Reklama

Hecho a mano

Hecho a mano

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Moja francuska znajoma Lidie Oriol po zakończeniu wspólnej wędrówki na Mont Blanc podarowała mi na pamiątkę płytę andaluzyjskiego pianisty jazzowego i jednocześnie mistrza flamenco, Chano Domingueza, "Hecho a mano". Wybór prezentu uzasadniła stwierdzeniem: "Bo wy, w Polsce, macie takie wspaniałe rękodzieło. U nas występuje tylko w przenośni". Hecho a mano oznacza bowiem "ręcznie wykonane".
R

Rzeczywiście, wśród zasypujących nas przedmiotów coraz mniej jest rzeczy wykonanych ręcznie. Coraz mniej też ich wykonawców - rzemieślników. Przed laty, chcąc wybić dziurkę w pasku do spodni, odwiedziłem z moją córką szewca w Żywcu, koło kościoła farnego; jako chłopiec kupowałem u niego szpule woskowanej dratwy, na której puszczaliśmy latawce. Kasia była jak zahipnotyzowana tym, co zobaczyła: półmrok, niskie stoły-warsztaty, pochyleni nad nimi mężczyźni stukający młotkami w podeszwy i obcasy, dziwne maszyny, narzędzia z innej epoki, wielkie płachty wygarbowanej skóry. Pomieszczenie wypełniał przedziwny zapach - mieszanina garbników, klejów, lakierów. Do tego ciepła życzliwość - usługa wykonana na poczekaniu i w tym przypadku za darmo. Niedawno znowu tam poszliśmy, by zeszyć urwany sandał. Zamiast wejścia do warsztatu zobaczyliśmy świeżo zatynkowany kawałek muru. Córka, wstrząśnięta, zdała relacje dziadkowi: "Dziadku! Dziadku! Szewca zamurowali!".

Takich zamurowanych szewców, krawców, garncarzy, bednarzy, stolarzy, ślusarzy, kowali coraz więcej. I tak pewnie być musi. Bez względu na zasługi Piastów Kołodziejów dla Polski, dziś już ich nie uświadczysz. W rozwiniętych krajach z pewną przesadą można by nazwać rzemieślnikami twórców wyjątkowych, jednostkowych obiektów, wymagających nie tylko odpowiednich umiejętności, ale też pomysłowości, doświadczenia, zaradności, a przede wszystkim manualnych zdolności - sztucznych satelitów, wielkich komputerów, nowatorskich laserów, tomografów itd. Nie święci garnki lepią i wszystkie hi-tech cuda ktoś robi "tymi rękami", bo przecież nie da się ich zrobić na taśmie, w fabryce.

Rzemiosło, przez tysiące lat dostarczając ludziom użytecznych przedmiotów, zajmowało miejsce pomiędzy sztuką, nauką a rutynową, standardową produkcją. Obok banalnych, powtarzalnych wyrobów tworzyło rzeczy, które dziś podziwiamy w muzeach i świątyniach, a opisujemy w podręcznikach historii nauki i sztuki. Fascynujący, tajemniczy Mechanizm z Antykithiry (starożytny przyrząd, zaprojektowany do obliczania pozycji ciał niebieskich) w Muzeum Narodowym w Atenach czy genialne zegary angielskiego cieśli Johna Harrisona w Muzeum w Greenwich to tylko przykłady rzemieślniczych wyrobów, które kiedyś wyznaczały granice możliwości nauki i technologii. Stare barometry, kompasy, przyrządy pomiarowe, globusy, wagi, mechaniczne zegary do dziś budzą podziw, a jeśli uda nam się wziąć je do ręki, odczuwamy rzadką już przyjemność kontaktu z "dobrze wykonaną robotą". Do niedawna prawie cały otaczający nas świat dóbr materialnych, łącznie z księgami przechowującymi skarby myśli, stworzony był przez rzemieślników. Bazylika św. Piotra w równym stopniu jest dziełem Michała Anioła co bezimiennych majstrów, którzy marmurom i cegłom nadali wymyśloną przez niego formę.

Magdalena Stopa i Jan Brykczyński stworzyli niezwykłą książkę o "ostatnich Mohikanach" warszawskiego rzemiosła. Autorka tekstów jest historykiem sztuki i dziennikarką, przez kilka lat była rzecznikiem prasowym warszawskiej Zachęty. Pisała m.in. do "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej", czytelnikom "TP" jest znana z reportaży z wypraw rowerowych na Białoruś. Autor zdjęć jest absolwentem PWSFTiT w Łodzi. Zdobył rozgłos fotoreportażem z prowadzonego przez siostry niepokalanki liceum dla dziewcząt w Szymanowie, opublikowanym w polskim wydaniu "National Geographic" w 2004 roku.

"Rzemieślnicy warszawscy" to książka niezwykła. Dwujęzyczna (polsko-angielska), pięknie wydana, w niestandardowym formacie, na kredowym papierze, ilustrowana świetnymi zdjęciami, z arcyciekawymi informacjami o rzemieślniczych rodach, losach, technikach, warsztatach, warszawskich zabytkach. Na stu kilkudziesięciu stronach poznajemy brązowników, cukierników, szewców, gorseciarzy, szklarzy, szczotkarzy, ramiarzy, producentów gipsowych odlewów, luster, ryngrafów i medali. Większość tych rodów i warsztatów należała do rzemieślniczej elity i produkowała wyroby "z górnej półki". W fabryce braci Łopieńskich powstał pomnik "pierwszego szewca Rzeczypospolitej" - Kilińskiego. Na ciastka do Bliklego przychodzili Fałat, Chełmoński, Sienkiewicz, Reymont i Tetmajer. Buty w firmie Jan Kielman i Syn zamawiali generał Sikorski i Jan Kiepura. Tu dodajmy, że innemu warszawskiemu szewcowi, Stanisławowi Hiszpańskiemu, zawdzięcza Polska Akademia Nauk Dom Pracy Twórczej w Mądralinie... Związki nauki z rzemiosłem i takie przybierały formy.

Przykład pani Jadwigi Żak dowodzi, że i na początku XXI wieku potrzebne są gorsety. Wilanowskie zwierciadła wykonano w Przedsiębiorstwie Robót Szklarskich Józefa Dudały pod koniec lat 90. Królewskie łoża na Zamku w Warszawie stworzyli stolarze z pracowni Zygmunta Dziereli. Listę można długo ciągnąć i autorzy to robią. Trudno oderwać się od lektury.

Nudne byłoby przypominanie, że losy rzemieślników w Polsce bywały burzliwe. Walka z nimi przybierała różne formy, a stawką były nie tylko ich majątek i dobrobyt, ale przede wszystkim etyka zawodowa i ciągłość tradycji, bez której trudno żyć. Autorce udało się tak opowiadać o warszawskich rzemieślnikach, by nie pomijać tego tematu, ale jednocześnie nie popadać w schemat opowieści o dobrym rzemieślniku, złym komuniście i bezdusznym urzędniku. Proste, prawdziwe historie rzemieślniczych rodów mówią w tej książce same za siebie.

Do czego służą rzemieślnicy dziś, poza zapełnianiem reprezentacyjnych wnętrz i zaspokajaniem nietypowych gustów i potrzeb? W latach 60. w podręczniku dla szkoły podstawowej wyczytałem, że rzemiosło musi istnieć, choć wkroczyliśmy w epokę industrialną, ponieważ trudno byłoby np. paski do zegarków produkować w fabrykach. Ta diagnoza nie przetrwała próby czasu. Dziś chyba prawie wszystko produkuje się w fabrykach w Chinach, Indiach, Meksyku czy na Filipinach. Nawet owe paski.

W fabrykach nie da się jednak wyprodukować mentalności, stosunku do rzeczy, który jest (był?) cechą rzemieślniczego podejścia do materii. Przed laty leciałem do Chicago i w "Herald Tribune" przeczytałem artykuł o tym, jak to firma Mercedes wreszcie wychodzi na prostą, bo nowy zarząd zerwał ze starą mentalnością niemieckich inżynierów, starających się robić rzeczy porządnie. Nowa polityka ma polegać na robieniu samochodów na 10 lat, a nie najlepiej jak się da. W samolocie za towarzysza podróży miałem stolarza z Nowego Targu, który leciał na saksy. Całą drogę użalał się na amerykańskiego pracodawcę, który wymagając od niego stałego obniżania kosztów, żądał, by plecy w szafie wykonywać z kartonu. Tłumaczył, że przecież tych pleców i tak nikt nie widzi i nikt o nich nie wie. Stolarz ze łzą w oku mówił: "Panie, jak on może tak mówić? Jak to nikt nie wie? A ja? A Bóg?".

Magdalena Stopa, "Rzemieślnicy warszawscy", zdjęcia: Jan Brykczyński, Warszawa 2007, Stowarzyszenie Vox Humana.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]