a potem pejzaże znajdujące się w posiadaniu Galerii, w której od 1975 roku jest kustoszem.

Tym razem Chomyn, idąc śladem wystawy, zaproponował album, w którym - w układzie chronologicznym - znalazły się obrazy malarzy polskich, działających od końca wieku XVIII po drugą połowę wieku XX. Niektóre - jak "Powitanie cesarza Franciszka Józefa w Sukiennicach w Krakowie" Hipolita Lipińskiego, istotniejsze jako źródło historyczne niż jako dzieło sztuki, czy arcyciekawy tryptyk "Wyzwolenie" Feliksa Wygrzywalskiego - przypomniano po raz pierwszy po II wojnie światowej.

Ten ostatni obraz zatrzymuje uwagę na dłużej. Powstał w czasie, gdy rozgrywała się, ciągle jeszcze niedoceniona w świadomości Polaków, rewolucja 1905 roku. Oto "Prometeusz" - bliski antykizującym wizjom Stanisława Wyspiańskiego, choćby tylko upadłemu aniołowi z kościoła franciszkańskiego w Krakowie. "Przynoszący ogień" spokojnie czeka na niesprawiedliwą karę, którą za chwilę, wśród łagodnego krajobrazu, wymierzy mu nadlatujący już orzeł. W lewym skrzydle tryptyku widzimy "Burłaków", uosabiających codzienny, niewdzięczny trud. W prawym Prometeuszowi towarzyszą "Uzbrojeni robotnicy w hucie"; z oszczepami i siekierami ruszają w świat, by go uzdrowić.

Jest w tym przedstawieniu pamięć akademizmu. Ale i dowód, że lekcję tę przekształcić można w coś tak nieokiełznanego jak rewolucja. Chomyn pisze, że "twórczość malarza Feliksa Michała Wygrzywalskiego, znanego przeważnie tylko historykom sztuki i kolekcjonerom, dotychczas nie doczekała się poważnego opracowania. Przyczyną takiego stanu rzeczy były po części poglądy polityczne artysty, dryfujące w stronę rewolucyjnego rozwiązania problemów socjalnych, a po części okoliczności, które sprawiły, że większość jego dorobku po II wojnie światowej znalazła się poza granicami Polski". Rodzi się pokusa, by przestudiować źródła i konsekwencje bliskości dwóch artystów: równie "anielskiego", co świeckiego Wyspiańskiego - i Wygrzywalskiego, który w nic nie wierzy tak bardzo, jak w człowieka.

A skoro mowa o Wyspiańskim: nazwisko artysty, którego rok właśnie świętujemy, choć nie reprezentowane w albumie żadnym dziełem, powraca w kontekście twórczości innego mistrza - Jana Matejki. O ile bowiem łatwo wytropić różnice dzielące nauczyciela i ucznia, o tyle niełatwo określić podobieństwa.

Tymczasem drogę do tych ostatnich wskazuje portret czwórki dzieci Matejki, namalowany najprawdopodobniej w podkrakowskich Krzesławicach. Przyglądamy się twarzom przedwcześnie dojrzałym, bez śladu beztroskiej radości. Kto wie, czy to nie najlepszy obraz autora wielkich historiozoficznych kompozycji, tłumaczących nam polskość. Kiedy ogląda się ten zbiorowy (i tylko pozornie upozowany) portret, do głowy przychodzi myśl, że Matejkowskie dzieci znalazłyby wiele wspólnego ze smutnymi twarzami kilkulatków, których portretował Wyspiański. Czyżby ci dwaj artyści odkryli dla polskiej sztuki psychologię dziecięcą?

Pytania, które stawia album, można by mnożyć. Kolejnym, tym razem formalnym, jest niewątpliwie kwestia siły koloryzmu w malarstwie polskim. Co nurt ten zbudował, a co zniszczył? Refleksji służą dwa obrazy - wczesny akt kobiecy Wojciecha Weissa (1911) i "Miejski pejzaż" Józefa Czapskiego (1938).

"Modelka" zwraca uwagę przede wszystkim świetlistym zróżnicowaniem karnacji młodego, jędrnego ciała, przechodzącej od złotawych brązów ku coraz intensywniejszym, niemal czerwonym różom. Obraz piękny, choć - co nie jest bynajmniej zarzutem - jakby przesunięty w czasie przynajmniej o dwadzieścia lat w stosunku do tego, co działo się w sztuce europejskiej. Także francuskiej, na której wyraźnie się wzoruje. "Miejski pejzaż", namalowany przez artystę równie zafascynowanego kolorem, wydaje się ostrzejszy, bardziej rytmiczny, nerwowy. Nic dziwnego, Czapski malował go szybko, niemal szkicowo. I może w tym właśnie kryje się jego "reporterska" nowoczesność?

Jeszcze jedna kwestia: na ile polska ludowość wpisywała się w ogólnoeuropejską fascynację regionalizmem - nurt ten nie jest, jak zdarza się nam myśleć dzisiaj, niczym nowym w kulturze - a na ile była (albo i pozostaje) znakiem wyjątkowym, "marką" kraju? Wiele obrazów, które ludowość zainspirowała przed wiekiem, zachowało wyłącznie urodę zabytku. Ale są i takie, które do dziś intrygują.

Takim odkryciem jest np. tryptyk Kazimierza Sichulskiego "Madonna - Huculska Bogurodzica" z 1914 roku. Obraz - malowany płasko, pomyślany jako karton do mozaiki - ma w sobie coś z szybkiej, odczytywanej hasłowo poetyki szablonu albo wycinanki. Tak rozumiany, mógłby powstać w latach 60. zeszłego wieku albo dwutysięcznych.

Pozostaje jeszcze najważniejszy - bo najbardziej aktualny - problem, jaki stawia przed nami album przygotowany przez Chomyna. Ważnym elementem książki są cytaty literackie, które przywołuje autor - a to z "Pana Tadeusza", a to z "Anhellego". Nic dziwnego. Bez dzieła Mickiewicza nie byłoby ani humorystycznych przedstawień Wilhelma Leopolskiego ("Woźny Protazy czytający wokandę"), ani scen z polowania Franciszka Kostrzewskiego. Bez Słowackiego nie powstałaby "Śmierć Ellenai" i cykl syberyjski Malczewskiego. Z gruntu literackie są także autoportrety tego malarza - z faunami, pegazami i nimfami w tle. Paweł Józef Merwart malował "Potop" tak, jak o tym biblijnym wydarzeniu opowiadał poemat Alfreda de Vigny. Polskie malarstwo rzadko potrafi obejść się bez literatury.

Skutki takiego rozumienia sztuki są znaczące i objawiają się poszukiwaniem w obrazie narracji, a co często za tym idzie - brakiem zrozumienia dla skrótu, metafory, emblematu, geometrii. Igor Chomyn, przypominając nam lwowską Galerię, pokazuje także, jaką sztukę kochają Polacy.

I jeszcze jedno: obecnie modne stają się publikacje, które mają nauczyć odbiorcę czytania dzieł sztuki. Chomyn - mimo że swoimi krótkimi, precyzyjnymi komentarzami konsekwentnie przybliża czytelnikowi każde dzieło - nie stawia tego zadania na pierwszym planie. I może dlatego udaje mu się osiągnąć coś więcej. "150 arcydzieł malarstwa polskiego..." nie jest wyłącznie podręcznikiem oglądania sztuki. To zbiór pytań, które powinniśmy sobie zadawać, myśląc nie tylko o historii polskiego malarstwa, ale także o polskiej tożsamości.

A jeśli tak, wybaczyć można nieco zbyt marketingowy tytuł oraz kilka drobnych wpadek edytorskich.

Igor Chomyn, "150 arcydzieł malarstwa polskiego ze zbiorów Lwowskiej Galerii Sztuki", Sopot 2006, Państwowa Galeria Sztuki.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]