Ilekroć Cezary Wodziński ogłasza kolejną rozprawę filozoficzną, odzywają się głosy stanowczej dezaprobaty bądź równie gorącego zachwytu. Tak było w przypadku "Światłocieni zła" (1998) - jednej z niewielu książek ostatnich lat, która wywołała poważną dyskusję wokół pytania "unde malum?".
Analogicznym rezonansem odbiły się prace "Trans, Dostojewski, Rosja" i "Św. Idiota", w których autor rozprawił się z tematem ruskiego "jurodstwa". Było ono dla niego figurą duchowego bytowania
w obszarze leżącym "poza dobrem i złem", na rubieżach dwubiegunowej etyki, którą zwykliśmy identyfikować z moralnością. Jeżeli uzupełnimy portret filozofa o fundamentalne prace "Heidegger i problem zła" (1994) oraz "Wiedza a zbawienie. Studium myśli Lwa Szestowa" (1991), to po najnowszej propozycji spodziewać się możemy intelektualnej bomby.
Tymczasem "Między anegdotą a doświadczeniem" to niespieszny zapis rozmów z filozofem, przeprowadzonych przez jego młodych współpracowników: Piotra Augustyniaka, Justynę Górecką, Kubę Mikurdę i Marcina Rychtera. Ta formuła wypowiedzi przynosi nie tyle bombę, co dokumentację momentu eksplozji jednej z najbardziej inspirujących myśli współczesnej polskiej filozofii.
Źródło-słów
Wodziński, jak na sokratejskiego gawędziarza przystało, w dialogu czuje się jak ryba w wodzie. W każdej odpowiedzi czytelnik otrzymuje pigułki wiedzy, które mogą przyprawić o zawrót głowy. Wskazując na źródła swoich ontologicznych zainteresowań, od razu przechodzi do wykładni filozofii Heideggera. W momentalnych przeskokach i skojarzeniach znaczeniowych, w skupieniu nad perswazyjnymi możliwościami polszczyzny, która próbuje uporać się z zawiłościami niemieckiego pierwowzoru, autor "Pana Sokratesa" nie ma sobie równych. Wodziński należy bowiem do myślicieli, dla których spekulacja filozoficzna jest organicznie związana z perfekcyjnym opanowaniem języka.
Filozof działa na styku języków, tka swoją wypowiedź z wielojęzycznego materiału, jakiego dostarcza doświadczenie. Leksykalna ekwilibrystyka, którą często zarzucano Wodzińskiemu, jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym do podjęcia pracy "myślenia" bycia. Faktycznym conditio sine qua non okazuje się predestynacja do posługiwania się językiem, który jest w stanie unieść istotne doświadczenie. Wodziński, chociaż neurotycznie odmawia sobie tej predestynacji, jest jednym z rzadkich wybrańców "mowy". Czuje język u jego gruntu, uprawia ten niepochwytny "źródło-słów", który odwdzięcza mu się obfitymi, semantycznymi plonami i ani na moment nie osuwa się w pustosłowie.
Dynamika fraz Wodzińskiego, zwłaszcza tych dotyczących "zła, które jest", poraża niczym aforystyka Nietzschego i Ciorana. Oto próbka: "Świat pokazuje się jako radykalny non-sens. Bo wszelkie sensy zawodzą. Doświadczenie radykalnego non-sensu to właśnie zło. Osnowy i spoiny sensowności legły w gruzach. Jeśli kto woli: poszły z dymem". Parafrazując więc oklepaną w popkulturze tezę Adorno, zadać należy pytanie o możliwość uprawiania filozofii po uniwersalnym Szoa.
I w tym momencie Wodziński jawi się jako heros i rewolucjonista. Otóż postuluje radykalną redefinicję pojęcia "człowiek", próbę "myślenia" na gruzach i popiołach, "myślenia" wobec stosów anonimowych trupów i swądu spalenizny, która objęła transparenty z hasłami "humanizmu". Między innymi dlatego jego "Światłocienie zła" oskarżano o nihilizm. Jednak z nihilizmem - rozumianym jako odnowa i uwolnienie niepodległej "samo-kreacji" człowieka, dokonującego aktu "przewartościowania wszystkich wartości" - ma Wodziński niewiele wspólnego. A jeżeli ma, to tylko nie wprost, jako komentator i analityk nietzscheańskiego Übermenscha.
Dla Wodzińskiego Übermensch nie jest punktem dojścia filozoficznej myśli Zachodu. Filozof proponuje kierunek odwrotny: do początków.
Duch Tischnera
Wodziński mówi: "Założenie jest proste: od "końca" ku "początkom". Jako że "początek" jest, jak pouczał Heidegger, przed nami, tak naprawdę stawia przed uprawianą przez siebie dyscypliną zadanie karkołomne. Czytać Greków, w oryginale, po kataklizmach wieku XX, po krachu wszelkich racjonalnych i wielkich narracji o tym, co faktycznie jest? Czy jest to gest mizantropa, który bada naturę greckiego logosu, nie oglądając się na bliźnich? Odpowiedź przynoszą te ustępy "Między anegdotą a doświadczeniem", gdzie Wodziński odmalował portrety przyjaciół, mistrzów i adwersarzy.
Rzadko się zdarza, aby prawdziwie niepodległy i okrzepły umysł tak jawnie przyznawał się do swoich fascynacji. Portrety Józefa Tischnera, Leszka Kołakowskiego, Jana Garewicza, Barbary Skargi, Zygmunta Baumana, Krzysztofa Michalskiego i wielu innych wybitności polskiej humanistyki ukazują etapy jego rozwoju, specyficzne przebiegi wpływów i ciągłą dążność do "rozmów" na najwyższym poziomie filozoficznego wtajemniczenia.
To wtajemniczenie Wodziński osiągnął dzięki nieprawdopodobnemu samozaparciu, wręcz "krowiemu uporowi" (jak prześmiewczo zaznacza) i zdolności "czytania" wielkich tekstów kultury filozoficznej.
Wydaje się, że nauczyciele i rozmówcy Wodzińskiego podzielili się z nim skarbem mądrości filozofów: lekturą tekstu oryginalnego, wielomiesięcznym studiowaniem poszczególnych akapitów i fragmentów Platona, Nietzschego czy Heideggera.
Cezary Wodziński nie ukrywa, że tego rodzaju strategii lektury "szalonej", uprawianej przez małe grupki zapaleńców, sprzyjała sytuacja polityczno-społeczna PRL-u. We wszechogarniającym "czasie marnym" myślenie miało zupełnie inny ciężar gatunkowy, a przynajmniej ocalało od apatii i beznadziei, stając się prawdziwą wyprawą po filozoficzny kamień.
W dużej mierze Wodziński, ze swoimi wymaganiami i standardami uprawiania poważnej ontologii, obecnie może wydawać się kimś passé. Jest jednak dokładnie odwrotnie. To on jest "do przodu" o parę długości przed peletonem szarego życia akademickiego na polskich wydziałach filozofii.
Nie stroni zresztą od surowej oceny Akademii, wyrzucając jej serwilizm, przeciętniactwo i umiłowanie władzy. W tych odważnych sądach upewnia go potężny protektorat - wszak dyskusję z nim podjęli nasi najwybitniejsi filozofowie. Da się jednak odczuć w niektórych supozycjach Wodzińskiego prawdziwy żal i smutek za tymi, którzy już odeszli, za "umarłym" sposobem filozofowania, który najlepiej uobecniał Józef Tischner.
Jego duch unosi się nad całą książką, raz po raz powracając w anegdocie, zdecydowanie rzadziej w polemice. Bliski Wodzińskiemu ideał "filozofa" pośród ludu, w epoce "ponowoczesności" trącić może myszką. Sęk w tym, że za nieco makatkowym i medialnym obrazem Tischnera stał nieprzeciętny umysł i znawstwo, a przede wszystkim empatia i wola dyskutowania o najważniejszych pytaniach filozofii tak z "zawodowcami", jak i "niezwykłymi" śmiertelnikami.
***
"Między anegdotą a doświadczeniem" jest świetnym wstępem do zasadniczych pozycji Wodzińskiego, jest zaproszeniem do "lektury szalonej".
Równolegle do tej publikacji ukazuje się wznowienie "Heideggera i problemu zła", co być może ponownie ożywi recepcję myśli polskiego filozofa, który osiadł na Mazurach i w swojej chacie w Ubliku prowadzi seminarium dla tych, którzy nie boją się trwonić życia dla paru ustępów z Platona...
"Między anegdotą a doświad-czeniem. Rozmowy z Cezarym Wodzińskim"; rozmowy przeprowadzili Piotr Augustyniak, Justyna Górecka, Kuba Mikurda, Marcin Rychter. Wydawnictwo słowo / obraz terytoria, 2008
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















