Reklama

Barbarzyństwo

Barbarzyństwo

01.04.2013
Czyta się kilka minut
Co skłania ludzi do podjęcia decyzji o przekazaniu swoich ciał po śmierci firmie, która przerobi je na „rzeźby”?
W

Wyobraźmy sobie dizajnera, który pewnego dnia wpada na pomysł wykonania eleganckiego fotela obitego ludzką skórą, a także lampy stojącej na konstrukcji z kości ludzkiego kręgosłupa. Publikuje ogłoszenie w internecie i już wkrótce zaczynają zgłaszać się osoby, które zapisują mu w testamencie swoje ciało. Produkcja nabiera coraz większego tempa. Dizajner szybko zdobywa sławę i pieniądze, a jegomeble zaczynają być znakiem dobrego smaku i obiektem westchnień młodej klasy średniej.

Szokujące? Wyciągnięte z archiwum nieudanych scenariuszy horrorów? Wprost przeciwnie – realne i bliskie.
ZWŁOKI OBJAZDOWE
Zaczęło się od Gunthera von Hagensa (prawdziwe nazwisko: Liebchen) urodzonego pod koniec wojny w okupowanej Polsce w rodzinie kucharza oddziałów SS, która w 1945 r. znalazła się w NRD. Przyszły anestezjolog i patomorfolog podjął studia na Uniwersytecie Medycznym w Jenie, został jednak aresztowany za udział w protestach przeciwko aneksji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i próbę ucieczki na Zachód. Wykupiony przez władze RFN, kontynuował karierę w Lubece i Heidelbergu.

W 1977 r. opracował nową metodę preparowania zwłok – tzw. plastynację. Technika ta – z grubsza – polega na usunięciu z organizmu tłuszczu i wody oraz na nasączeniu go odpowiednimi polimerami. W efekcie nie tylko zatrzymany zostaje proces rozkładu, ale tkanki zachowują kolor, kształt i jędrność.

Lekarz szybko poczuł się biznesmenem: otworzył w Heidelbergu Instytut Plastynacji, „podbił” rynki w Chinach i Kirgistanie (stamtąd pochodziła większość wykorzystywanych przez niego zwłok, choć nigdy nie udało się udowodnić, że byli to także skazańcy, na których wykonano karę śmierci – co sugerował „Spiegel”). Próbował także rozwinąć działalność w Polsce: w 2005 r. zaoferował samorządowi lubuskiej Sieniawy Żarskiej – miejscowości dotkniętej klęską bezrobocia – wykup tamtejszych obiektów popegeerowskich i trzysta miejsc pracy dla osób, które zechcą zająć się preparacją zwłok. Propozycja spotkała się z otwartym buntem mieszkańców. Oddział Instytutu von Hagensa powstał więc po drugiej stronie granicy, w Guben.

Równie szybko lekarz poczuł się naukowcem-artystą: spreparowane ciała zmarłych ludzi stały się dla niego materiałem rzeźbiarskim. Jego „dzieła” zobaczyć można w Guben, ale także na wystawach objazdowych w ramach projektu pt. „Body Worlds”.

Przejrzyjmy zestaw najbardziej emblematycznych fotografii. Gunther von Hagens – zawsze w czarnym, „mafijno-artystowskim” kapeluszu na głowie. Towarzyszy spreparowanym zwłokom kobiety na huśtawce, rozkłada ręce w gimnastycznym skoku, towarzysząc zmarłemu mężczyźnie, który za życia najpewniej nie był zdolny do takich olimpijskich wyczynów. Przyjacielskim gestem obejmuje spreparowanego „kolegę”...

SUBSTYTUT NIEŚMIERTELNOŚCI
Co skłania ludzi do podjęcia decyzji o przekazaniu swoich ciał po śmierci firmie, która przerobi je na „rzeźby” (można to zadeklarować w Instytucie Plastynacji)? Czego szukają odbiorcy tych „dzieł”? Nie wiem. Może jest to daleka konsekwencja kultury współczesnej, dla której kluczowe znaczenie ma kult młodości, witalności i sprawności – wszak zwłoki poddane plastynacji, zawsze uśmiechnięte, wydają się bezpiecznie estetyczne? Może chodzi o substytut nieśmiertelności, której pragnienie niekoniecznie wygasło w zsekularyzowanym świecie, o infantylną, choć przecież rozpaczliwą próbę wmówienia sobie, że „non omnis moriar”?

A może decyduje brak akceptacji dla brutalnej biologii śmierci, dla przynależącego do niej procesu rozpadu i gnicia, dla tego wszystkiego. Choć przecież, jeśli głębiej się nad tym zastanowić, właśnie w procesie rozpadu, czy raczej naturalnego roztopienia się w ziemi, odnaleźć można coś głęboko pozytywnego, jakąś mądrość i sens, który połączyć może w dodatku osoby wierzące i niewierzące.

Truizmem jest stwierdzenie, że śmierć stała się dziś tematem wstydliwym, wypartym, ba, nawet wulgarnym (dlatego nikt nie boi się już powiedzieć głośno, że nie chodzi na pogrzeby, bo to go przygnębia), że lepiej radzą sobie z nią kultury tradycyjne niż nowoczesne. Jednak czy próba przełamania tabu śmierci (ostatniego chyba, jakie jeszcze pozostało) – tak jak robi to Gunther von Hagens i jego następcy – rzeczywiście ją oswaja? Myślę, że jest wprost przeciwnie: ze śmiercią nie można się uporać, rzeźbiąc w trupiej tkance sztuczny uśmiech zadowolenia.

Jeśli wierzyć organizatorom objazdowych wystaw prezentujących „Body Worlds”, zobaczyło je jak dotąd 28 milionów widzów na całym świecie. Choć nie wszystkie państwa zgadzały się na ich organizację: von Hagens nie został jak dotąd wpuszczony – co bardzo znaczące – m.in. do Izraela. Tam, gdzie godzono się na pokazanie „Body Worlds”, powoływano się na deklarowaną przez Niemca wartość edukacyjną tego projektu.

W SAM RAZ DLA DZIECI
Mimo kontrowersji, jego ekspozycje okazały się tak dużym sukcesem finansowym, że zaczął mieć licznych konkurentów. Oddał nawet sprawę do sądu, ale przegrał, okazało się bowiem, że... o ile plastynacja chroniona jest prawem autorskim, o tyle ciało ludzkie nie podlega jak dotąd prawom autorskim (cóż za makabryczny casus prawny).

Jednym z tych, którzy zaczęli konkurować z niemieckim patomorfologiem, został doktor Roy Glaver, emerytowany wykładowca Uniwersytetu w Michigan. W pewnym sensie okazał się skuteczniejszy: jego wystawa „Bodies, the Exhibition”, trafiła w 2009 r. do warszawskiego centrum wystawienniczego „Blue City” – przyciągając tłumy. Amerykański lekarz przekonywał wówczas, że jego naukowo-edukacyjną wystawę ukazującą geniusz anatomii i fizjologii człowieka powinny zobaczyć nawet małe dzieci.
Podobnych argumentów używają dziś organizatorzy wystawy „The Human Body Exhibition”, która trwa właśnie w modnym krakowskim klubie Fabryka – komercyjny właściciel zbioru plastynatów występujący pod nazwą GForce Exhibition oraz czeska Grupa JVS, kolejna komercyjna firma, która zajmuje się „zarządzaniem zdarzeniami i komunikacją marketingową”, (jak czytamy na jej stronie internetowej). Twierdzą z całą mocą, że prezentacja dwustu „eksponatów” (to słowo zbyt często pojawia się w materiałach promocyjnych), pojedynczych organów i całych organizmów ludzkich, ma charakter misyjny. Powinna „zachwycić, informować i nauczyć zwiedzających rozumieć piękno i funkcjonowanie ludzkiego ciała”. Jej celem jest także „zwrócenie uwagi odwiedzających na konieczność troski o najważniejsze, co mamy, niezwykłe ciało”.

ŚMIERĆ KOMERCYJNA
A więc to tak? Spreparowane ludzkie zwłoki jako promocja joggingu i oręż w walce z uzależnieniami? To chyba pewna przesada. Zresztą, czy dziś – w świecie wysoko rozwiniętych technologii– edukacja medyczna laików (odbiorcami nie są przecież studenci medycyny) rzeczywiście wymaga plastyzacji?

Trudno uwierzyć któremukolwiek słowu manifestu, który towarzyszy „The Human Body Exhibition”. Skoro – co podkreślają organizatorzy – „wystawa obchodzi się z eksponatami z maksymalnym szacunkiem i powagą”, to dlaczego pokazuje się ją w klubie, który służy także rozrywce? Skoro ma charakter misyjny, to dlaczego nie mogę znaleźć w programie zapowiedzi konkretnych działań edukacyjnych i konkretnych nazwisk (kogo jak kogo, ale autorytetów medycznych i bioetyków w Krakowie nie brakuje)? I dlaczego wstęp wyceniono absurdalnie: dorośli mają zapłacić za bilet 50 złotych (w niedzielę 60 zł), studenci i seniorzy: odpowiednio 40 i 50 złotych, dzieci od lat sześciu 35-40 złotych? 

Nie oszukujmy się, przedsięwzięcie ma charakter cynicznie komercyjny. I to w najgorszym guście – jak bowiem oceniać fakt, że zwłoki zostają sprowadzone do funkcji cyrkowego gadżetu? Jego promotorzypowołują się na fakt, że w ciągu stuleci ciało było obiektem badań lekarzy, którzy zgłębiali jego tajemnice podczas operacji i autopsji. I twierdzą, że uczestnicząc w ich przedsięwzięciu, stajemy się uczniami doktora Tulpa z obrazu Rembrandta.

To ostatnie zdanie jest akurat prawdziwe. „Lekcja anatomii doktora Tulpa” nie jest bowiem artystycznym zapisem uniwersyteckich zajęć, których uczestnicy dostępują profesjonalnego wtajemniczenia. Odnosi się do widowiska równie popularnego w XVII-wiecznej Europie, co publiczne egzekucje. Ciało, które oglądamy na obrazie Rembrandta, należało do niejakiego Adriaana Arisza, nieszczęsnego złodzieja płaszcza, którego jako recydywistę skazano na karę śmierci. Jego rozczłonkowane ciało w rękach modnego lekarza mógł zobaczyć każdy, kto żądny był mocnych wrażeń i miał w kieszeni kilka zbędnych guldenów... Czyżbyśmy wracali do tamtych tradycji?

Jest jeszcze jeden aspekt. Projekt „The Human Body” prezentowany jest w mieście oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Auschwitz – miejsca, w którym desakralizacja ludzkiego ciała osiągnęła apogeum. Dowodzi to, że mimo wszelkich debat i działań edukacyjnych nasza pamięć o tamtych wydarzeniach jest bardzo krótka i powierzchowna.

W oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa przy ulicy Pomorskiej, który opiekuje się dawną katownią gestapo i SB, widziałam papierośnicę wykonaną z ludzkiej skóry. Mam nadzieję, że za pięć, dziesięć lat ktoś „wychowany” przez wystawy „plastynacyjne” nie zapyta mnie: „Ale o co chodzi? Materiał tak samo dobry jak każdy inny”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]