Przeczytałem w swoim czasie dzieło Korczaka wzdłuż i wszerz, ale jego reportażu „Nędza Warszawy” jakoś nie. Tymczasem Szczygieł tym właśnie tekstem otwiera ową monumentalną – a równocześnie bardzo w lekturze przyjemną – antologię. Wśród setki wybranych autorów (wybranych komisyjnie, bo nie sam Szczygieł wybierał) Korczak prezentuje się całkiem nieźle, rzekłbym nawet – znakomicie się prezentuje, jeśli się weźmie pod uwagę, że pisząc „Nędzę...” dla „Kuriera Polskiego”, miał lat dwadzieścia dwa.
Oto Warszawa przełomu wieków widziana od zaplecza, zza rogatek, z ciemnych zaułków, gdzie „za złotówkę zamordują człowieka”. Przyszły autor „Bankructwa małego Dżeka” wyrusza tam po przygodę, a znajduje wyzwanie, z którym przyjdzie mu się mierzyć przez resztę życia. „Ludzi, których jedenaście lat wcześniej Prus porównywał do stada »zdziczałych psów«, Janusz Korczak opisuje z pokorą i bez poczucia wyższości”, podkreśla Szczygieł. W dodatku literacko jest naprawdę dobry: potrafi jednym, dwoma zdaniami nakreślić sugestywną scenę, odtworzyć barwny dialog, zwięźle i bez moralizowania podsumować.
Czym są wysmółki? Nie czym, a kim – to chłopcy, których dopiero co oddano do terminu. Na razie robią byle co, wycierają sobą kąty, zanim czeladnik da im poważniejszą robotę. Korczaka interesują „wysmółki miłosierdzia” – tacy ludzie, co to mają dobrą wolę, ale uczyć się „fachu dobroczynnego” nie chcą. Ot, rzucą na ulicy pieniążek żebrzącemu dziecku, nie zastanawiając się, czy mu w ten sposób pomagają, czy go krzywdzą (a Korczak tłumaczy, że krzywdzą). Bywa, że nie żałują grosza, za to zawsze żałują uwagi – a ta w pomaganiu najważniejsza. Żeby z „wysmółka” stać się „czeladnikiem”, nie wystarczy sięgnąć do portfela, ba: nie wystarczy nawet trochę bardziej się w pomaganie zaangażować. Jeśli chcesz komuś pomóc, podsumowuje Korczak, niech twój stosunek do niego „nie będzie jakimś sztywnym patronatem, a przyjaźnią”.
Wobec biedy w Polsce i tragedii na świecie stoimy często jak te korczakowskie wysmółki. Wiemy „że”, nie wiemy „co”. Niepokoi nas głód i przemoc, ale przecież – tak sobie tłumaczymy – nie będziemy biegli do każdego pożaru. Owszem, to dobrze, gdy inni – „czeladnicy”, „majstrowie” – mówią nam, co robić, słuchamy ich i nawet bywamy ofiarni (to skądinąd budujące, że znalazło się w Polsce tyle osób, które zaofiarowały bezinteresowną pomoc rannym z kijowskiego Majdanu). Ale jeśli ma nastąpić w świecie jakaś zmiana, musi się wśród nas znaleźć nieco więcej takich, których będzie można wyzwolić na „czeladników dobroczynności”.
Państwo może prowadzić lepszą lub gorszą politykę społeczną, ale nigdy nie będzie „miłosierne”. Miłosierne – w głębokim tego słowa sensie – może być tylko społeczeństwo.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















