Została w Budapeszcie

Minęło 50 lat. Jest kolejna rocznica. Kwiaty, przemówienia. Rocznica ważna. Pamięć potrzebna. Za oficjalnymi przemówieniami kryją się wspomnienia osobiste, drobne. Szalik podarowany w zimną noc. Jedno jedyne zdjęcie, którego klisza już nie istnieje. Plakat namalowany w pośpiechu. Naboje, które zaplątały się w kieszeni starej marynarki. Będzie to opowieść o Polakach, którzy stali się na chwilę uczestnikami węgierskiej historii.

26.10.2006

Czyta się kilka minut

Olsztyn, 30 października 1956 r.: demonstracja solidarności z Węgrami. Transparent na zdjęciu wykonał Janusz Kowalski /
Olsztyn, 30 października 1956 r.: demonstracja solidarności z Węgrami. Transparent na zdjęciu wykonał Janusz Kowalski /

Można by zacząć od pytania, kiedy przekroczyli po raz pierwszy granicę Węgier? Niektórzy we wrześniu 1939 r. wraz z kilkudziesięcioma tysiącami uchodźców. Inni pod koniec października

1956 r. Jeszcze inni dopiero dwa lat później.

Można by pisać o miejscach, gdzie się mijali, nie wiedząc o sobie nawzajem: w polskiej ambasadzie w Budapeszcie, pod pomnikiem Bema, na Uniwersytecie Warszawskim. Chwil, gdy krzyżowały się ich drogi, jest sporo.

Łączy ich to, że gdy przed 50 laty Węgrzy walczyli o wolność, nie chcieli stać z boku.

- Chciałem ich poprzeć, a nic więcej nie mogłem zrobić - mówi dziś Leszek Fabrycki, który w Warszawie oddawał krew dla Węgrów.

- Zastanawialiśmy się z kolegami, czy naszym obowiązkiem nie jest przyłączyć się do Węgrów. Uważałem, że tak. Ale większość uznała, że naszym zadaniem jest informowanie o tym, co się dzieje - to Zygmunt Rzeżuchowski, dziennikarz, który relacjonował wydarzenia z Budapesztu.

- Mogłam iść ulicą i krzyczeć: "Niech żyje wolna Polska, niech żyją wolne Węgry!". Byłam szczęśliwa - to Hanna Kwaśniewska, wtedy członkini powstańczej węgierskiej Gwardii Narodowej.

- Trzeba spłacać dług zaciągnięty przez polskich uchodźców i żołnierzy w czasie II wojny światowej - to Mieczysław Ostoja-Mitkiewicz, 50 lat temu współzałożyciel Komitetu Pomocy Zimowej dla Dzieci Węgierskich.

- Nie mogłem się w to nie włączyć, to była sprawa moich kolegów, przyjaciół. Zrobiłem to przede wszystkim jako student, a nie jako Polak - to Zdzisław Dzitko, jeden z pierwszych członków powstańczej Gwardii Narodowej.

- Coś trzeba było robić. To był nasz obowiązek - to Barbara Czerwińska, organizatorka pomocy dla węgierskich dzieci i ich opiekunka na obozie w podwarszawskiej Wildze.

- Byłem szczęśliwy, że mogłem cokolwiek zrobić. To był impuls - to Janusz Kowalski, autor antysowieckiego plakatu podczas manifestacji w Olsztynie 30 października 1956 r., która była największym z polskich wieców poparcia dla Węgrów.

- To była żywiołowa akcja, z potrzeby serca - powie Janusz Kramarek, który wywiesił na wrocławskim ratuszu węgierską flagę przepasaną kirem.

Pod pomnikiem Bema

23 października 1956 r. Początek wydarzeń, które teraz nazywa się węgierskim powstaniem, a wtedy rewolucją (lub kontrrewolucją - zależnie, kto mówił).

***

Tego dnia Edward Liszewski, student V roku politechniki w Budapeszcie, obudził się wcześnie rano. Czekał go pracowity dzień: miał zajmować się polską wycieczką, który przyjechała na Węgry.

Barbara Ładyńska, jej uczestniczka, myślała, że przed nią kolejny dzień zwiedzania budapeszteńskich zabytków. Jednak młody student, który do nich przyjechał, zamiast do muzeów postanowił zaprowadzić ich na wielką manifestację poparcia dla październikowych przemian w Polsce, którą węgierscy studenci zaplanowali na popołudnie pod pomnikiem Bema.

Nikt nie miał wątpliwości, wszyscy poszli. To miała być najbardziej pasjonująca wycieczka w ich życiu.

- Wszystko zaczęło się już wcześniej. Węgrzy byli przejęci tym, co działo się w Polsce: poznańskim Czerwcem, potem październikową odwilżą. Mieszkałem w największym z budapesztańskich akademików, na Górze Zamkowej. 1500 mężczyzn w jednym miejscu. Jak koszary - żartuje Edward Liszewski.

22 października studenci z akademika zwołali zebranie: wiedzieli o planowanej manifestacji i mieli ustalić, czy wezmą w niej udział. Kiedy przyszedł Liszewski, tłum już gęstniał. Prócz niego było jeszcze kilku Polaków; studiowało ich około dwudziestu. Przemawiał asystent rektora, nawoływał do spokoju, ostrzegał przed prowokacjami. "A wy po której będziecie stronie, jak dojdzie do manifestacji?" - przerwali mu studenci. "Po waszej" - odpowiedział bez wahania.

Delegacja studencka ruszyła na wyspę Csepel, gdzie mieścił się cały przemysł ciężki, bo pojawiła się plotka, że robotnicy wystąpią przeciw studentom. W delegacji było trzech Węgrów i studiujący w Budapeszcie Polak Zdzisław Dzitko. - Spotkaliśmy się nie tylko ze zrozumieniem, ale wręcz entuzjazmem - wspomina. - Zaprosiliśmy robotników na manifestację.

Ta noc była dla Dzitki krótka: najpierw zreferował w akademiku spotkanie na Cseplu, potem wstał skoro świt, by przed stocznią rzeczną rozdawać ulotki idącym do pracy robotnikom: - Robiliśmy to szybko, baliśmy się milicji. Jedni brali chętnie, inni się bali, ale niektórzy nawet się wracali przed bramę, żeby wziąć ulotkę. Były to informacje o demonstracji i naszych postulatach.

Liszewski wraz z kolegą Erykiem Bazylczukiem pojechał do polskiej ambasady. - Było bardzo późno, ambasador przyjął nas w szlafroku - wspomina. - Powiedzieliśmy, że będzie manifestacja, i że chcemy wziąć w niej udział. Nie mógł nas otwarcie poprzeć, odpowiedział jak dyplomata: "Zachowujcie się rozważnie i w zgodzie z własnym sumieniem".

Następnego dnia Liszewski zabrał więc całą dziesiątkę polskich turystów na manifestację pod pomnik Bema. Czy rozważnie, trudno powiedzieć. Ale w zgodzie z sumieniem na pewno.

Mówi: - Przyszliśmy pod pomnik wcześniej. Już tam staliśmy, gdy z dwóch kierunków, spod politechniki i od strony pomnika Petöfiego, nadciągnęły wielkie kolumny manifestantów. Jeden z nas, Stefan Kowalski, miał aparat i robił zdjęcia. Budynki były obwieszone węgierskimi flagami, niektóre miały już powycinane sowieckie emblematy.

Dzitko był w grupie, która szła od politechniki: - Nieśliśmy polską flagę. Kiedy szliśmy ulicami, chyba we wszystkich oknach były flagi węgierskie, ludzie byli pełni entuzjazmu.

- To było wspaniałe, że mogliśmy tam być - mówi Barbara, wtedy Ładyńska, teraz Liszewska, bo właśnie wówczas pod pomnikiem Bema poznała przyszłego męża.

Wieczorem razem z manifestacją Polacy ruszyli pod parlament, na plac Kossutha. W pewnej chwili wyłączono prąd, zgasły latarnie i plac pogrążył się w ciemności. - Myślę, że w ten sposób chcieli skłonić ludzi do rozejścia się. Ale Węgrzy natychmiast zaczęli zapalać gazety, robić z nich pochodnie, skądś wytoczono całe bele papieru - mówi Liszewski. - Zaczęliśmy śpiewać polski hymn. Była nas mała grupka, ale chcieliśmy pokazać naszą solidarność z Węgrami. Potem Węgrzy ściskali nam dłonie, poklepywali. Nigdy nie czułem się bliżej Węgrów niż w tym momencie.

***

Hanna Kwaśniewska (wtedy nosząca panieńskie nazwisko Linsenman) przyjechała do Budapesztu na stypendium (na Uniwersytecie Warszawskim studiowała hungarystykę). 22 października węgierscy koledzy-studenci powiedzieli jej, że następnego dnia jest manifestacja pod hasłem solidarności z Polską. - To poszłyśmy. Ja i Lidka Widajewicz - mówi.

I ona zapamiętała węgierskie flagi z dziurą w miejscu zsowietyzowanego państwowego godła: - Takie flagi wisiały nawet na murach koszar wojskowych, które były na tyłach pomnika Bema. Żołnierze stali w oknach, szaleli, machali tymi flagami.

Pamięta wystąpienie sekretarza partii Ernő Gerő, który został wygwizdany. I potem Imre Nagya, którego domagał się tłum. Nagy, jeszcze powściągliwy, apelujący o spokój. - Cieszyłam się, że coś się dzieje, miałam dość tego trzymania nas za twarz przez komunistów - mówi.

***

Liszewski zapewni tej nocy swoim podopiecznym jeszcze jedną atrakcję: będą patrzeć, jak obalany jest pomnik Stalina: - Z całego monumentu zostały tylko buty. Ludzie śmiali się, że buty zostały, bo są węgierskie. Z reszty pomnika zrobiono barykadę, ale marna to była barykada, bo każdy chciał mieć pamiątkę i odłupywał sobie kawałek. W końcu niewiele z niej zostało.

Zrobiło się późno. Liszewski postanowił, że koleżanki turystki należy odstawić do hotelu pod Budapesztem, w którym mieszkała wycieczka.

***

Mieczysław Ostoja-Mitkiewicz także był studentem hungarystyki i również on pojechał na stypendium do Budapesztu. Nie mieszkał jednak w akademiku jak inni. Z Węgrami był związany od dawna: po raz pierwszy trafił tam w 1939 r., razem ze stu tysiącami innych uciekinierów z Polski, gdy jako nastoletni chłopak próbował przedrzeć się do polskiego wojska we Francji.

Uciekał z kolejnych ośrodków dla uchodźców na Węgrzech, ale w końcu osiadł i zaczął się uczyć w Balatonboglar. Tam poznał przyjaciół, którzy stworzyli mu - jak mówi - "węgierską rodzinę". Właśnie u rodziny Matyassych zatrzymał się w Budapeszcie; zaoferowali mu swoje mieszkanie niedaleko zaułku Corvina. Tu właśnie toczyć się będą jedne z najcięższych powstańczych walk.

Ale na razie jest 23 października i Mieczysław idzie pod pomnik Bema. Potem chce wrócić do domu. Kiedy tam dociera, płoną już samochody, a po ulicach jeżdżą czołgi. Przed budynkiem pobliskiego radia właśnie padają pierwsi zabici: ogień do bezbronnego (jeszcze) tłumu otwierają tzw. awosze, członkowie znienawidzonej na Węgrzech komunistycznej służby bezpieczeństwa.

O ofiarach Mitkiewicz jeszcze nie wiedział. Trupy na ulicach miał zobaczyć dopiero następnego dnia.

***

O masakrze przed budynkiem radia nie wiedziały też Hanna i Lidka. Po manifestacji poszły piechotą do akademika, na drugą stronę Dunaju. Położyły się spać.

Obudził je kolega student z wiadomością, że coś się w mieście dzieje, że słychać strzały.

Z akademika wyszły dopiero trzeciego dnia. Profesor opiekujący się grupą polskich stypendystów nie chciał puścić dwóch dziewczyn tam, gdzie lała się już krew. Tym bardziej że między sobą mówiły po polsku, a to dla węgierskiego ucha zbyt przypomina rosyjski.

Polskie echa

W tamtych dniach wiele dzieje się także w Polsce. Ale 24 października, dzień po manifestacji w Budapeszcie, wielu Polaków nie odchodzi od odbiorników radiowych: Polska, choć rozemocjonowana zmianami na szczytach władzy PRL, słucha, co się dzieje na Węgrzech. Wtedy jeszcze i ludzie, i władza w Polsce patrzyli na węgierski zryw z sympatią. Z czasem miała zostać jedynie solidarność ludzi.

Barbara Czerwińska pracowała w węgierskiej ambasadzie, miała licznych przyjaciół Węgrów. - Słuchaliśmy Wolnej Europy i uważaliśmy, że trzeba coś zrobić, zorganizować jakąś pomoc - mówi dziś.

Podobnie jak Mitkiewicz, Czerwińska wojnę spędziła na Węgrzech. Pracowała w węgierskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, w biurze ds. uchodźców. Polscy uchodźcy otrzymywali wtedy od Węgrów wszelką możliwą pomoc: mieszkanie, pieniądze, wyżywienie, dostęp do szkół. Nieoficjalnie pomagano im, szczególnie internowanym żołnierzom, przedostać się na Zachód. Kiedy w marcu 1944 r. Niemcy zajęli Węgry, działalność ta została przerwana, a wielu Polaków aresztowało gestapo. Była wśród nich także Czerwińska. Niemcy chcieli wyciągnąć z niej informacje na temat uchodźców, szczególnie tych zaangażowanych w ruch oporu.

Barbara, sama działająca w AK, wiedziała, że może być aresztowana. - Ale nie przyszło mi do głowy, żeby się ukryć. Nie mogłam nie przyjść do pracy, zostawić spraw uchodźców - tłumaczy. Na przesłuchaniach prowadzonych przez gestapo nic nie powiedziała. Trafiła do obozu w Austrii. Przeżyła, wróciła do Polski.

Kiedy nadszedł październik, a potem listopad 1956 r., nie mogła tylko słuchać radia. Na Uniwersytecie Warszawskim zbierali się ludzie, którzy chcieli "coś" zrobić. Ruszała akcja pomocy narodowi węgierskiemu.

- Mieliśmy dyżury, zrobiliśmy ogłoszenia o zbiórce darów dla dzieci węgierskich" - mówi Barbara. - To były wzruszające chwile, gdy przychodziła emerytka i mówiła: "Czekałam na emeryturę, żeby móc coś dać".

Zbierali rzeczy: bieliznę, ubrania, obuwie, żywność. Potem przekazywali PCK, który organizował transporty na Węgry.

***

Wśród tych wolontariuszy na Uniwersytecie Warszawskim był też Mitkiewicz, który do Warszawy wrócił z Budapesztu w ostatnich dniach października razem z pierwszą grupą ewakuowanych Polaków.

- To wszystko było spontaniczne. Pamiętam, jak byłem w tych dniach w Instytucie Węgierskim i przyszło dwóch mężczyzn, którzy bez słowa położyli na biurku przed sekretarką bukiet kwiatów. Takie gesty były ważne - opowiada.

***

Poczucie solidarności z Węgrami ogarnęło nie tylko Warszawę. Akcję pomocy prowadzono w wielu miastach.

Oddawano też krew. Apel w tej sprawie opublikował m.in. "Głos Pracy". Na zamieszczonej w gazecie fotografii widać, jak krew oddaje Leszek Fabrycki. - To przecież jasne, że chciałem coś zrobić. Żałowałem, że mogę tylko tyle - mówi. - W Polsce był wtedy wielki entuzjazm. Wierzyliśmy, że w razie czego Węgrom pomoże Zachód.

***

Zygmunt Rzeżuchowski był dziennikarzem współpracującym z API, Agencją Publicystyczno-Informacyjną. - Atmosfera w Warszawie była szalenie Węgrom przyjazna, przed Uniwersytetem i Instytutem Węgierskim ustawiano świeczki. Były skrzynki z datkami na pomoc dla Węgrów - wspomina. - Na Chocimskiej oddawało się krew. Pamiętam, jak przyszedł tam wojskowy, oficer z dwójką swoich dzieci w wieku 15 i 17 lat. Lekarze nie chcieli od nich pobrać krwi, bo wolno pobierać tylko od osób pełnoletnich. Rodzina była jednak tak uparta, że w końcu musieli się zgodzić.

***

Największa demonstracja poparcia dla Węgrów odbyła się w Olsztynie 30 października. Zebrało się 10 tys. osób. Spontanicznie zmieniono nazwę: z placu Armii Czerwonej na plac Powstańców Węgierskich.

Entuzjazm wzbudzał zwłaszcza plakat, na którym nad mapą Węgier widać dwie dłonie z czerwonymi gwiazdami na mankietach, a z palców spływa krew.

Janusz Kowalski, autor plakatu, uczył się wtedy w Studium Nauczycielskim. - Kiedy ktoś mi powiedział, że będzie manifestacja, od razu zabrałem się za malowanie - wspomina. - Dyktę dostałem od dyrekcji studium. Potem plakat stanął na podium, z którego przemawiano na wiecu. Ludzie krzyczeli: "Plakat w górę, plakat w górę!". Byłem bardzo szczęśliwy.

Tłumaczy: - Bo ja jestem synem akowca, który przeżył obóz w Stuthoff i został zamordowany przez władze komunistyczne już po wojnie. Mój Boże, nawet się nie zastanawiałem, czy Węgrom się uda. Musiałem coś zrobić!

Udało się olsztynianiom: plac nie wrócił do nazwy Armii Czerwonej. Władze poszły na kompromis i ustalono nazwę: plac Bema.

Tak się nazywa do dziś.

***

Podczas zebrania pracowników Muzeum Miasta Wrocławia nie było już takiej wiary i radości. Było to już po drugiej - decydującej - interwencji sowieckiej, która zaczęła się 4 listopada. Powstanie węgierskie upadało.

- Byliśmy tak wstrząśnięci inwazją, że już nawet nie pamiętam, co myśleliśmy i mówiliśmy. Postanowiliśmy wywiesić na wieży ratusza dwie flagi: polską i węgierską. Węgierską z kirem na znak żałoby - opowiada dr Janusz Kramarek.

Panie z biblioteki uszyły bardzo długie flagi błyskawicznie, a Kramarek wraz z palaczem Stanisławem Mądrym je wywiesili. - Taka była cała moja niewielka rola - mówi dziś. - Tyle że był to sygnał dla miasta. Bo potem zarówno w oknach mieszkań, jak i różnych instytucji także pojawiły się żałobne flagi węgierskie.

Rewolucja

- 24, może 25 października poszedłem do redakcji i dowiedziałem się, że jest możliwość, żeby pojechać do Budapesztu. Latały samoloty z krwią z Polski - opowiada Zygmunt Rzeżuchowski. - Paszporty załatwili nam w ciągu jednego dnia i poleciałem 27 października razem z transportem leków. W samolocie było mało miejsca, piloci pozwolili usiąść mi razem z nimi. Kiedy kołowaliśmy nad lotniskiem w Budapeszcie, odezwała się wieża kontrolna: "Niech żyje Polska, niech żyje Warszawa!".

Rzeżuchowski dołączył do innych polskich dziennikarzy ulokowanych w hotelu partyjnym obok ambasady, m.in. Wiktora Woroszylskiego, Stanisława Gąbińskiego, Leszka Kołodziejczyka, Hanny Adamieckiej.

Podczas przejazdu z lotniska do ambasady widział stojące przy drodze sowieckie czołgi, a potem stos dzieł Lenina, Marksa i Stalina palonych przez Węgrów przed księgarnią sowiecką.

Wydawało się jednak, że sytuacja się stabilizuje. Moskwa zgodziła się wycofać wojska, trwały negocjacje.

Na ulicach dochodziło jednak sporadycznie do walk z awoszami.

Również - do samosądów na złapanych ubekach.

***

Edward Liszewski, wtedy już członek powstańczej Gwardii Narodowej i nadal pełen entuzjazmu, wciąż zajmował się polską wycieczką (i przyszłą żoną Barbarą).

Widzieli zabitych, słyszeli strzały. Basia zaczęła się bać. - Myślałam sobie, że jak ginąć, to chociaż we własnym kraju - wyznaje. - Myślałam też o mamie, która na pewno się martwiła. Kontaktu z Warszawą nie było.

Jak się potem okazało, mama rzeczywiście się martwiła, dała na Mszę za powrót córki. Dla pewności zapytała też o zdanie wróżkę i ta wywróżyła nie tylko, że córka wróci, ale że przywiezie ze sobą męża. Tak to przynajmniej przetrwało w przekazie rodzinnym.

Ale wtedy Edward i Barbara wcale o tym - jeszcze - nie myśleli. Za dużo działo się wokół nich. Za dużo ludzi ginęło.

- 25 października podczas manifestacji przed budynkiem Ministerstwa Rolnictwa awosze otworzyli ogień do 100 tys. zebranych ludzi. Zginął mój kolega János Rossler. Dostał trzy kule, umarł w szpitalu - Liszewski pokazuje fotografię tablicy pamiątkowej z budapesztańskiej politechniki, na której uwieczniono nazwiska poległych studentów.

On sam jeszcze nie nosił broni.

***

Zdzisław Dzitko swoją pierwszą broń dostał po prostu na posterunku milicji: kiedy na ulicach zaczęły się walki i samosądy, poszedł tam z dwoma kolegami, Tadeuszem Jasińskim i Jerzym Kampą, i po prostu poprosił o broń. - Powiedzieliśmy, że chcemy zorganizować patrole wokół akademika. Dostaliśmy karabiny - mówi.

Dodaje: - Tam się działy straszne rzeczy. Pani wie, co ludzie potrafią zrobić w tłumie? Jak ktoś na ulicy wskazał kogoś palcem i powiedział, że to człowiek z bezpieki, to on nie miał żadnych szans.

Potem, już jako członek Gwardii Narodowej (dostał jedną z pierwszych legitymacji Gwardii), Dzitko dostał lepszą broń od robotników z Csepla.

Z tego czasu Dzitko nie pamięta szczegółów, dni płynęły zbyt szybko: - Nawet nie pamiętam, jak spaliśmy ani co jedliśmy. Zapamiętałem tylko bloki czekolady i słoninę. To było - opowiada.

***

Kiedy Hanna i Lidka mogły już wyjść z akademika, poszły do szpitala oddać krew.

- W Polsce się specjalnie nie przyjaźniłyśmy, ale tam, w Budapeszcie, okazało się, że mamy takie same poglądy - mówi Hanna Kwaśniewska. - O apelu o oddawanie krwi dowiedziałyśmy się z ulotek, które leżały na ulicach.

W szpitalu było wielu chętnych. W kolejce zostały rozpoznane przez młodych Węgrów, którzy zapamiętali je z manifestacji pod pomnikiem Bema.

Hanna: - Zaproponowali, że nas odprowadzą. Po drodze opowiadali, że na uniwersytecie powstał Komitet Rewolucyjny Młodzieży Węgierskiej, i że mogą nas zarekomendować dowódcy budynku.

Lidka - drobna, szczupła, delikatna - po oddaniu krwi zaczęła mdleć. Mimo to następnego dnia znów stanęła w szpitalu w kolejce z Hanką.

- To już była wojna - opowiada Hanna. - Sanitariuszki znosiły rannych, nie tylko powstańców, ale też żołnierzy rosyjskich.

Zgłosiły się do Jozsefa Tittmana, porucznika floty dunajskiej, który dowodził obroną uniwersytetu. Dostały broń: pepesze z magazynu wojskowego w podziemiach uniwersytetu.

- To była moja walka z komunizmem, z władzą, z reżimem, z ustrojem - tłumaczy z pasją Kwaśniewska. - To był mój odwet za Powstanie Warszawskie. Moja walka.

30 października z ambasady polskiej ewakuowano pierwszą grupę Polaków.

- Przyszli po nas na uniwersytet, ale my się schowałyśmy. Potem jednak poszłyśmy do ambasadora i przyznałyśmy się, że chcemy zostać, żeby walczyć - mówi Hanna. - Powiedział, żebyśmy pamiętały, że w razie czego mamy natychmiast przyjść do ambasady.

Dziewczyny zostały na uniwersytecie. Miały nocne dyżury w centralce telefonicznej. Radziły już sobie językowo. Chodziły też na patrole.

- Nocami pisałam długi list do rodziców. Ale go nie wysłałam, w końcu sama go im przywiozłam - mówi Kwaśniewska.

***

Edward Liszewski "pozbył" się swojej wycieczki 3 listopada.

Wrócił do akademika na Górze Zamkowej. Było pustawo, z Polaków został tylko Zdzisław Dzitko.

Poszli spać.

4 listopada

Wczesnym rankiem 4 listopada wojska sowieckie uderzyły ponownie.

Powstanie zostało skazane.

Liszewskiego obudziły strzały. Pobiegł na portiernię, gdzie zgromadzili się pozostali studenci, formując mały oddział. Pomaszerowali na Janos Hegy, gdzie znajdowała się radiostacja.

Edward dostał rozkaz chronienia wąskiego przesmyku prowadzącego koło ruin klasztoru dominikanów w dół, w stronę mostu Małgorzaty.

- Stanąłem z pepeszą. Po chwili dołączył do mnie taki urwis 13-, może 14-letni z karabinem wielkim jak on sam. Było mi z nim raźniej, wydawało mi się, że jestem bardziej zdenerwowany niż on - mówi.

Potem odwołano go do akademika. 14-latek został.

- Dopiero w akademiku dowiedziałem się o inwazji. Nasz dowódca nie widział już sensu walki, powiedział, że to byłby tylko przelew krwi. Oddałem pepeszę - mówi Edward.

Studenci zostali w akademiku.

***

- Myśleliśmy, żeby zorganizować obronę przy Bramie Wiedeńskiej na Górze Zamkowej - mówi Dzitko. - Ale niewielu nas wtedy było w akademiku. Większość Węgrów, przekonana że sytuacja się uspokoiła, po prostu pojechała do domu. Broni też nie mieliśmy wiele: w sumie dwa karabiny maszynowe i kilka pistoletów. Jak długo można by z tym wytrwać przeciw czołgom?

Pamięta jednak, że dochodziły ich słuchy, iż robotnicy na Cseplu jeszcze się bronią.

***

Nocą z 3 na 4 listopada telefon w centralce Hanny i Lidki zaczął dzwonić jak oszalały.

- Wszystkich łączymy z dowódcą. Dzwoniła Akademia Wojskowa z placu Kossutha. Powiedzieli, że Rosjanie zaatakowali - wspomina. - To było straszne. Zwiastun bezsilności. Sowieci byli silniejsi, wszystko przepadło.

Rano dowódca zebrał wszystkich na zbiórce. Część studentów zatrzymał jako ochronę budynku, resztę posłał do domu. Hankę i Lidkę - do ambasady.

- Wręcz nam to rozkazał. Czuł się za nas odpowiedzialny i nie chciał, żeby coś się nam stało - mówi Hanna.

Nie chciały się rozstawać z węgierskimi kolegami, z którymi przegadały tyle nocy, z którymi dzieliły się skąpymi porcjami jedzenia. W końcu posłuchały, poszły do ambasady.

***

5 listopada do ambasady przewieziono też wycieczkę, w której była Barbara Ładyńska.

Jechali dwoma wołgami oflagowanymi jako samochody ambasady. Po drodze zatrzymały ich czołgi. - Widzieliśmy, jak kierują na nas lufy. Żegnaliśmy się z życiem. Skończyło się na rewizji - mówi.

Ale także w ambasadzie nie byli bezpieczni. Budynek ostrzelano z karabinów maszynowych. Basia schowała się za kasą pancerną. Pamięta, że kasa miała zielony kolor.

Najgorsze dla niej były krążące nisko samoloty: Sowieci szturmowali pozycje powstańcze przy użyciu nie tylko czołgów i artylerii, ale także odrzutowców typu Mig.

Barbara: - Dobrze pamiętałam okupację, po wojnie został mi straszny lęk przed nalotami. Nie mogłam wytrzymać tego napięcia i przelatujących samolotów.

Wycieczka została zakwaterowana w tym samym hotelu co dziennikarze.

Były tam też już Hanka i Lidka.

***

3 listopada Zygmunt Rzeżuchowski pojechał na granicę austriacką. - W stolicy było spokojnie, wydawało się, że wszystko się stabilizuje - wspomina.

Samochód dziennikarze dostali od majora Dudasa dowodzącego budynkiem mieszczącym dziennik "Nepszabadsag" (stamtąd nadawali relacje do Polski).

- Pojechaliśmy - mówi Rzeżuchowski - ale granice były już obsadzone przez wojska sowieckie. Wracaliśmy nocą. Widzieliśmy ciężarówki wiozące ze wsi żywność dla stolicy, wielki wyraz solidarności chłopów, ale też czołgi sowieckie.

Do hotelu dotarli około 1-2 w nocy. Poszli spać. Rzeżuchowskiego obudził kolega: "Zygmunt, wojna!".

- W pierwszej chwili myślałem, że to strzelają na wiwat, ale nie, zaczęła się agresja sowiecka - mówi. - To był typowy terrorystyczny najazd. Czołgi strzelały do wszystkich i wszystkiego. Widziałem, jak czołgiści zastrzelili człowieka jadącego spokojnie na rowerze!

Wspomina, jak rozmawiał z sowieckim komendantem: - Zapytał mnie, czy oni, czyli Rosjanie ostrzelali może polską ambasadę. Odpowiedziałem, że tak. A on na to wesoło: naszą własną komendę też ostrzelali. To duraki!

***

7 listopada Edward Liszewski usłyszał głos wzywający pomocy. Pobiegł. W płomieniach stało pobliskie Państwowe Archiwum Akt Dawnych. - Wybiegliśmy przed akademik, żeby gasić. I wpadliśmy prosto na czołg i sowieckich żołnierzy mierzących do nas - wspomina. - Udało się ich jednak przekonać, że biegniemy do pożaru i nas puścili. Wynosiliśmy starodruki i dokumenty z wyższych pięter, które zajął już ogień. Nie było chwili do stracenia, po prostu zrzucaliśmy je po schodach.

Wiedzieli już, że to koniec marzeń.

Dwa dni później Edward spróbował przedrzeć się do polskiej ambasady. Tam spotkał wycieczkę, którą wcześniej się opiekował. Po raz ostatni poszli do miasta. I Basia, i Edward zapamiętali spalony wóz opancerzony z zwęglonymi zwłokami Rosjan. Ich kolega Stefan Kowalski zapamiętale robił zdjęcia. Jedną rolkę udało mu się przywieźć do Polski.

***

Dzitko dwukrotnie próbował rozmawiać z Rosjanami. Chciał im wytłumaczyć, że to żadna kontrrewolucja, że to nie jest przeciw socjalizmowi. Raz skończyło się to rewizją, drugi raz dowódca czołgistów dał się wciągnąć w rozmowę, do której dołączyli mieszkańcy okolicznych domów. - Powiedział nam, że wysłano ich do walki z puczem faszystowskim i myśleli, że jadą do Niemiec - opowiada Dzitko. - Rozmawialiśmy jak ludzie z ludźmi. Starsze panie zaczęły tych czołgistów częstować winogronami, oni zrewanżowali się rumem.

***

12 listopada rozpoczęła się ewakuacja Polaków zebranych przez ambasadę. Ciężarówkami PCK i pożyczonymi samochodami pojechali w dwóch grupach. Pierwsza przez Czechosłowację. Druga przez Jugosławię.

Lidka została w Budapeszcie u węgierskich przyjaciół. Do Polski wróciła w grudniu.

Obrazy wojny

We wszystkich relacjach powtarza się zdanie o porządku panującym w Budapeszcie. O tym, że nie było rabunków. Że była to "czysta rewolucja". Wiadomo jednak, że były też samosądy na awoszach. Polacy je widzieli; zdjęcia powieszonych z tabliczkami na szyi "To spotka każdego zdrajcę" zachowały się na zdjęciach Stefana Kowalskiego.

- To był najbardziej wstrząsający moment - mówi Hanna Kwaśniewska. - Widziałyśmy, jak tłum szturmował dzielnicowy komitet partii na placu Republiki. Był obsadzony przez awoszy, strzelali do ludzi. Ale oni w końcu wdarli się do środka i zaczęli wyciągać tych ubeków pokrwawionych, poszarpanych. Wieszali ich za nogi, na drucie. Odeszłam.

Podobną scenę (a może tę samą?) widział Zygmunt Rzeżuchowski, choć z inną pointą: też widział szturm i potem awoszy rozdzieranych na strzępy. Ale wtedy przyjechały na sygnale karetki pogotowia, awoszy zabrano z rąk tłumu i zawieziono do aresztu.

Żeby zrozumieć taką wściekłość ludzi, trzeba by zapewne żyć w takim terrorze jak oni: ocenia się, że w latach 1945-56 komunistycznym represjom było poddanych 20 proc. Węgrów.

***

Są i inne obrazy. Hanna Kwaśniewska z trudem kryje wzruszenie, gdy opowiada o koledze z powstańczej placówki: - Przychodził nocami porozmawiać. Strasznie był jakiś taki biedny, chudy, blady, wynędzniały. Przedstawił się jako Jozsef Pek. "Pek" to po węgiersku piekarz i myślałam, że jest piekarzem. Myśmy strasznie marzły, bo nie miałyśmy ciepłych ubrań. A on przyniósł mi szalik. Ciemnoszary, z frędzelkami, taki jakby filcowy, bardzo ciepły. Jak mi się ten szalik przydał!

Tajemnica bladości i wychudzenia Jozsefa wyjaśniła się kilka lat temu, gdy napisał do Hanny - z Wielkiej Brytanii. Okazało się, że był jednym z tych, których powstańcy uwolnili z więzienia. Czekał w nim od kilku lat na wykonanie wyroku śmierci, na którą skazali go komuniści. Po rewolucji 1956 r. znowu został aresztowany i znowu skazany na śmierć. Ułaskawiony wyjechał za granicę - jak tysiące innych.

***

Zygmunt Rzeżuchowski znalazł się w szpitalu, gdzie lekarze podawali rannym krew z Polski. Wszyscy wkoło dziękowali polskim dziennikarzom.

Pamięta chłopca, któremu wybuch urwał nogi: - Dałem mu dwie tabliczki czekolady. To wszystko, co mogłem zrobić.

Dziennikarzom udało się za to ocalić cywilów z płonącego hotelu Imperial: - Ktoś zadzwonił do ambasady polskiej, że hotel płonie, a w podziemiach są rodziny z dziećmi. Pojechaliśmy tam we trzech mercedesem ambasadora, z biało-czerwoną flagą - opowiada. - Ale zatrzymały nas czołgi.

Polacy nie poddawali się i zażądali od sowieckiego komendanta, żeby czołgi konwojowały ich do Imperialu, tłumacząc, że jadą na pomoc obywatelom socjalistycznej Polski. Rosjanin się zgodził. Z płonących piwnic wyciągnęli dziewięcioro dorosłych i dwójkę dzieci: Bułgarów, Czechów, Słowaków.

***

- Trudno powiedzieć i trudno zrozumieć, dlaczego właśnie to pozostało mi w pamięci - wzdycha Dzitko. I opowiada, jak w Święto Zmarłych szedł z Pesztu do Budy na Górę Zamkową. Wybierał spokojniejsze, boczne uliczki. Było ciemno i cicho. W oknach było ciemno. I nagle na jednej z ulic zobaczył setki świec stojących w oknach i wzdłuż chodników. Zapalono je za poległych.

Potem

Powstanie upadło. Nastał czas ciemny, złamanego narodu, zniszczonych marzeń. - Smuty - jak mówi Barbara Czerwińska.

Ale nie skończyła się pomoc z Polski. Zbliżała się zima, potrzebna była odzież i na Uniwersytecie Warszawskim kontynuowano akcję pomocy. Ludzie przynosili nie tylko rzeczy i pieniądze. - Od może 150 osób przyszły propozycje adopcji dzieci węgierskich - opowiada Mieczysław Ostoja-Mitkiewicz. - W 1957 r. postanowiliśmy zorganizować obóz dla dzieci z Budapesztu.

Na dwa miesiące kilkadziesiąt dzieci przyjechało do Wilgi pod Warszawą. Opiekowała się nimi Barbara Czerwińska. - Myślę, że to było im potrzebne - mówi. - To były często dzieci po poważnych przejściach, np. jeden chłopiec został ranny w obie nogi. Dopiero po pewnym czasie otwierały się, zaczynały o tym opowiadać.

***

Leszek Fabrycki, którego zdjęcie przy oddawaniu krwi znalazło się w "Głosie Pracy", w grudniu 1956 r. został powołany do wojska. Dopiero w 1958 r. mógł pojechać z żoną na Węgry, którym wtedy tak chciał pomóc. - Złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Bema. Patrzyliśmy na smutny, rozbity Budapeszt - wspominają. - I tylko wszędzie były gwiazdy, setki czerwonych gwiazd.

Próbowali z Węgrami rozmawiać - po niemiecku. Mówienie po rosyjsku nie było dobrym pomysłem.

***

Edwardowi Liszewskiemu pozwolono wrócić na budapeszteńską politechnikę i dokończyć pracę dyplomową. W styczniu 1957 r. wszedł do swego pokoju w akademiku na Górze Zamkowej, założył starą marynarkę. Gdy włożył rękę do kieszeni, okazało się, że wciąż ma w niej naboje do pepeszy. - Gorąco mi się zrobiło. Gdyby to znaleźli, trafiłbym pewnie do więzienia - mówi. - Wyszedłem z akademika, poszedłem zarośniętą przez krzaki ścieżką i tam naboje wyrzuciłem.

W Budapeszcie mieszkał do lipca. Pamięta zakaz zgromadzeń: nie wolno było iść razem więcej niż trzem osobom. - No to jak wychodziliśmy z uczelni całą grupą, to musieliśmy się dzielić na takie trójki - opisuje. - Wszędzie były wojskowe posterunki. Węgrzy byli przybici, starali się nie wychodzić z domów.

Po powrocie do Polski, już z dyplomem w kieszeni, Edward Liszewski ożenił się z rewolucyjną turystką Basią Ładyńską. Na Węgry nie pozwalano mu jednak jeździć przez następnych kilka lat. Nie przerwało to przyjaźni z węgierskimi kolegami: one trwają do dziś.

***

Zdzisław Dzitko skończył studia w Polsce. Dalej "rozrabiał", jak to sam określa: brał udział w akcjach organizowanych przez tygodnik "Po prostu" (zlikwidowany przez władze w 1957 r.), na Politechnice Gdańskiej próbował założyć Studencką Gwardię Narodową. Nie zmienił lewicowych przekonań. Przeciwnie: wciąż wierzy, że idee socjalizmu były dobre, a błąd tkwił w ludziach.

Władze PRL traktowały go podejrzliwie: o jego zaangażowaniu na Węgrzech wiedziano choćby z węgierskiej prasy, która napisała o spotkaniu studentów z robotnikami na Cseplu. Na Węgry Dzitko mógł wrócić dopiero w latach 80.

***

Mieczysław Ostoja-Mitkiewicz ciągle spłaca swój dług wdzięczności za pomoc, jaką Węgrzy okazali jemu i innym polskim uchodźcom w czasie II wojny. Dzięki jego staraniom kilka warszawskich ulic nosi nazwę węgierskich bohaterów, np. Jozsefa Antalla, który za pomoc udzieloną Polakom był torturowany przez gestapo.

***

Zygmuntowi Rzeżuchowskiemu po powrocie do Warszawy nie pozwolono pisać zbyt wiele o tym, co widział w Budapeszcie. Dla władz PRL rewolucja zamieniła się już w "chuligańskie rozróby". Ale ludzie, Polacy, myśleli tak jak wcześniej: Rzeżuchowski doświadczał tego podczas licznych spotkań, które miał na uniwersytecie czy w zakładach pracy.

- Ludzie chcieli usłyszeć prawdę o Węgrzech - mówi.

- A co to znaczyło dla mnie? - powtarza pytanie. - Dla mnie to, co przeżyłem w Budapeszcie, to była piękna rzecz. Szczęśliwe chwile wolności.

***

Hanna Kwaśniewska pracowała razem z Barbarą Czerwińską na obozie dla węgierskich dzieci w Wildze. Za przynależność do Gwardii Narodowej nie spotkały jej represje. Przypuszcza, że to dzięki ambasadorowi Adamowi Willmanowi, który nie zawiadomił MSZ o tym, co powiedziały mu dwie studentki w październikowy wieczór 1956 r.

Do Budapesztu pojechała znowu we wrześniu 1957 r. Szukała znajomych.

Wcześniej, bo w lecie 1957 r., na Węgry pojechała Lidka. Jako tłumaczka towarzyszyła ekipie Ligi Obrony Kraju jadącej na zawody. Podczas treningu postrzeliła się z karabinu w serce. Jej przyjaciele do dziś się zastanawiają, czy to był wypadek, samobójstwo czy też może ktoś jej "pomógł" umrzeć. Wiadomo, że na strzelnicy nie było lekarza, a karetka pogotowia jechała długo, Lidka się wykrwawiła.

Już wcześniej prosiła, żeby "w razie czego" pochowano ją w Budapeszcie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach dokumentalnych (np. „Zdobyć miasto” o Powstaniu Warszawskim). Autorka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2006

Artykuł pochodzi z dodatku „Historia w Tygodniku (44/2006)