Reklama

Ładowanie...

„Wyjeżdżam w nieznane miejsce"

„Wyjeżdżam w nieznane miejsce"

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Astrid - tak poufale mówi o niej cały świat. Nie tylko ze względu na trudne do wymówienia dla cudzoziemca nazwisko, w którym cztery zbite spółgłoski skutecznie plączą język. Powodem jest raczej sposób, w jaki Astrid Lindgren w tym świecie funkcjonowała.
N

Nie była typem autora samotnika zgrzytającego zębami na widok dziennikarza czy fotografa. Może mediów specjalnie nie kochała, ale potrafiła się z nimi zaprzyjaźnić. Z zapałem angażowała się w politykę i sprawy społeczne. Broniła praw zwierząt, walczyła o obniżenie podatków w rodzinnej Szwecji. Wiedziała, że jako popularna autorka powinna robić coś więcej, niż "tylko" powoływać do istnienia literackich bohaterów. Hojnie sponsorowała rozmaite przedsięwzięcia, w tym szpital jej imienia wybudowany pod Sztokholmem. Przez długie lata zajmowała czołowe miejsce na publikowanych przez pismo "ICA Kuriren" listach najbardziej podziwianych ludzi. Nie znalazła wprawdzie uznania u akademików przyznających literacką Nagrodę Nobla, ale za to w 1997 roku premier Szwecji Göran Persson wręczył jej dar od narodu - 7,5 miliona koron szwedzkich, czyli dokładnie tyle, ile wynosi ta najbardziej dla pisarza prestiżowa nagroda.

14 listopada 2007 roku Lindgren obchodziłaby setne urodziny. Na tę okoliczność ukazały się w Polsce dwa albumy: "Portrety Astrid Lindgren" oraz "Przygody Astrid - zanim została Astrid Lindgren". Pierwszy, skierowany do czytelnika dorosłego, prezentujące fotografie z życia pisarki oraz jej rodziny. Adresatem drugiego (w tym numerze pisze o nim - a także o innych książkach nowego Wydawnictwa Zakamarki specjalizującego się w szwedzkich książkach dla dzieci - Joanna Olech) jest młodzież. Pozycje starannie przygotowane, pięknie wydane, pożyteczne - i niewnoszące do obrazu pisarki niczego nowego, raczej utrwalające jego pomnikowość. Nie szkodzi, sama Lindgren byłaby z tego zadowolona.

Pisarka nie wyobrażała bowiem sobie, aby drzwi do jej twórczości otwierać kluczem psychoanalizy, choć prowokują do tego niektórzy jej bohaterowie. Najbardziej - anarchizująca Pippi, witalnością

i szalonymi pomysłami zagłuszająca samotność. To właśnie w niej upatrywano alter ego autorki. Mimo że Lindgren przed tą sympatyczną gębą nigdy się specjalnie nie broniła, mentalnego pokrewieństwa należałoby szukać raczej w "Emilu ze Smalandii", postrzelonym kilkulatku,

w którego fikcyjną historię wplotła dzieje swojego szczęśliwego dzieciństwa. Postać chłopskiej Pippi, posiadającej siłę całych pokoleń kobiet, należy potraktować jako marzenie autorki o tym, kim by chciała być, gdyby nie była tym, kim jest.

Rudowłosa dziewczynka miała w nosie małomiasteczkowy styl życia. Wyśmienicie radziła sobie z kabotyńskimi sąsiadkami i zołzowatymi nauczycielkami. Słowem, potrafiła zrobić to, czego nigdy nie uczyniła jej literacka matka, która jako dziewiętnastoletnia panienka zaszła w nieślubną ciążę. Z tego też powodu musiała opuścić rodzinne Vimmerby, które nie mogło patrzeć na niebotyczny (jak na tamte czasy) obyczajowy skandal. Lindgren oddała syna do matki adopcyjnej, by po czterech latach z powrotem go zabrać, już jako żona Sture Lindgrena. Być może gdyby nie ten dramatyczny epizod w życiu Astrid, nigdy nie pojawiłby się na kartach jej książek szereg opuszczonych chłopców, desperacko poszukujących autorytetu ojca. Może chciała choć częściowo spłacić emocjonalny dług, który zaciągnęła u Lassego, zmarłego

w 1986 roku na guza mózgu, co było dla Lindgren do końca jej 94-letniego życia źródłem wielkiego cierpienia.

Nikt by się nie spodziewał, że ta dobrotliwa pani w czasie II wojny światowej pracowała w SÄPO, szwedzkiej służbie bezpieczeństwa, gdzie zajmowała się tropieniem podejrzanych treści w listach otwieranych nad parą wodną. W latach 30. dorabiała jako stenograf dla docenta kryminologii Harry'ego Södermana, później założyciela Państwowego Zakładu Technik Kryminalistycznych. Zagadkowe też jest jej życie uczuciowe. W latach 90. w jednym z wywiadów powiedziała, że tak naprawdę w nikim nigdy nie była zakochana, za wyjątkiem swoich dzieci. Przez wiele lat milczała na temat ojca Lassego, Reinholda Blomberga, redaktora naczelnego "Dziennika Vimmerby". Niechętnie wracała do czasu, kiedy w zaawansowanej ciąży, w wynajętym sztokholmskim pokoju, cierpiała głód i biedę.

Konsekwentnie trzymała się zasady, że nie wszystko jest na sprzedaż, nawet w biografii, którą na jej prośbę w 1977 roku napisała przyjaciółka Margareta Strömsted (współautorka "Portretów Astrid Lindgren"). Chciała, aby świat ją zapamiętał jaką "tę od dzieci". Swoją najważniejszą życiową rolę zagrała z talentem, pasją, a przede wszystkim z wielkim sercem. Zrobiła rzecz bezprecedensową: po partnersku potraktowała małego człowieka. Nie popadała przy tym w nieznośny sentymentalizm. Dobrze znała naturę kilkulatków, powtarzając nieraz, że i one potrafią być boleśnie okrutne. Jednak świat dzieci był jej o wiele bliższy niż świat dorosłych.

Podobno całe życie uwielbiała się bawić z dziećmi, ale nie w ten sposób, jak czyni to większość rodziców, włącznie z piszącą te słowa, którzy siedzą przy przysłowiowej piaskownicy z nosem wściubionym w gazetę. Lindgren do tej piaskownicy wchodziła i z wielkim zapałem stawiała babki. Jak wspominała jedna z jej wnuczek, kiedy babcia bawiła się w czarownicę, nigdy nie można było być pewnym, czy aby nie przemieni się w nią naprawdę. Szereg anegdot wiąże się z pomysłami, które pisarka "zapożyczała" do książek właśnie od małolatów z twórczo rozbudzoną wyobraźnią. Jej córka Karin wymyśliła postać Pippi Langstrump, lęk czteroletniego wnuka Nilsa przed śmiercią zachęcił ją do napisania "Braci Lwie Serce", a Malin, zielonooka siostra Nilsa, podobnie jak Lotta z ulicy Awanturników twierdziła, że "w tajemnicy to ma oczy niebieskie".

Lindgren była najlepszym ambasadorem dzieci - istot w jakimś sensie opuszczonych, bo pozbawionych w społeczeństwie prawa głosu. Autorka "Mio, mój Mio" mówiła w ich imieniu, prosząc, aby dorośli nie wyrządzali im krzywdy tylko dlatego, że są psychicznie i fizycznie słabsze. Na zawsze zapamiętuje się scenę z "Madiki z Czerwonego Wzgórza", w której Lus-Mia na oczach całej klasy dostaje upokarzające lanie. Kiedy w 1978 roku Lindgren odbierała Pokojową Nagrodę Niemieckiego Związku Księgarzy, w mowie dziękczynnej podjęła kluczową kwestię "wychowawczej" przemocy wobec nieletnich. Rok później w Szwecji wprowadzono prawo zabraniające bicia dzieci.

Nikt wcześniej nie pisał tak jak Lindgren: wywrotowo, odważnie, wbrew przyjętej zasadzie wychowywania dziecka do społecznego systemu. Bez natarczywego pouczania i moralizowania. Mój siedmioletni syn do teraz nie może pojąć, dlaczego Pippi kłamie. "Bo lubi" - odpowiadam w niepedagogicznym duchu książek Astrid. "A ty lubisz?" - nie daje za wygraną, usiłując poprzez postać Pippi odkryć prawdziwe oblicze swojej rodzonej matki. I tu pojawia się pułapka: ja w odpowiedzi włączam tryb wychowawczy, czego nigdy, ale to nigdy nie robiła Lindgren. Między innymi dzięki temu jej książki trafiają do milionów. Dzieci odnajdują w nich prawdziwą cząstkę swojego świata, rządzącego się innymi regułami niż pragmatyczna rzeczywistość ludzi dorosłych. Lindgren potrafiła bowiem przyjąć perspektywę kilkulatka: odwrócić pierwotną funkcję rzeczy materialnych, wyolbrzymić uczucia, pomniejszyć idee. Proza powszedniości pod jej piórem przekształcała się w imponujący festiwal życia. W porywających historiach odsłaniała jego tajemnicę: to, co najciekawsze, dzieje się na pobliskim podwórku.

Umiejętnie mierzyła się też ze sprawami ostatecznymi. W wydanych w 1973 roku "Braciach Lwie Serce" podjęła temat śmierci. Pokazała, jak męstwem, sprytem i zręcznością stawić czoło nadprzyrodzonym siłom. Pokazała, że można, a wręcz trzeba pokonywać rozmaite lęki. Od tego czasu nie powstała żadna inna książka, która z równą subtelnością i przenikliwą znajomością dziecięcej duszy pokazałaby śmierć jako część życia, a nie jakieś osobne zdarzenie, niemające z życiem wiele wspólnego.

Jej powieści były zawsze świetnie skomponowane, z wyrazistymi bohaterami, akcją trzymającą w napięciu, detalami sugestywnie budującymi świat przedstawiony. "Dobra książka powinna być jak szczupak. Spiczasty i ostry pysk, potem część jadalna, a na końcu zwinny ogon" - mawiała i konsekwentnie trzymała się tej zasady. Potrafiła napisać sielankę ("Dzieci z Bullerbyn"), baśń ("Ronja, córka zbójnika"), kryminał ("Detektyw Blomkvist"), powieść przygodowo-krajoznawczą (cykl o Kati), sagę rycerską ("Bracia Lwie Serce").

Z werwą wzbogacała język literacki. Wylansowała imiona Ronja i Mio, wynalazła takie słowa jak: "likarstwo", "figielkować", "spunk", "tabliczka schorzenia". Ukuła wyrażenia: "fąflu jeden", "cemu una tak lobi", "zatracony nicponiu", "w miarę tęgi mężczyzna w najlepszych latach", "zobaczymy się w Nangijali". Pamiętała

o tym, że dziecko lubi proste zdania, które stawały się u niej pojemnymi nośnikami rozmaitych sensów.

Niewielu pisarzy wywarło tak znaczący wpływ na małych czytelników, zmuszając ich do refleksji nad pojęciami takimi jak odwaga cywilna i prawa człowieka. Pokazując, jak cenna jest wierność własnym przekonaniom. Kultywując lojalność i wartość przyjaźni.

Nie znosiła okolicznościowych imprez. Przed swoimi dziewięćdziesiątymi urodzinami wystosowała oficjalne pismo, w którym stwierdziła: "Do dupy z tą starością - mówił Fregge z Nybble i ja myślę tak samo.

W dniu urodzin wyjeżdżam w nieznane miejsce". Jestem przekonana, że i teraz nikt by jej nie zmusił do zdmuchnięcia stu świeczek na torcie.

Na pewno natomiast ucieszyłaby się, że w Polsce właśnie ukazały się jej książki obrazkowe o Pippi, Lotcie oraz Emilu. Uproszczone wersje klasycznych powieści skierowane do najmłodszych, podejmujące problemy na ich miarę, przygotowujące trzy- i czterolatki do spotkania z innymi książkami Astrid Lindgren. Z literaturą, która jest niezwykłą zabawą i wielką duchową przygodą.

Jacob Forsell, Johan Erseus, Margareta Strömsted, "Portrety Astrid Lindgren", przeł. Anna Węgleńska, Warszawa 2007, Nasza Księgarnia.

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]