Reklama

Dzieje milczenia

Dzieje milczenia

17.10.2007
Czyta się kilka minut
Lektura rozmowy ("TP" nr 39/07) uświadomiła mi, że wieloletnie milczenie o sprawie Katynia i istnieniu łagrów syberyjskich, paradoksalnie, pociągało za sobą inne milczenie: o niektórych zbrodniach niemieckich popełnionych np. na tzw. Kresach Wschodnich, w szczególności we Lwowie i okolicznych miastach i miasteczkach.
P

Prowadzona w latach 1945-89 polityka możliwie dokładnego zacierania prawdy o tym, że ludność Kresów składała się nie tylko z rdzennych Ukraińców, ale i Polaków (w miastach co najmniej 50 proc.), i w dużej mierze spolonizowanych Żydów (w miastach często do 30 proc.), wykluczała popularyzację opracowań historycznych dotyczących tych zbrodni. Należała do nich kaźń profesorów lwowskich w lipcu 1941 r., o której pokolenie urodzone w Polsce Ludowej, poza wąską grupą dzieci i wnuków lwowian, nie ma pojęcia. Dopiero w 1989 r. ukazała się, nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego, rzetelna monografia na ten temat. Z końcem XX wieku o tej i innych zbrodniach popełnionych przez Niemców w dawnej Małopolsce Wschodniej można już było czytać np. we wspomnieniach prof. Karoliny Lanckorońskiej, choć obawiam się, że niewiele osób po nie sięga. A przecież rozstrzelanie (bez sądu) w dniach 3-4 lipca 1941 r. dwudziestu dwóch wybitnych profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej z dwudziestoma członkami ich rodzin i znajomymi, a następnie (11 lipca) dwóch profesorów lwowskiej Akademii Handlu Zagranicznego i (26 lipca) profesora Politechniki i trzykrotnego premiera II RP - Kazimierza Bartla, też było planową eksterminacją inteligencji polskiej, porównywalną do wywiezienia (nie rozstrzelania) profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wśród rozstrzelanych były dwie żony profesorów i dziewięciu ich dorosłych synów, jeden 19-letni wnuk. W 2006 r., niecałe dwa tygodnie przed upływem 50 lat od tych zbrodni, IPN umorzył śledztwo w ich sprawie z powodu niewykrycia sprawców.

Kresy były deptane potrójnie - z równą zaciekłością kolejno przez przybyszów ze Wschodu, z Zachodu i ponownie ze Wschodu. Ilustracją tej sytuacji jest szesnaście pierwszych miesięcy mojego życia. Gdy w lipcową noc 1940 r. mój ojciec, 29-letni inżynier chemii po Politechnice Lwowskiej, który jakoś uniknął Katynia, prowadził mamę do kliniki, gdzie miałam się urodzić, na ulicach widać było przygotowania do wywózki Polaków na Sybir. Gdy zaczynałam drugi rok życia, na Wzgórzach Wuleckich świeżo wykopany masowy grób zapełniał się zwłokami profesorów i ich rodzin. Gdy skończyłam 16 miesięcy, gestapo zabrało mojego ojca do więzienia przy ul. Łąckiego. Zaczęło się czekanie mojej mamy, które, tak jak czekanie matki pana Wajdy, nigdy nie miało się skończyć. Nie było już nas, mamy i mnie, we Lwowie, gdy inni członkowie naszej rodziny zostali w 1944 r. wywiezieni do Workuty i Donbasu w ramach tzw. drugiej wywózki.

BARBARA OLEKSYN

(Kraków)

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]