Cofnijmy się w czasie, żeby opowiedzieć o projekcie, który może być realizowany właśnie dzisiaj w Polsce. I żeby zastanowić się nad poważnymi problemami, które naszą cywilizację mogą spotkać w nieodległej przyszłości.
Gościem tego odcinka jest dr Anna Łosiak z Instytutu Nauk Geologicznych Polskiej Akademii Nauk.


Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi.
Muzyka: Michał Woźniak
Pełna transkrypcja rozmowy
Poniższy tekst powstał w oparciu o transkrypcję maszynową, może zawierać usterki językowe.
Wojciech Brzeziński: Dzień dobry, nazywam się Wojciech Brzeziński, a ten podcast to Miłego Antropocenu. Podcast tygodnika powszechnego, w którym zazwyczaj opowiadamy o tym, jak nauka i technika zmieniają nasz świat i jak mogą pomóc nam go naprawić. Ale w tym tygodniu wyjątkowo cofniemy się o około 5 tysięcy lat. Mamy do tego bardzo dobre powody. Po pierwsze, będziemy mogli opowiedzieć o projekcie, który może być realizowany właśnie dzisiaj w Polsce, a z drugiej strony zastanowimy się trochę nad problemami,
które naszą cywilizację, poważnymi problemami, mogą spotkać może w najbliższej, a może trochę dalszej przyszłości.
Witamy serdecznie. Naszym gościem jest pani dr Anna Łosiak z Instytutu Nauk Geologicznych Polskiej Akademii Nauk.
Dr Anna Łosiak: Dzień dobry.
Cofnijmy się w takim razie o mniej więcej 5 tysięcy lat do, co może być niespodzianką, Poznania. Dzisiejszego Poznania, wtedy oczywiście Poznania tam jeszcze nie było i długo, długo, długo nikt o żadnym Poznaniu nie myślał, ale to zdaje się nie był dobry dzień, żeby przebywać w tej okolicy.
Dokładnie tak. Więc w tym czasie, dokładniej nie 5 tysięcy lat temu, tylko troszkę mniej dawno, to znaczy jakieś 4,5 tysiąca lat temu, według naszych jeszcze nieopublikowanych wyników badań notabene, więc nie opowiadajcie Państwu tego, nie publikujcie sami tego wyniku, bo jak się dowiedzą, że tutaj te różne tajemnice zdradzą to mnie uduszą, ale dobra, jesteśmy przyjaciółmi, możemy tutaj sobie zdradzić. Tymczasowo, więc 4,5 tysiąca lat temu panowały takie warunki z grubsza, takie jak mamy teraz w Polsce. Ludzie się już tam pałętali po okolicy, ale nie w takiej ilości, nie w takiej wydajności technologicznej, więc możemy sobie zwizualizować taki ładny las, dębowy najprawdopodobniej, to też już wiemy, z takim gęstym podszyciem, jakiś jelonek przebiega delikatnie. Jesteśmy na szczycie Moreny Czołowej, czyli z grubsza takiego cyklu wzgórz, które zostały pozostawione kilkanaście tysięcy lat wcześniej przez lodowiec, ale ten lodowiec już dawno stopniał, już go nie ma. Teraz znowu mamy piękne lasy, jelonki, sielsko, miło, dobry widok. Ogólnie rzecz biorąc bardzo fajnie. Ale nagle, jeżeli byśmy akurat patrzyli w niebo stojąc sobie po prostu na jakiejś polance, możemy zauważyć, że znienacka pojawia się jakiś dziwny, coraz to jaśniejszy obiekt. Patrzymy się w to, bo się zastanawiamy, cóż to takiego, w życiu czegoś takiego nie widzieliśmy.Od czasu do czasu się zdarza jakaś spadająca gwiazda, no ale jest super mała, to coś po prostu rośnie, rośnie, rośnie. Nie jest dobrze, no ale co możemy zrobić? Nie wiemy, co to jest, pewnie jakiś tutaj bóg albo inny ponadziemski, ponadczłowieczy obiekt tutaj się zbliża, no pewnie nic dobrego, no ale skoro już to coś nas celuje, no to pewnie nie będziemy biec.
A może staramy się biec i uciec od tego przeznaczenia? Zawsze warto spróbować, jak liczne mity różnych ludów nas uczą, od czasu do czasu się to udaje, a nawet jest możliwość tutaj wygrania w karty z diabłem, więc czemu nie z takim jaśniejącym czymś na niebie. No ale leci, leci, leci, na szczęście nie celuje w nas bezpośrednio,
tylko robi się coraz jaśniejsza, w pewnym momencie jest naprawdę dużo jaśniejsza niż słońce i bardzo, bardzo szybko przelatując uderza w ziemię, chwilę potem słyszymy gigantyczny wiatr, który nas przewraca, nawet obrywamy w łeb kawałkiem jakiegoś kamienia, na szczęście niezbyt dużego, więc dajemy radę przeżyć. I oczywiście przerażeni, najpierw odprawiamy odpowiedni jakiś odprawiający uroki obrzęd, żeby się przygotować na sprawdzenie, co to walnęło, co to się tam stało, no ale po jakimś czasie zbieramy się tutaj w naszej odważności, zabieramy być może naszego kolegę albo koleżankę dla tutaj lepszej odwagi i idziemy w miejsce zderzenia. Okazuje się, że tam gdzie kiedyś właśnie rósł sobie wspaniały las, nagle jest taka pustka częściowa przynajmniej, a mianowicie drzewa zostały przewalone, tam gdzie kiedyś było wzgórze, nagle jest wielka dziura ponad 100 metrowa o dosyć takich ostrych krawędziach. Ten materiał, który tam był, po prostu został wyrzucony na zewnątrz i to jeszcze w dodatku nie w jednym miejscu, tylko w kilku różnych miejscach. Ogólnie rzecz biorąc nie wygląda to za dobrze, tym bardziej, że po całej okolicy są rozrzucone kawałki bardzo dziwnie wyglądających kamieni, takich super ciężkich, bardzo zimnych i ogólnie nie przypominających niczego, z czym mamy do czynienia na co dzień w naszej rzeczywistości 4,5 tysiąca lat temu w Polsce.
Więc sprawa jest bardzo tajemnicza i obawiam się, że dla tegoż człowieka nie do końca rozwiązywalna, albowiem tajemnice tego, co się wydarzyło właśnie w Poznaniu na Morasku udało się rozwikłać dzięki wielu, wielu badaniom, wielu różnych naukowców dopiero w XX-XXI wieku.
Bogowie byli bardzo niezadowoleni. W takim razie z naszego dzisiejszego punktu widzenia, jak to niezadowolenie okazali?
Ja jeszcze dodam, że ta historia z bogami nie dotyczy naszego własnego krateru uderzeniowego meteorytów, ale jest jak najbardziej wdrażalna w odniesieniu do krateru bardzo podobnego do naszego moraska krateru Kali. Jest zapisana estońska legenda, która została zapisana dotyczy właśnie tego miejsca i opisu tego, jak to Bóg, jakby odpowiednik estoński Boga gromowładnego.
Czyli z perspektywy miłośników Marvela – Thora.
Tak, w Estonii nazywa się on Taara. On według różnych wersji albo właśnie się narodził, więc nie do końca jeszcze opanował techniki latania, albo według innej wersji wziął i za bardzo zabalował i też nie za bardzo w związku z tym dobrze sobie radził z lataniem i przeleciał tam z mniej więcej okolicy Finlandii do Nasaremy i wyrąbał się w ziemię, robiąc wielką dziurę i rozrzucając części swojego ekwipunku dookoła.
Tego typu historie zresztą dosyć często się wiążą z różnymi kraterami uderzeniowymi. Akurat nie z Moraskiem jako takim. Morasko i jakby to całe wydarzenie, które tam miało miejsce, które prawie na pewno było oglądane przez ludzi, zostało zapomniane na te 4,5 tysiąca lat. A przynajmniej nie dotrwały do nas, do naszych czasów żadne ślady tego, że ludzie to sobie przekazywali.
Nikt tego nie zapisał, a jeśli nawet ktoś to opowiedział, to dziadkowie dawno, dawno, dawno wymarli.
Dokładnie tak. Znaczy wymarli i właśnie ten z jednej strony brak zapisów, a z drugiej strony pewnie dosyć intensywna wymiana ludności i historii się do tego przyczyniła. Trzecia rzecz jest taka, że ponieważ krater Morasko został zrobiony w takim bardzo urozmaiconej okolicy geologicznie i wysokościowo, w związku z tym jakby sama ta dziura nie do końca się rzuca w oczy, to znaczy jak ktoś wie na co patrzeć, to absolutnie super widać. Ale jak się nie wie na co patrzeć, to równie dobrze to mogłoby być jedna z takich pozostałości po lądolodzie.
Wielu ludzi pewnie odwiedzało Morasko, dla wszystkich z Poznania ta historia pewnie jest absolutnie oczywista.
Nie jest, nie jest. To jest wielka po prostu strata dla całej ludności Polski moim zdaniem. dlatego że my nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wspaniały cud naturalnego świata mamy tutaj u nas w Polsce. I on jest zupełnie niewykorzystany ani edukacyjnie, ani turystycznie, rekreacyjnie. Niektórzy ludzie, proszę Państwa, zarabiają dzikie dziesiątki, setki milionów dolarów za to, że tutaj za wstęp do dziury w ziemi, proszę Państwa, zrobionej przez asteroidę. Więc dlaczego my nie mamy tak samo sobie zarabiać? Dookoła niektórych kraterów uderzeniowych funkcjonują właśnie takie centra edukacyjne i centra szkoleniowe, a u nas niestety nie i nawet nie wszyscy ludzie z okolic Poznania zdają sobie sprawę z tego, że właśnie coś takiego tam...
Do centrum jeszcze wrócimy, bo tutaj nie chcę spoilerować, ale to jest jeden z powodów, dla których dzisiaj rozmawiamy. Ale może, żeby pobudzić wyobraźnię ludzi, którzy w Poznaniu byli dawno, a może nigdy, a nawet poznaniaków, którzy do Moraska jakoś nigdy nie zawędrowali. Jak to właściwie wygląda dzisiaj?
Dzisiaj jest tam rezerwat. Rezerwat powstały głównie dla ochrony właśnie meteorytu Morasko i w związku z tym się nazywa mało oryginalnie meteoryt Morasko. Co prawda meteoryty nadal tam są, ale głównie można zobaczyć tam kratery uderzeniowe, czyli takie dziury w ziemi. Czyli idziemy w miejsce zalesione, bardzo piękne, doskonałe na spacer, a do tego dziury, które mają, największa z nich ma ponad 100 metrów średnicy, które zostały wydrążone przez uderzenie właśnie asteroid. Mamy tam również taką ścieżkę edukacyjną,
na której jest opisane na co patrzymy i jak to wszystko wygląda, a także jeżeli jesteśmy wyjątkowo przebiegli i wiemy o tym, że w Muzeum Ziemi Uniwersytetu Adama Mickiewicza można zobaczyć wspaniałe przykłady meteorytów, które zostały właśnie zebrane w tamtym miejscu, to możemy się umówić w piątki szczególnie i nawet czasem dotknąć takiej kosmicznej skały, która zrobiła wielką katastrofę te 4,5 tysiąca lat temu.
Zwykle jak mówimy o asteroidach, to kojarzą się nam dinozaury 65 milionów lat temu. A tutaj mamy coś, co wydarzyło się w zasadzie w przeddzień Chrztu Polski prawie.
A już na pewno w okolicy pałętali się ludzie, bo mamy tutaj nie tylko całe mnóstwo różnych wytworów. nie jestem archeologiem, więc pewnie powiem coś strasznie głupiego, ale jakieś siekierki, jakieś takie ceramiczne wytwory, mamy też ślady świadczące, pyłkowe świadczące o tym, że była tam, była tu już jakaś taka
bardziej rolnicza działalność, nie tylko zbieractwo, więc na 100% ludzie się pałętali i widzieli jak tutaj następują na ich teren ataki z kosmosu.
To jak zły dzień mieli ci ludzie z siekierkami?
Jeżeli zostali bezpośrednio trafieni taką asteroidą, no to w sumie mi szczęście, bo zapewne zostali tutaj dosyć długo unieśmiertalnieni w opowieściach, które nie przetrwały do naszych czasów swoich pobratymców, jako tutaj wykończeni przez bezpośredni
atak z kosmosu, ale śmierć przyszła bardzo szybko, dlatego, że jeżeli jakby ten punkt, w którym zderza się asteroida, która porusza się z bardzo, bardzo dużą prędkością, to jest coś niewyobrażalnego, to jest jakieś średnio 20 kilometrów na sekundę, ta moraska może była troszkę wolniejsza, jakieś 16-17 km na sekundę.
To zdecydowanie szybciej niż kula z Kałasznikowa.
O nie, gdzie z Kałasznikowa? Nie, nie, nie, nie, nie. To tak szybko to się nie porusza. Taka najszybsza, jakby takie karabinki snajperskie i to kula bezpośrednio na wyjściu z lufy, to ma około 1-1,2 km na sekundę.
20 razy więcej.
To jest naprawdę niesamowita prędkość.
I nie mówimy o kuli z karabinu, tylko o solidnym kawale skały wielkości małego wzgórza.
Nie wzgórza, aż takie duże nie było. Raczej miało, przed wejściem w atmosferę, miało kilka metrów, może kilkanaście, niższe kilkanaście, ale raczej kilka metrów, takich 8-10 metrów średnicy maksymalnie. W czasie przechodzenia przez atmosferę ta asteroida trochę zwalnia, dlatego że jest tarcie powietrza i przechodząc przez atmosferę porusza się dużo szybciej niż powietrze może uciec z przedniej, w związku z czym bardzo to powietrze kompresuje. Jak kompresuje powietrze, to bardzo je rozgrzewa, jak bardzo do poziomu kilku tysięcy stopni. I właśnie dlatego zaczyna się topić częściowo z zewnątrz, nadal będąc bardzo zimnym w środku i zaczyna też świecić. Częściowo to same ciało, częściowo powietrze, które zostało właśnie tak skompresowane. A w wyniku tego wszystkiego również rozpada się na wiele różnych kawałków, no bo zaczynają się stresy, jakby jest targany w jedną, w drugą stronę, więc w pewnym momencie następuje taka eksplozja. I dzięki temu właśnie, że nastąpiła ta eksplozja, mamy nie jeden duży krater, tylko wiele mniejszych.
Jakby ktoś strzelił z dubeltówki naładowanej śrutem.
Dokładnie tak, ale dzięki temu w cenie jednej asteroidy mamy siedem ponad kraterów, które przeżyły do naszych czasów, więc no promocja po prostu, promocja. I następnie ta asteroida nadal porusza się z prędkością co najmniej kilku kilometrów na sekundę. I to jest szybciej niż prędkość dźwięku w czymś, co uderza. W tym przypadku taki materiał poglacjalny, czyli trochę takiej gliny zwałowej, trochę jakichś piasków, a pod spodem warstwa z iłami poznańskimi, bardzo takie łatwe do zauważenia, jak się tam spaceruje dookoła, bo się po prostu klei do butów jak cholera i człowiek wychodzi po prostu usmarowany po spacerku jak prosiaczek, ugliniony cały, nie ugliniony tylko uilony.
Ponieważ ta asteroida porusza się z gigantyczną prędkością, ma bardzo dużą ilość energii kinetycznej. Jeżeli ma bardzo dużą ilość energii kinetycznej, a później się przestaje poruszać, to znaczy, że ta energia musi coś ze sobą zrobić, nie może po prostu zniknąć, ale może się przetworzyć w inny rodzaj energii i ta energia zmienia się w taką energię w cudzysłowie wybuchu. I właśnie dlatego większość kraterów uderzeniowych na Ziemi ma kształt koła, a nie jakiejś elipsy, mimo że większość z nich nie uderza pod kątem 90 stopni, tylko pod jakimś kątem.
Czyli ten kawał żelastwa, który leci z kosmosu, nie wbija się bezpośrednio w Ziemię, tylko najpierw wybucha.
Z grubsza, znaczy wbija się, a później jest zatrzymywane i wybucha. Wybucha rozrywając się na gigantyczną liczbę kawałków, co więcej, duża większość tego impaktora i jeszcze część z tej okolicy, w którą trafiło, zamienia się nawet nie w roztopioną skałę, tylko i nawet nie tyle w parę metalu, ale nawet w plazmę. Tam jest wiele tysięcy stopni Kalvina, bardzo wysokie ciśnienia, wiele gigapaskali, wieledziesiąt gigapaskali, czyli to są rzeczy, których normalnie nie jesteśmy w stanie doświadczyć na Ziemi. Jedyną porównywalnym środowiskiem, jak byśmy się kiedyś chcieli poczuć, jak to jest być uderzonym przez asteroidę, to polecam spróbować być w pobliżu albo pod eksplozją bomby atomowej. To jest jedyne porównywalne działanie, jakie możemy sobie tutaj zrobić eksperymentalnie w większej skali takiej terenowej u nas na Ziemi.
Mam wrażenie, że większość z naszych słuchaczy wolałaby odpuścić ten eksperyment.
Rozumiem, rozumiem, tylko jakby wyjaśniam potencjalne możliwości, jakby ktoś chciał jednak.
Skoro jesteśmy przy tym od mniej więcej 80 lat, używamy takiej skali do pomiaru, porównywania rozmiarów różnych eksplozji. Jak morasko wypada na tle Hiroshimy?
Dokładnej liczby nie powiem, bo musiałabym po prostu zerknąć na dokładny przelicznik, ale to jest co najmniej kilka Hiroshim.
Bardzo zły dzień.
Ale na szczęście takie zderzenie z asteroidą, nie ma tych wszystkich pozostałych efektów związanych z wybuchem bomby atomowej, nie ma promieniowania, więc ktoś, kto nie zmienił się w plazmę, albo nie został na przykład przysypany przez ten materiał, który został wyrzucony z naszego krateru, albo na przykład nie walnął go w głowę jakiś tutaj eratyk, czyli taki głaz zwałowy, z gliny, które też tam sobie leżą i przywalił takiego nieszczęśliwca. I o ile na przykład nie został przebity przez drzewo, które zostało wyrwane z korzeniami przez albo samą falę uderzeniową, albo wiatr, który też był zrobiony w tym czasie, albo nie zapadły się jej albo jemu się płuca w wyniku przejścia fali szokowej przez atmosferę, to o ile to wszystko udało się przeżyć, to nie było źle.
Czy znaleźliśmy ludzi, którzy rzeczywiście na tak efektowne sposoby doświadczyli tego, co się tam stało?
Jeszcze nie, ale ja nie tracę nadziei. Przyznaję, że w kilku różnych miejscach pokopałam już nie tylko w Morasku, ale też w wielu kraterach na całej Ziemi prawie, szczególnie właśnie takich mniejszych, jakie mnie najbardziej interesują i za każdym razem mam nadzieję, że znajdę właśnie takiego bardzo nieszczęśliwie wyglądającą czaszkę i zdziwioną, że została ukatrupiona właśnie w ten sposób, więc ludzi na razie nie znaleźliśmy. Natomiast to, co udało się znaleźć, to są trupy innych organizmów ziemskich, które zostały wykończone przez właśnie tą asteroidę. Jak na razie są to głównie fragmenty drzewa, które zostały przysypane, znaczy najpierw sfragmentowane, później upieczone żywcem i pokryte przez ten materiał wyrzucone z asteroidy. Więc asteroidy zdecydowanie mordowały ziemskie organizmy, ale jak na razie nie mamy dowodów na to, że się tutaj te małe asteroidy rzuciły również na ludzkie życie. Jeszcze tego nie wiemy. Natomiast jest jeden artykuł, który dowodzi tego, że ukatrupił jakiegoś insekta, jakiś żuk był chyba, który został znaleziony. Niestety to było jakiś czas temu, w związku z tym ten materiał, który został znaleziony, on był troszkę przypadkowy i całość wyszła na datowaniu, więc nie dało się go dokładnie zbadać.
Zanim przejdziemy do tej następnej części rozmowy, tej, którą zasygnalizowaliśmy wcześniej mówiąc o tym, że Amerykanie robią na wielkich dziurach w Ziemi wielkie interesy. Ja muszę spytać jeszcze o jedno. Wspomnialiśmy o tym, że do podobnych zjawisk dochodzi regularnie, nawet w czasach historycznych. Istnieją hipotezy, które mówią, że podobne zjawiska, podobne eksplozje, podobne uderzenia asteroid mogą odpowiadać za różne historie, które mamy zapisane w kronikach czy świętych księgach. Wiem, że jest hipoteza, która mówi o tym, że to właśnie asteroida mogła prowadzić do zniszczenia takich dość znanych blisko wschodnich miast, które dzisiaj znamy jako Sodoma i Gomora.
Zdradzę Państwu, naszym słuchaczom, że my z Wojtkiem się znamy i często rozmawiamy na tematy naukowe i on dobrze wie, że to jest jeden z tematów, które mnie bardzo triggerują. Ja mam gigantyczny folderek w moim komputerze, który się nazywa Younger Trias Hydra.
I tak, więc nie, to nie jest prawda, przynajmniej ten artykuł, który został opublikowany, nie wiem, to było chyba jakieś dwa lata temu, może trzy lata temu na ten temat, który sugerował, że Sodoma i Gomora jest opisem tego, że właśnie spadła asteroida i jeszcze w dodatku rozwiała jakąś sól i jeszcze zamieniła kogoś w słup soli i po prostu to jest wyjątkowo zły artykuł na tak dużą liczbę sposobów, że jakby ja mogłabym spędzić cały cykl podcastów, co mogę zrobić, mogę zrobić. Wojtek, sam chciałeś, tutaj sam chciałeś wyjaśnić, dlaczego to jest takie złe, ale jakby jedną z takich najbardziej, tam nie ma żadnych dowodów z punktu widzenia naukowego na tego typu działanie, natomiast jest bardzo dużo takiego naukowego oszustwa, preparowania wyników, jakby obrabiania obrazków w Photoshopie, żeby wyglądały bardziej przekonująco, a jak nie wyglądają przekonująco, to tym gorzej dla nich.
Więc nie, nie, obawiam się, że od początku czasu ludzie wpatrywali się w ciemne niebo i czasem widzieli jakieś nietypowe rzeczy, na przykład właśnie spadające gwiazdy i później znajdowali interesujące kamienie, co do tego nie ma wątpliwości. cały zestaw różnych legend i opowieści, które wiążą się z kraterami uderzeniowymi i wiemy na pewno, że ludzie byli w okolicy, którzy mogli widzieć to wydarzenie, bo wiemy, że ludzie w Australii na przykład byli od 50 tysięcy lat. Wiemy, że ludzie tam na pewno byli, na pewno to widzieli i historia, którą opowiadają o tym konkretnym obszarze jest taką historią, która opisuje złocistego węża, który zderzył się z powierzchnią ziemi, a następnie wypluł ze swojej wnętrzności jakiś dziwny materiał, taki metaliczny, żelazny.
Więc jest duża doza prawdopodobieństwo, że oni to widzieli i oni to opisali. Ale nie bardzo jesteśmy w stanie to na 100% potwierdzić albo zaprzeczyć, dlatego że zdarzają się również historie takie, również w Australii w tym przypadku. Australia jest wspaniałym miejscem do prowadzenia tego typu badań, dlatego że aborygeni dzięki swojej kulturze i dzięki specyficznym sposobom zapisu takiego nie sylabicznego, nie językowego, ale takiego symbolicznego, który wspomagał przekazywanie opowieści, jakby wiemy na pewno, że przez co najmniej 15 tysięcy lat, w jednym miejscu udało się udowodnić na pewno, że przez co najmniej 15 tysięcy lat byli w stanie przekazywać w takim niezaburzonej formie opowieści na temat właśnie zmian geologicznych, w tym przypadku, w tamtym przypadku to dotyczyło podnoszenia się poziomu morza, więc wiemy na pewno, że jest to opcja. Ale żeby to udowodnić, to naprawdę nie jest proste, a już na pewno nie należy w tym celu preparować dowodów i wymyślać rzeczy tylko po to, żeby płacący nam sponsorzy byli zadowoleni, że udowodniliśmy istnienie Sodomy i Gomory.
Teraz już za sekundę z Sodomy i Gomory, ze starożytnej, a nawet bardzo starożytnej Australii, przeniesiemy się do roku 2024 i opowiemy o tym, co takiego możemy jeszcze dowiedzieć się i zrobić w naszym rodzimym Morasku. Mamy nasz wspaniały krater asteroidowy, pozostałość jednej z najbardziej spektakularnych katastrof, jakie w ostatnich tysiącleciach spotkały Europę. I w tym momencie to jest, co, w zasadzie dziura w ziemi.
Niewątpliwie jest dziura w ziemi, nie mówię, że nie, ale to jest bardzo wyjątkowa dziura w ziemi i w dodatku nie pojedyncza, tylko siedem sztuk w cenie jednej. Hello. Każdy lubi dobrą promocję. Więc tak dla zobrazowania jak bardzo rzadkie jest to zjawisko, jakie mamy tutaj po prostu pod nosem w Poznaniu. No więc na Ziemi mamy zaledwie koło 200 miejsc, 200 miejsc tylko, w których wiemy na pewno, że walnęła asteroida. Jednakże absolutna większość z nich to są ciekawostki geologiczne dla niezwykle małego grona ludzi. Powiedzmy, no, jakieś 100 osób zajmujących się kraterami uderzeniowymi, takimi jak, czyli tym, czym ja się zajmuję, prawda,
i tylko jeżeli weźmie się próbki, a następnie zbada się je albo pod mikroskopami, albo w bardzo specyficznych lokalizacjach.
Czyli nie mamy takiego pięknego, wielkiego okręgu, tylko analizując skały możemy powiedzieć, że o, tutaj miliard lat temu pewnie coś uderzyło, bo ten kawałek kwarcu jest troszeczkę przetworzony.
Dokładnie tak. Dokładnie tak. I nic więcej nie przetrwało. Więc tak wygląda jakieś 90% tych wszystkich miejsc z tych 200 kraterów. Albo ewentualnie, jakby krater jest piękny, wspaniały, doskonały, zachowany, tylko że pokryty kilkusetmetrową warstwą piasku albo innych skał, tak jak na przykład Chixulub, czyli ten morderca dinozaurów.
Tam nic nie widać na powierzchni, jakby krater jest piękny, zachowany, ale pod powierzchnią się znajduje, czyli jeżeli zrobimy odwierty, to wtedy widzimy specyficznie zdeformowane skały, jeżeli zrobimy profile geofizyczne, to również znakomicie to wszystko widać.
No ale przeciętny turysta już usnął.
Tam nic nie ma, obawiam się. Znaczy, jeżeli chodzi o impaktologię, tam jest całe mnóstwo różnych innych ciekawych rzeczy, ale akurat nie to. Więc takich przypadków, w których nie tylko mamy krater, ale jeszcze go widać, no to jest jakieś dwadzieścia kilka, może trzydzieści, to zależy, jak bardzo chcemy, żeby było fajnie widać. Z czego niestety większość znajduje się, znowu, w terenach, które nie zachęcają za bardzo przeciętnego człowieka do tego, żeby się tam udawać, albowiem albo są na środku pustyni takiej, że po prostu zanim się tam dostaniemy do tego ciekawego krateru, to zaraz nas ugryzie jakiś skorpion albo inna żmija, albo są na środku Arktyki, więc żeby tam dojechać,
to najpierw musimy przejść przez szkolenie używania sztucera, żeby się obronić przed głodnym misiem polarnym. Albo jeszcze na samym środku syberyjskiej tajgi, więc po prostu pożarcie przez komary jest gotowe. Takich kraterów, w których jest widać cokolwiek i jeszcze w dodatku nie są jakoś bardzo daleko od cywilizacji,
jest naprawdę niewiele, w sensie kilka maksymalnie. Takich, które są zaraz w środku, może nie w środku, ale na granicy dużego europejskiego miasta, zaraz przy dużym lotnisku międzynarodowym, do którego można dojechać autobusem miejskim, jest dosłownie jeden. I jest to nasze własne morasko.
To co można z tym zrobić?
No właśnie, doskonałe pytanie. Zastanówmy się, co inni ludzie robią z takimi wspaniałymi lokalizacjami. A więc, tak jak już wcześniej wspominałam, w takim najsłynniejszym i jednym z pierwszych udowodnionych jednoznacznie kraterów uderzeniowych jest krater Baringera w Arizonie.
To jest takie, pewnie kojarzą Państwo choćby ze zdjęć, słynne miejsce, gdzie jest na środku pustyni wielki, wielki okrąg, w którym kiedyś szkolili się astronauci z NASA. Obok niego jest duże centrum dla odwiedzających i jeden z memów w internecie mówi, że to niesamowite, że asteroida trafiła tak blisko centrum przeznaczonego dla zainteresowanych właśnie asteroidami.
Jest to bardzo śmieszny dowcip, którego wcale nie słyszałam milion razy. Jest to obszar, który stał się taką atrakcją turystyczną, jedną z głównych atrakcji turystycznej Arizony, w zasadzie drugą najważniejszą taką po Wielkim Kanionie, więc proszę Państwa, to jest konkurencja tam.
Ale zupełnie przypadkiem, dlatego że wszystko zaczęło się od zupełnie innego pomysłu, a mianowicie tego, że jeden facet usłyszał, że, jeden facet dajmy bardzo bogaty, dlatego że mający kopalnię bodajże srebra, bardzo dobrze funkcjonującą, lubił czytać różne dziwne rzeczy i raz przeczytał, że dookoła pewnej dziury w ziemi jest całe mnóstwo kawałków żelaza. Żelaza z niklem. No i tak sobie myśli, myśli, no dobra, to ja sprzedam tą swoją kopalnię i kupię tą dziurę w ziemi na środku arizońskiej pustyni. Będzie fajnie. Prawdopodobnie podejrzewał, że w tejże dziurze jest wielki kawał żelaza, dlatego że domyślił się, że te kawałki żelaza z niklem są meteorytami, więc myślał, że meteoryt, znaczy asteroida, planetoida, przyleciała, walnęła, zakopała się pod spodem i że większość tego ciała z żelaza i niklu jest pod spodem. No i ponieważ był właśnie takim człowiekiem zajmującym się wydobyciem złóż naturalnych, pomyślał sobie
haha, ja się dokopię do tego wielkiego kawałka żelaza z niklem i ja sobie go sprzedam i będę super, po prostu bogaty bardziej niż jakiś tam Rockefeller. Po 25 latach kopania, wiercenia i zatracania majątku całej swojej rodziny z tejże kopalni srebra, zbankrutował, a jeszcze w dodatku umarł na zawał serca, jak się dowiedział, że taki odwiert ostatniej szansy wziął i pokazał, że nic tam nie ma. Wiedział, że to asteroida zrobiła, ale nie rozumiał jakby idei powstawania tych kraterów i tego, że ta wielka asteroida wybucha na kawałki i że jeju nie ma.
Jego rodzina po prostu z jednej strony była smutna, że on umarł, bo podobnie był takim miłym człowiekiem, a z drugiej strony była bardzo smutna, że na darmo stracił wielki majątek. No i się trochę rozbiegła po świecie, wynajęli ten teren do hodowcy na ranczo, hodowca bydła, ale później inni ludzie wpadli na to, żeby zbudować coś zwanego Drogą 66, czyli pierwszą drogą, która prowadziła z jednego końca kontynentu na drugie,
dokładnie tam z okolic Chicago do Los Angeles bodajże. było coraz więcej samochodów, więc ludzie jeździli na wakacje. Jeździli na wakacje, no i tak trochę głupio jechać, cały czas pustynia, nuda, płasko, no nic się nie dzieje, ale zaczęli sobie rozsiewać informacje, że tutaj w pobliżu konkretnej lokalizacji mamy taką ciekawą dziurę w ziemi. No i ci turyści zaczęli wyłazić z tego samochodu, iść te 8 kilometrów przez pustynię, patrzeć na dziurę, patrzą, o dziura, no to może sobie zajdę, złazić na dół, łamać nogę, albo utykać tam po prostu ze swoim rozkładającym się ciałem, a później ci biedni kowboje, opiekujący się krówkami, musieli wyciągać tych ludzi, albo trupy, tam ze środka, no przerąbane, więc w końcu kowboje się zdenerwowali, powiedzieli, że hola, hola, my tutaj jesteśmy zatrudnieni do opiekowania się krowami, a nie turystami, come on, zróbcie z tym porządek. Postawili szlaban, zaczęli zbierać tutaj za wejście i jakby ograniczać włażenie w dół, tak żeby łatwiej było tych turystów tutaj wypasać po okolicy i w ten sposób z kompletnego nieudanego interesu tegoż Beringera, zmieniło się to z czasem w najlepiej funkcjonujące prywatne muzeum na świecie.
Kowbojów w Morasku nie mamy.
Nadal można wpaść do jeziora na przykład, więc to też jakby jest potencjał, a jeszcze w dodatku łatwo się naprawdę wykopyrtnąć na tym irytującym ile poznańskim, o którym już wspominałam, więc jakby Państwo tam łazili w dół, to proszę bardzo, bardzo uważać i się zastanowić, czy jest wystarczająco sucho, bo jak jest mokro, to naprawdę nie zachęcam, chyba że chcą się Państwo wytarzać w błotku. Być może tutaj ma to błotko jakieś zdrowotne skutki, ale ja bym jednak nie polecała. A ludzie chcą oglądać takie rzeczy, bo są to wyjątkowe absolutnie lokalizacje na powierzchni naszej planety, które miały gigantyczny wpływ na jej rozwój i które jeszcze w dodatku są po prostu jedynym miejscem, w których kosmos tak bezpośrednio spotyka się z Ziemią. Jakby bardziej się nie da, proszę Państwa. Jeżeli chcą Państwo zobaczyć jakąś kosmiczną lokalizację zapraszamy do Morazka. I też korzystając, niedawno się narodziła taka inicjatywa wśród wielu różnych środowisk. Zapalili się do inicjatywy powstania Centrum Nauki Impact. Centrum Nauki Impact, czyli takiego interaktywnego muzeum, w którym będzie można zapoznać się z tajemnicami kosmosu, ale z punktu widzenia również Ziemi. Dlatego, że z jednej strony kosmos pływa na Ziemię, ale też z kosmosu możemy obserwować naszą planetę w najbardziej wydajny sposób. Dzięki temu, że mamy satelity w kosmosie, jesteśmy w stanie używać GPS-u, jesteśmy w stanie bardzo dokładnie przewidywać pogodę, jesteśmy w stanie śledzić zmiany, które następują na powierzchni naszego świata, a nawet śledzić się wzajemnie tutaj, czy dokładnie badać, czy ktoś tam na przykład nie podrzuca śmieci tam, gdzie nie powinien, albo nie wykupuje zbyt dużej ilości jakichś materiałów, albo po wodzie, pożarze, wszystko inne, całe mnóstwo różnych dobrych rzeczy z kosmosu. Więc mamy nadzieję, że w przeciągu następnych kilkunastu małych lat uda się stworzyć tam centrum nauki, w którym te wszystkie tematy będzie można poznawać, w których będzie można się również zapoznać z tym, jak wygląda ta okolica obecnie, dzięki współpracy również z nadleśnictwem było Puchówko, które bardzo intensywnie działa właśnie w takiej edukacyjnej roli i dzięki, jeżeli przyjdą Państwo kiedyś do Moraska, nie tylko do Centrum Nauki Impact, nie tylko będzie można zobaczyć właśnie i posłuchać przewodnika, który będzie opowiadał o samym Morasku i o kraterach uderzeniowych, czy dotknąć różnych meteorytów, ale również dowiedzieć się w jaki sposób używamy kosmosu do tego, żeby lepiej żyło się nam tutaj na Ziemi.
15 lutego 2013 roku dostaliśmy bardzo dużą przesyłkę z orbity, kiedy...
Malutką!
Zależy jak na to patrzeć. Na pewno nad Czelabińskiem zrobiło się nagle bardzo jasno, a chwilę później wyleciały w powietrze okna w prawie całym mieście, mnóstwo rannych, nagrania, które obiegły świat. Jak często takie rzeczy się realnie zdarzają? Bo rozumiem, że Czelabińsk był duży, ale nie był jedyny.
Czelabińsk był największy z tych zarejestrowanych właśnie w ostatnich latach, natomiast w ostatnich stu latach powiedzmy. Wcześniej takim największym wydarzeniem tego typu to było Tunguska, czyli Tunguska 1908, Czelabińsk. Tunguska była sporo większa, pewnie miała jakieś 50 metrów średnicy. Ta asteroida, która zrobiła tyle zamieszania w Czelabińsku, czyli właśnie 1500 osób rannych, całe mnóstwo zniszczeń, jeżeli chodzi o szklane części budynków, ale też niektóre budynki zostały zniszczone konstrukcyjnie. Więc naprawdę dużo zamieszanie jak na asteroidę, która miała 20 metrów.
Czyli maleństwo.
To, co walnęło u nas, to było nawet mniejsze, pewnie dwa razy mniejsze. Tylko z czegoś innego ta Czelabniska to była właśnie chondryt zwyczajny. Natomiast to, co u nas walnęło, było z metalu, więc trochę bardziej miało więcej siły, znaczy bardziej odporne było na przechodzenie przez atmosferę. Natomiast ta asteroida w Czelabińsku rozpadła się na fragmenty małe, wybuchła w atmosferze, w związku z czym to pole rażenia było bardzo duże. Ta fala uderzeniowa, większość tej energii po prostu poszła na zrobienie fali uderzeniowej w atmosferze i dlatego właśnie tak duży kawałek miasta był bardzo uszkodzony, natomiast nie zostawiła żadnych śladów w postaci kraterów uderzeniowych. Ale to było naprawdę bardzo małe ciało, którego zupełnie się nie spodziewaliśmy i którego jeżeli nie zostałoby właśnie zarejestrowane przez milion kamerek, nie mielibyśmy o tym pojęcia. Jakby coś takiego się zdarzyło, nie wiem, 100, 200 lat temu, 500 lat temu, to nie mielibyśmy o tym zielonego pojęcia. Nie mamy żadnych śladów zapisanych na ten temat, z wyjątkiem niektórych przypadków, gdy po prostu coś takiego znowu nastąpiło nad bardzo gęsto zamieszkanym, zamieszkaną okolicą i...
I na przykład trafiło króla w głowę.
Tak, powiedzmy, albo przynajmniej gdzieś jakiś zamek trafiło, czy coś w tym guście. Są tego typu zapisy, ale co ciekawe, na przykład pochodzące ze średniowiecza, ale co ciekawe, na przykład w takim XVIII, XIX wieku naukowcy nie wierzyli tym zapisom. Myśleli, że to no dobra, z jednej strony opisują jakiegoś smoka, z drugiej strony opisują jakieś kamienie spadające z nieba. No to jakby oba brzmią jednakowo idiotycznie. Więc przez bardzo długi czas nie wierzono w ogóle w tego typu opowieści. I oczywiście są to bardzo takie fragmentaryczne dane właśnie z tej przeszłości, o ile nie pozostaną potem kratery uderzeniowe. Jakby ekstrapolacja z kraterów uderzeniowych i z tego, jak są duże i ile mają lat, także obserwacji na przykład Księżyca i tego, jak często coś walnie w Księżyc albo obserwacji w wyższych poziomach atmosfery takich bardzo małych ciał niebieskich prowadzi do tego, że najprawdopodobniej takie właśnie coś w rodzaju Czelabińska, albo pomiędzy Czelabińskim a Tunguską, to musimy się czegoś takiego spodziewać co 100, 200, 300 lat. Jedna z takich rzeczy, jedna z takich Czelabińsków,
tylko raczej troszkę większe, nawet trafiło w Polskę również. Więc nie wiem, czy słyszeli Państwo o meteorycie pułtuskim. Jest to meteoryt, który wywodzi się właśnie z takiego spadku w połowie XIX wieku. Już wtedy w Warszawie robili zapiski, więc zrobili zapisek,
że właśnie taka dziwna kula ognia przeleciała nad Warszawą i później się tam oddaliła. okolicy, szczególnie wsi, z której okolicy pochodzą moi przodkowie notabene, więc jestem bardzo z tego dumna.
To faktycznie jesteśmy trochę na strzelnicy.
no jesteśmy, no ale obawiam się, że tak, obawiam się, że jakby szanse na trafienie są z grubsza, mniej więcej takie same we wszystkich miejscach, natomiast rzeczywiście im bardziej się przyglądamy, tym więcej jest tego typu wydarzeń. Więc jeżeli Państwo mają zapamiętać jedną rzecz z tego wszystkiego, to proszę pamiętać, że jeżeli nagle z nienacka pojawi się na niebie nieoczekiwany jasny punkt, to nie są dobre wiadomości proszę Państwa i proszę nie zbliżać się do okien, bo większość z ludzi, jeżeli to jest naprawdę duży punkt albo taki wyjątkowo celuje w naszą stronę to pewnie nie ma co uciekać. Ale jeśli jest mniejszy, to głównym zagrożeniem jest to, że wysadzi w nasze okna tworząc całe mnóstwo odłamków. Jeśli będziemy trzymać się od nich z daleka powinno być okej, jeżeli nie mamy wyjątkowego pecha.
Jak dużo takich naprawdę realnie zagrażających nam obiektów znajduje się w naszej okolicy?
To znaczy okolica, która powinna nas martwić to jest bardzo szerokie określenie, dlatego że z grubsza staramy się śledzić te planetoidy, które mają orbity, które mniej więcej przecinają orbitę, czyli od czasu do czasu znajdują się w obrębie bliżej Słońca niż Ziemia. To są tak zwane near-earth asteroids, które potencjalnie mogą kiedyś nam zagrozić. Większość z nich jest zupełnie niewinna, dlatego że przestrzeń kosmiczna jest duża, Ziemia w perspektywie jest mała, a wszystko się dzieje w 3D, więc absolutnie to nie jest tak częste, żeby się jedno drugie trafiło, natomiast rzeczywiście się, jak wiemy z badania kraterów uderzeniowych, się to zdarza i na szczęście obecnie dzięki między innymi. Bruce'owi Willisowi i rozwoju technologii.
Tu musimy zrobić pauzę. Bruce Willis.
Bruce Willis, tak, film Armageddon bardzo polecam. Jest, no nie jest realistyczny, ale zawdzięczamy mu wiele, dlatego że dzięki temu udało się zdobyć dużo więcej pieniędzy na obserwacje właśnie Near Earth Asteroids, dlatego że było łatwiej wyjaśnić politykom, dlaczego trzeba kupić nowe teleskopy, które się będą wpatrywać w niebo i szukać właśnie tych asteroid, więc teraz dzieje się to dosyć automatycznie i dzięki temu wiemy, że taka kosmiczna katastrofa w skali tej, która wydarzyła się dinozaurom, nie grozi nam w przyszłości najbliższej. Jeżeli chodzi o to jesteśmy dosyć bezpieczni. Te duże asteroidy są najbardziej niebezpieczne, ale jest ich najmniej i najłatwiej jest je dojrzeć, bo są duże, więc co do tego jest ok. Natomiast te średnie asteroidy, no im mniejsze asteroidy, tym trudniej jest ją dojrzeć, a te małe to już w ogóle wielkości np. na przykład tej, która wykończyła, znaczy, która wydarzyła się, wybuchła nad Czelabińskiem, albo tej, która zrobiła albo krater Baringera, przypominam, to asteroida, która miała jakieś 50 metrów średnicy, żelazna, która zrobiła krater o średnicy 1,3 kilometra.
Czyli nawet to coś, co zrobiło ten wielki krater w Arizonie, jest na granicy tego, co w ogóle jesteśmy w stanie wykryć.
Znaczy jesteśmy w stanie niektóre bardzo to, niektóre zobaczyć, ale absolutnej większości, w sensie 95, 99 może procent tych 50 metrowych, które potencjalnie krążą w okolicy i potencjalnie mogą nas trafić. My nie widzimy, bo są za małe i jest za mało tutaj instalacji i pewnie, żeby to zrobić dobrze, trzeba byłoby zrobić instalacje w przestrzeni kosmicznej, które szukałyby tego typu rzeczy, a nie na powierzchni Ziemi.
To czy w ogóle jesteśmy w stanie się obronić przed takim bombardowaniem? Nikt nie chce się znaleźć na drodze nawet takiej skromnej, 30-metrowej asteroidy, która może wyparować pół miasta.
Tak, lepiej tego unikać. Zależy jak dużego miasta, gdzie trafi i tak dalej, ale tak, zdecydowanie wolałabym tego unikać. Natomiast jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, o ile wcześniej będziemy wiedzieć o tych właśnie impaktorach. Czyli i też zależy, jak dużo wcześniej będziemy o nich wiedzieć. Dzięki temu, że przeprowadzono w 2021 pierwszy test kosmiczny takiej właśnie obrony planetarnej, czyli taka misja DART, udało się pokazać poprzez zaatakowanie notabene zupełnie niewinnej asteroidy, która absolutnie nie miała zamiaru nas tutaj atakować, po to, żeby sprawdzić, czy jesteśmy w stanie zmienić jej trasę, jej orbitę przez zderzenie takie mechaniczne, no dosyć sporego, w sumie małego, poruszającego się z prędkością chyba jakichś 5 km na sekundę statku kosmicznego. Okazało się, że tak i działało to dużo lepiej niż się spodziewaliśmy, dzięki temu, że bardzo dużo materiału zostało jakby wyrzucone z tej asteroidy i spowolniło ją nawet dodatkowo. To pokazuje, że jeżeli wykryjemy jakąś potencjalnie niebezpieczną asteroidę z wyprzedzeniem kilkudziesięciu lat co najmniej, im więcej, tym lepiej, jesteśmy w stanie zmienić jej trasę na tyle, żeby coś z tym zrobić. Natomiast jeżeli, nie wiem, odkryjemy, że coś nas celuje na dwa lata przed tym, jak będzie się z nami zderzać, to nic nie możemy zrobić. Jedyna rzecz, która nam zostaje, to jest ewakuacja
Czego w takim razie w tym kontekście może nas nauczyć Morasko?
Bardzo ciekawe badania zostały przeprowadzone niedawno właśnie przez badaczy z geologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza, które pokazały, że wbrew temu, co wcześniej myśleliśmy, ten zasięg zniszczenia w przypadku właśnie takich kraterów jak Morasko nie jest aż taki duży. To znaczy, jeżeli jesteśmy bardzo blisko tego punktu zderzenia, no to źle. Ale wystarczy się oddalić na kilka kilometrów, powiedzmy 10 kilometrów od punktu zderzenia i będziemy widzieć, będziemy słyszeć. Ja bym nie stała na zewnątrz i pewnie jakbym miała tam dom, to bym zabiła okna, tak żeby się nie rozbiły, ale nie będzie aż tak źle. Natomiast, czyli jakby ten teren rażenia jest bardzo taki intensywny,
w bardzo skompresowanej okolicy w miejscu zderzenia, natomiast nie jest tak bardzo źle gdzieś na zewnątrz. W związku z czym to nam pokazuje, że powinniśmy jak najwięcej się skupiać nad tym, żeby dokładnie ustalić miejsca zderzenia. Jeżeli będziemy wiedzieć właśnie, że takie zderzenie ma miejsce i nawet jeżeli zaobserwujemy, że taka asteroida, powiedzmy właśnie te 20-50 metrów będzie nas atakować za trzy tygodnie, to o ile będziemy mieli wystarczającą liczbę miejsc, w których będziemy mogli obserwować tą asteroidę, jesteśmy bardzo w stanie dokładnie wyliczyć jej orbitę, a następnie jakby ten obszar, z którego będziemy musieli ludzie ewakuować, nie jest aż tak duży, więc to jest optymistyczna wiadomość w tym wszystkim. Natomiast Centrum Nauki Impact wierzę, że stanie się jednym z miejsc, których będzie można się dowiedzieć nie tylko więcej o kosmosie i o tym, co i jak działa
i w jaki sposób Ziemia jest częścią właśnie takiego większego układu, ale również więcej dowiedzieć się o naszej własnej planecie i w jaki sposób różne technologie kosmiczne są w stanie nam pomóc lepiej się o naszą obchodzić i po prostu zapewnić nam samym lepsze życie dzięki temu.
Jak bardzo powinniśmy się tego w ogóle obawiać? Czy to jest coś, co powinno nam spędzać sen z powiek?
Tak jak ze wszystkim, nie powinniśmy się tego obawiać, powinniśmy się na to przygotować. I najważniejszą rzeczą właśnie do przygotowania to na to, żeby były teleskopy, żeby badać dokładniej właściwości meteorytów, dzięki czemu jesteśmy w stanie stwierdzić, w jaki sposób będzie się zachowywać to ciało, gdy będzie przechodzić przez naszą własną atmosferę. Więc bez tych wszystkich informacji nie jesteśmy w stanie przygotować się na zagrożenie, ale jeżeli będziemy mieli te wszystkie informacje,
jeszcze w dodatku będzie to połączone ze świadomością społeczną na temat tego, że takie zagrożenie potencjalnie istnieje i co należy zrobić w przypadku, gdyby właśnie nastąpiło, jesteśmy w stanie sobie z tym spokojnie poradzić, ale jak mówię, nie musimy się obawiać, musimy się przygotować.
Dziękuję bardzo serdecznie. Naszym gościem była dr Anna Łosiak z Centrum Nauk Geologicznych Polskiej Akademii Nauk. Dziękuję.

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















