Wątki i obrazy prozatorskiego debiutu filozofa i felietonisty „TP” nakładają się na siebie i nawzajem przenikają, jak przesypujące się szkiełka w kalejdoskopie, wprawione w ruch niecierpliwym gestem, w poszukiwaniu prawdy wciąż zmieniającym perspektywę za kolejnymi obrotami instrumentu.
Między humorystycznymi, erudycyjnymi passusami, połączonymi w luźną całość przy pomocy pierwszoosobowej narracji w liczbie mnogiej, powracających wątków paru restauracji, osoby kelnera, zmiennej pogody schyłku lata na wyspie i białego wina, miga mroczniejsza szybka, jak ułamek szkiełka z ciemnych okularów.
Może najłatwiej ją dojrzeć w puentującym tom opowiadaniu, zatytułowanym „Panika w pasażu Liston”. Za ostatnim obrotem kalejdoskopu otwiera się bowiem szkatułka z opowieścią o panu T. (i kolejna, o książce przez tegoż napisanej).
Pan T., wzięty autor wydawanych pod pseudonimem powieści grozy, żyje w wiecznym stanie zagrożenia, w permanentnym lęku i napięciu. Takie życie, nawet jeśli da się je twórczo spożytkować, prędzej czy później staje się trudne do wytrzymania. Bohater, choć przekonany, że źródła jego problemu tkwią w rzeczywistości, a nie w nim samym, próbuje sobie pomóc.
Korzysta z psychoterapii, zażywa rozliczne leki przeciwlękowe i przeciwdepresyjne. Za radą lekarza antropozoficznego leży też w łóżku przez godzinę po przebudzeniu, by jego ciała subtelne zdołały osiąść w powłoce po wędrówkach w innych wymiarach, jada kasze i stosuje homeopatyczne Carduus marianus/Oxalis.
Nie jest jednak w stanie w pełni zaufać żadnej z tych terapii i nie żywi wielkich nadziei na uwolnienie się od napięć. W końcu, idąc za radą homeopatki, udaje się wbrew swoim zwyczajom w podróż. Pochłonąwszy „Kolosa z Maroussi” Henry’ego Millera, decyduje się odwiedzić Korfu.
I tu dzieje się coś, o czym narrator mówi z zakłopotaniem: „Tak jakby umysł się zresetował”, „coś na kształt, nie bójmy się tego słowa, uzdrowienia. A w każdym razie epifanii”, „jak by to nazwać - pełnej integracji ze wszystkim, co istnieje, afirmacji, przynależności”. Możliwych wyjaśnień jest wiele: z perspektywy ezoterycznej – „kotłowanina na poziomie astralu i eteru”, z doświadczenia – zderzenie z rzeczywistością własnego ciała, wreszcie takie, gdzie panika przypomina śmierć, a pasaż Liston – budynki Wenecji.
Stawiszyński, jego narratorska para, pan T. w swojej książce, mówią o świecie śmiercią podszytym, świecie gnozy, Lawrence’a Durella czy – zważywszy też godny Hansa Castorpa apetyt, który nie opuszcza podwojonego narratora – Tomasza Manna.
Przede wszystkim jednak mówią o miejscu, które w zaskakujący sposób wytrąca z ciemnej, ślepej rozpaczy. A jeśli kogo temat śmierci nie pociąga, może za czynnik alchemiczny w kalejdoskopie uznać sklejające wszystko „my” albo nawet tajny składnik przepisu na bourdeto.
Tomasz Stawiszyński, Czynnik alchemiczny, Wielka Litera
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











