316

Kacper Śledziński, „Cichociemni. Elita polskiej dywersji”, wyd. Znak 2012.
Czyta się kilka minut

Opowieść zaczyna się sceną, która ma wymiar symboliczny: 21 sierpnia 1944 r. koło wsi Surkonty (dziś to Białoruś) wojska NKWD uderzają na oddział AK – jeden z tych, które uniknęły sowieckiej pułapki i aresztowań, i próbują przejść do centralnej Polski. Według świadków Sowieci nie biorą jeńców; rannych dobijają. Okoliczna ludność pochowa potem poległych w zbiorowej mogile, obok grobu powstańców z 1863 r. Wśród nich: podpułkownika Macieja Kalenkiewicza, dowódcę Podokręgu Nowogródek AK.

A wcześniej współautora pomysłu utworzenia nowej formacji: w grudniu 1939 r. Kalenkiewicz, razem ze swym przyjacielem kapitanem Janem Górskim, przedstawili generałowi Sikorskiemu koncepcję przerzucania z Zachodu do Polski – drogą lotniczą – żołnierzy-specjalistów, którzy mieli wesprzeć walkę w okupowanym kraju. Nazwani „cichociemnymi”, stali się elitą ZWZ-AK: służyli w wywiadzie i dywersji, dowodzili. Przerzucono ich do Polski 316 (na ok. 600 zakwalifikowanych). Ponad jedna trzecia z nich zginęła – z rąk Niemców, a potem Sowietów i polskich komunistów; kilkudziesięciu trafiło do sowieckich łagrów.

Kacper Śledziński opowiada na nowo historię cichociemnych w sposób nowoczesny, przystępny dla współczesnego czytelnika: kreśli historyczny megareportaż, plastyczny, opowiedziany obrazami, a także emocjami. Jego bohaterami jest ośmiu spośród tych trzystu szesnastu – wśród nich Kalenkiewicz, a także np. Jan Piwnik, legendarny dowódca z Gór Świętokrzyskich, a potem z Wileńszczyzny (gdzie zginął w walce z Niemcami). To fascynująca, wciągająca opowieść – w pewnym sensie odpowiednik filmu fabularnego na miarę „Kompanii braci” Spielberga, jakiego cichociemni dotąd się nie doczekali (mimo wszystko, trudno uznać za takowy telewizyjny serial „Czas honoru” z jego jakże skromnym budżetem).

Wszelako jest to opowieść niedokończona: Śledziński zamyka ją na 1945 r. (odnotowuje tylko ogólnie, co się działo później). Tymczasem dziś wiemy, że każdy z ponad stu cichociemnych, którzy po wojnie zostali w PRL (część zdołała uciec na Zachód), był prześladowany, inwigilowany przez UB i potem SB, czasem aż do 1989 r. Wielu uległo szantażowi i zgodziło się na współpracę z bezpieką. To fakt niezaprzeczalny, tak było. I teraz pytanie: czy i jak opowiedzieć także o tym aspekcie? Jak mówić o bohaterach, którzy zostali złamani? To bardzo trudne (także dlatego, że zapewne znajdą się tacy, którzy będą krytykować lustratorów itd.). Ale wydaje się, że to możliwe – o ile będzie to opowieść wierna faktom, a zarazem nacechowana czymś, co nazwałbym historyczną wyrozumiałością, historyczną empatią.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 02/2013