Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zakręcony

Zakręcony

05.01.2015
Czyta się kilka minut
Był przekonany, że film powstanie tylko wtedy, gdy reżyser zakocha się w scenariuszu. On swoje scenariusze naprawdę kochał.
Krzysztof Krauze na planie filmu „Plac Zbawiciela”, Warszawa, sierpień 2005 r. Fot. Robert Jaworski / FORUM
K

Krzysztof Krauze – prosił, by mówić do niego Krzysiek – zajrzał do redakcji „Życia Warszawy” po moim reportażu o kulisach śmierci Staszka Pyjasa. Nie czytał tekstu, zaledwie omówienie w „Gazecie Wyborczej”. Poruszył go wątek pobicia opozycjonisty przez krakowskiego boksera, wynajętego przez Służbę Bezpieczeństwa. „Amerykański film” – zaznaczył. Pomyślałem: kolejny filmowiec zbudował wizję filmu na strzępkach historii, bez jej zgłębiania.
Kilka lat później, przeglądając gazety, zauważyłem notatkę o dwóch biznesmenach, którzy zabili gangstera. Porachunki półświatka. Pomyślałem: „Niewarte zachodu”.
Do redakcji znów wpadł Krzysiek i rzucił mi na biurko ten sam wycinek o biznesmenach i gangsterze. „Mamy film” – powiedział. Napisał stroniczkę tekstu pt. „Dług”. Poszliśmy do Julka Machulskiego, szefa studia filmowego Zebra. Pochylił się nad kartką papieru i powiedział: „Do kasy”. Oznaczało to umowę na scenariusz. Poczułem się jak w Hollywood.
To Krzysiek miał nosa do tematów filmowych. Poza tym był przekonany, że film powstanie tylko wtedy, gdy reżyser zakocha się w scenariuszu. On swoje scenariusze naprawdę kochał.
Wcześniej chyba przez rok spotykaliśmy się prawie codziennie w kawiarniach na Mokotowie i na Rozdrożu. Opowiadaliśmy sobie różne zdarzenia, wspominałem reportaże, powikłane losy, historie. Krzysiek łowił… Niekiedy podrywał się, stawał nad kawiarnianym stolikiem i z błyskiem w oczach mówił: „Cięcie!”. Wyróżnione przez niego historie zapisywałem w komputerze (mam ich kilkanaście). Następnego dnia kładłem na kawiarnianym stoliku streszczenie historii uznanej przez Krzyśka za genialną. On jej już nie chciał. Temat nie istniał. Obiegł pół Warszawy, skonsultował, ktoś mu doradził…
W warszawskiej Promenadzie niczym galernicy szlifowaliśmy kolejną wersję „Długu”. Dosiadł się do nas Andrzej Mleczko. Krzysiu radośnie opowiadał, nad czym pracujemy. Rysownik słuchał jego opowieści beznamiętnie, głęboko ziewnął.
Nie byłem zachwycony tym, że o wszystkim opowiada na prawo i lewo. Budzi to zawiść, a reakcje zniechęcają, do tego kumple z branży mogą „podłożyć świnię” (sam co do tego nie miał złudzeń). Miał jednak potrzebę konfrontacji projektów, a także akceptacji w środowisku, które – co tu ukrywać – nie uznawało go na razie za reżysera najwyższych lotów.
Wiedziałem, że facet coś chce, zamierza ze mnie wydobyć historię, którą w jego mniemaniu miałem w sobie, a która stanie się kanwą filmu, wspaniałego, dowodu w branży na to, że trzyma karty, jest na wierzchu. Ja zaś widziałem trud, daremny, bo we mnie nie było opowieści na miarę jego oczekiwań i ambicji. Koledzy w redakcji pytali: „Dlaczego on cię tak męczy?”.
Co mnie przy nim trzymało, mimo wszystko? Wysłuchiwał mnie człowiek ogarnięty pasją, wariat na punkcie filmu, który musi zrobić. Czułem, że w trakcie codziennej wiwisekcji, prześwietlania w pionie i poziomie każdej historii, budził w sobie smak filmowej opowieści, ten niedościgniony odcień uwiedzenia, który później wbija widza w fotel, tej subtelnej rozmowy, która się odbywa między filmowcem a widzem za pośrednictwem ekranu. On rósł przez swoją nieodpartą wolę nakręcenia czegoś wyjątkowego. Miał to tuż, za zakrętem. Wyjrzał i odnalazł „Dług”.
Nie byłem dla niego łatwym współpracownikiem. Gdy siedliśmy do pisania scenariusza „Gier ulicznych”, Krzysiu (przygotowany do pracy jak mało kto) wyciągnął skoroszyt wynotowanych prób dialogowych, które wyłowił, oglądając różne filmy, na czele ze zwrotem: „Jestem pod wrażeniem”. Włosy mi się zjeżyły. Na moją naiwną uwagę, że nasi bohaterowie mówią swoim językiem, odpowiedział, że przecież wszyscy sięgają po gotowce. Nawet Mistrz, gdy ktoś mówi, że coś jest zapożyczeniem z innego filmu, a on bezwolnie po to sięgnął, odpowiada: to znaczy, iż jest dobre. Byliśmy w zwarciu. Ale prace się posuwały. W Canal+, gdzie producent złożył scenariusz „Długu” w nadziei na dofinansowanie, na przywitanie usłyszeliśmy od specjalisty od scenariuszy, że jeszcze nigdy nie słyszał w polskim filmie takich dialogów.
Zaczęliśmy od dokumentu o śmierci Stanisława Pyjasa, ale Krzyś nie miał zapału do rozmowy z ludźmi bezpieki, mówił, że denerwuje ich i samego siebie. Po filmach o Pyjasie i innych dokumentach napisaliśmy wspólnie scenariusz filmu fabularnego o roboczym tytule „Ketman” (wydusiłem wiedzę o Ketmanie z jakiegoś esbeka). Jednak Krzysiu w porozumieniu z producentem zmienił tytuł gotowego filmu na „Gry uliczne”, bo po angielsku będzie fajniej brzmiało. Po „Długu” rozstaliśmy się i chyba poczuliśmy ulgę.
Spotykaliśmy się coraz rzadziej. Mieliśmy nawet omówiony wspólny projekt komedii „Toczek” o zabiegach ludzi resortu, by przeszkodzić Danucie Wałęsowej w odebraniu Nagrody Nobla. Znalazł się poważny producent, ale Krzysiek się wycofał. Może to i dobrze, bo za bardzo bawiły nas nasze pomysły, a to pierwsza oznaka nieuchronnej klapy.
Jakiś czas temu zapytałem, czy jest w pełni przekonany do nowego projektu. Zaczynali z Joanną zdjęcia uciekające do nowego filmu. „Ja już nie mam czasu na wątpliwości” – usłyszałem.

Autor jest dziennikarzem i filmowcem. Pracował w „Życiu Warszawy” i „Rzeczpospolitej”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]