Wszystkie powroty Marianne Faithfull

W wywiadach otwarcie mówiła o fatalnych decyzjach, które zepchnęły ją na dno. Nie tyle po to, by zdobyć punkty za szczerość, ale by posłać czytelny komunikat: nie podpisuj paktu z mrokiem.
Czyta się kilka minut
Marianne Faithfull podczas koncertu w Londynie. 2 lutego 2016 r. // Fot. Burak Cingi / Getty Images
Marianne Faithfull podczas koncertu w Londynie. 2 lutego 2016 r. // Fot. Burak Cingi / Getty Images

Córka wiedeńskiej baronessy Evy von Sacher-Masoch, pełnej artystowskich ambicji potomkini słynnego Leopolda (od którego nazwiska ukuto termin „masochizm”), oraz Roberta Glynna Faithfulla, brytyjskiego szpiega i bonwiwanta. Wnuczka Theodore’a Jamesa Faithfulla, wynalazcy „maszyny na oziębłość”, która miała uwolnić pierwotne libido u pacjentów, i prowadzącego szkołę dla trudnej młodzieży, gdzie zalecał nagość personelowi i uczniom obu płci podczas części zajęć.

Taki rodowód gwarantował, że z urodzonej pod koniec 1946 r. Marianne Evelyn Gabriel Faithfull wyrośnie istota na wskroś odmienna od tego, co przywykliśmy uznawać za normalność.

Ostatni upadek

W lutym 2020 r. Faithfull poleciała do Paryża, by spotkać się z aktorką Lucy Boynton, która miała ją zagrać w sztuce opartej na pierwszej autobiografii, wydanej w 1994 r. (14 lat później wydała drugą, znacznie pogodniejszą). Wkrótce po powrocie do Londynu wylądowała w szpitalu pod respiratorem. Było tak źle, że lekarka zapisała w karcie: „Tylko opieka paliatywna”. Ale Faithfull w tym czasie nagrywała swój głos na płytę, o jakiej marzyła od młodości – deklamowała na niej wiersze XIX-wiecznych poetów angielskich na tle zwiewnej muzyki autorstwa Warrena Ellisa (stałego partnera muzycznego Nicka Cave’a).

Nie tylko o dalszym nagrywaniu nie było mowy, ale i o normalnym życiu. Na wydanej ostatecznie w 2021 r. płycie „She Walks in Beauty” słychać, że głębokie frazy wypowiada tam głos na krawędzi załamania oddechu. A mimo to jest w nim siła inna od fizycznej – siła prawdy i tytułowego piękna. Zaprawdę, idzie w piękności.

Jakże inny jest ten głos od tego, który sześć dekad temu zachwycał w napisanej przez Micka Jaggera i Keitha Richardsa (z niewielką pomocą Andrew Looga Oldhama, managera Rolling Stonesów) piosence „As Tears Go By”.

Upadek pierwszy – przyjęcie

Wychowywana przez niefrasobliwą matkę Marianne została posłana do katolickiej szkoły w podlondyńskim Reading. Ojciec, mający nową rodzinę, sprzeciwiał się temu, uważając, że placówka skrzywi w dziewczynce podejście do sfery seksu. Trudno oceniać, czy stąd wzięła się późniejsza dezynwoltura erotyczna Marianne, niemniej co najmniej jeden aspekt edukacji wywarł na nią wpływ dobroczynny i długotrwały – pani Simpson, ucząca literatury angielskiej, zaszczepiła w dziewczynie uwielbienie dla poezji. „She Walks in Beauty” to wprost pokłosie tamtych lekcji.

Wtedy chciała, by ktoś opatrzył wiersze muzyką do zaśpiewania. Stawiała już pierwsze kroki w lokalnych klubach folkowych, co przełożona szkoły uznała za zły znak: „Zanim się obejrzymy, zacznie palić papierosy!”. Mocno spóźnione obawy… Podczas wypadów do londyńskich klubów poznała przyszłego męża, współprowadzącego galerię „Indica” Johna Dunbara. I to właśnie z bardzo ustosunkowanym w swingującym Londynie Dunbarem pojawiła się pewnego wieczoru na imprezie wydanej przez Oldhama. Jak sam manager później wspominał, ujrzał „anioła blond z dużymi cyckami”, podszedł i spytał Dunbara: „A ona umie śpiewać?”. „Nie wiem, ale ogólnie jest fajna” – odparł tamten. To rozmowa symptomatyczna dla ówczesnego obyczaju w branży muzycznej, gdzie kobiety nie miały niemal żadnej podmiotowości – toczyła się w jej obecności.

Piosenka „As Tears Go By” to nietypowy wybór jak na debiut 17-latki. O cztery lata starszy Jagger napisał tekst z perspektywy kogoś mocno już dojrzałego, gorzko rozpamiętującego nieubłagany upływ czasu. Ale Faithfull nie miała żadnego wpływu na swój repertuar. Była piękną, nieopierzoną dziewczyną, której warunki zewnętrzne – połączenie zmysłowości z niewinnością – wykluczały u postronnych jakiekolwiek zainteresowanie tym, co mogło kryć się wewnątrz. Przez frontowe drzwi wepchnięto ją do świata rekinów show businessu. Została porzucona na ich pastwę i jej własnych, podsycanych przez matkę, marzeń o gwiazdorstwie.

Upadek drugi – londyńska para

Faithfull wprawdzie urodziła Nicholasa, syna Dunbara, ale szybko wessał ją kolorowy, frenetyczny świat londyńskiego środowiska rockowego i niebawem wylądowała w kolejnych łóżkach. Prawie-platoniczny romans z Brianem Jonesem i jednonocny, intensywny z Keithem Richardsem to preludium, które wiodło w ramiona Micka Jaggera.

Rozpoczęty w 1966 r. związek jest nieustannie przywoływany jako punkt odniesienia w jej życiu i karierze. To jedna z największych krzywd, jakie los wyrządził przyszłej diwie. Choć owe pięć burzliwych lat, jakie Marianne spędziła z Mickiem (bez ścisłego przestrzegania wierności przez obie strony), w decydującej mierze przyczyniło się do jej najbardziej spektakularnego upadku, nieustanne definiowanie Faithfull jako „byłej dziewczyny wokalisty Stonesów” i przywoływanie wciąż tych samych ekscesów, które rozgrzały swego czasu prasę, to sprowadzanie wszystkiego, co się w jej życiu wydarzyło, do bycia maskotką.

Sama Faithfull zwraca od lat uwagę, że szufladkowanie kobiet jako muz męskich artystów jest niemal jak wyrok mafijny. „Czy słyszano kiedyś o męskiej muzie artystki?” – pyta retorycznie. Ale świat wiedział lepiej. Zapamiętał ją – w najlepszym razie – jako tę, o której Jagger śpiewał w „You Can’t Always Get What You Want”, czy w „Wild Horses”, i tę, która dała mu do przeczytania „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa, co zaowocowało utworem „Sympathy for the Devil”. A w najgorszym – jako antybohaterkę skandali narkotykowych i domniemanych orgii, wspaniale zapowiadającą się piosenkarkę, która w wieku 20 lat przestała nagrywać, zaniedbywała syna i pogrążała się we mgle otumanienia prochami, heroiną i alkoholem. W 1968 r. poroniła. W kolejnym tak się zbombardowała substancjami chemicznymi, że wylądowała w szpitalu w Sydney w stanie przedagonalnym.

Była wtedy Pierwszą Damą rock’n’rolla – czyli maskotką. Opleciona towarzyską siecią rozbuchanego Londynu, siedemnastolatka nie miała szans zadbać o strategiczną, podmiotową pozycję. Zanim się zaczęła, już się kończyła. W niedojrzałej głowie zalęgły się demony zwodniczych pokus i powszechnie dostępnych używek. Nawet biznesowo myślący Jagger nie zorientował się od razu, że jego dziewczyna się stacza. A gdy to dostrzegł, było za późno. Ostatnie dwa lata związku przeistoczyły się w czczą szarpaninę.

Czemu nikt nie chciał jej pomóc? Bo podobała się właśnie taka – dekadencka, szalona, nieobliczalna, dokonująca efektownego samobójstwa w świetle jupiterów. O takiej Faithfull łatwo było z przejęciem opowiadać, pisać, pamiętać. Stała się niewolnicą wizerunku – zrazu narzuconego, a potem wybranego w autodestrukcyjnej pogoni za wyczytanym u Williama Burroughsa wzorcem ćpuna. Sama wmawiała sobie i innym, że zatracenie narkotyczne to ekstremalna postać piękna.

Dopiero gdy zaliczyła dno, przestała być ciekawa. Zniknęła z radarów.

Marianne Faithfull i Mick Jagger w teatrze Royal Court. Londyn, 24 kwietnia 1967 r. // Fot. C. Maher / Hulton Archive / Getty Images

Upadek w ruinę

Zanim do tego doszło, w 1969 roku napisała piosenkę – wspólnie z Jaggerem, ale bez cienia wątpliwości z jej wnętrza płynącą – „Sister Morphine”, świadectwo pogrążania się w piekielnym mroku. Utwór trafił na stronę B jej singla, który niemal natychmiast został wycofany. Dwa lata później nagrali go Rolling Stonesi, usuwając jej nazwisko jako autorki tekstu, by nie prowokować kłopotliwych dociekań, tantiemy zaś wstrzymali, by autorka nie wydała wszystkiego na heroinę. Tak przynajmniej twierdzili. Dopiero kilkanaście lat później w sądzie Marianne wywalczyła, by „Faithfull” widniało obok „Jagger – Richards”.

Po odejściu od Jaggera upadła na amen. Tracąc prawo opieki nad synem i resztki oparcia w osobach Stonesów, wybrała drogę ku samozagładzie. Przyjmowała wszystko, co monopolowy, apteka i uliczni dilerzy dawali. Zamieszkała w powojennych ruinach w Soho. Oficjalnie otrzymywała kontrolowane ilości narkotyków na receptę, stojąc po nią często w tej samej kolejce, co równie mocno szorujący wówczas po dnie Eric Clapton. Głos siadał jej jeszcze bardziej, co słychać na dostępnym w sieci nagraniu z występu obok Davida Bowie’ego z 1973 r., gdzie wspólnie wykonują „I Got You Babe”. Ale to nadal nie była TA Marianne Faithfull. Musiała zejść jeszcze niżej.

Bezdomność, pochłanianie szkodliwych substancji wszystkimi możliwymi drogami i żarłoczne palenie w końcu uczyniły swoje. Dwie nagrane w tych latach płyty, „Rich Kid Blues” (1971, wydana w 1985) i wypełniony piosenkami country „Dreamin’ My Dreams” (1976) to świadectwa ostatecznego miotania się – mają swoje momenty, ale docenić je można jedynie ex post, gdy już wiemy, że udało się artystce zmartwychpowstać, i to z jakim obliczem.

Wzlot pierwszy – łamana angielszczyzna

Trudno ogarnąć ogrom pracy, jaką włożyła w siebie, jeśli nie wiemy, skąd startowała w 1979 r. – znikąd. Mogła liczyć tylko na zupełnie nowych ludzi, którzy nie uczestniczyli w jej podróży w otchłań. U takich łatwiej o kredyt.

Dla wielu osób album „Broken English” jest niezwykle ważną pozycją w ich płytotekach. Bo faktycznie jest niezwykły. Zupełna zmiana estetyki – nowofalowa, ostra rytmika, syntezatorowe barwy, kilka własnych tekstów – i GŁOS. Zamiast dawnej balladzistki z klanu Joan Baez pojawia się ktoś z gangu Toma Waitsa. I największy paradoks: ta, która przyszła na świat rozrywki jako córka baronessy i zaczytana w wielkiej poezji kusząca anielica, świadomie zniszczyła swój dawny wizerunek, zaczęła śpiewać o terrorystach (tytułowa piosenka) i cudzej waginie we własnym łóżku („Why D’Ya Do It?”) – i wreszcie była sobą.

Na pełne oczyszczenie z narkotyków i alkoholu przyszło jeszcze poczekać ładnych kilka lat, ale było jasne: powróciła z krainy zatracenia i zyskała olśniewającą wiarygodność. Której dotąd nie miała. Wielka Marianne Faithfull zaczęła się, gdy już dawno się skończyła.

Kolejne upadki i wzloty

Covid-19 miał poprzedników. Faithfull ma w swym portfolio medycznym zapalenie wątroby typu C, rozedmę, złamanie biodra i raka piersi. Wyszła z nich z tarczą. Odnalazła nową tożsamość, łącząc Brechtowski pazur, punkowe kły, arystokratyczną dumę, szamańską wiedzę, lumpowską mądrość, bitnikowską dezynwolturę, elitarną erudycję i zniewalającą wrażliwość.

Lista tych, co z wielką ochotą piszą z nią czy dla niej i towarzyszą jej w studiu i na żywo, to jakby who is who muzyki ambitnej: PJ Harvey, producent Hal Willner, Tom Waits, Jarvis Cocker, Damon Albarn, Nick Cave, Warren Ellis, Mick Jones, Adrian Utley, Cat Power, Rufus Wainwright, Anna Calvi, Beck, Antony, Daniel Lanois, Steve Winwood, Dr. John, Brian Eno, siostry McGarrigle, Bill Frisell, Lou Reed, Keith Richards, Angelo Badalamenti, Roger Waters, Emmylou Harris, Billy Corgan, Dave Stewart… Mało?

Zaliczyła kolejne dwa małżeństwa i rozwody. Mieszkała w Irlandii, we Francji, od kilku lat ponownie jest londynką, co uważa za sukces – przyjęło ją to samo miasto, które ją przez lata stygmatyzowało. Powróciła jako uznana na świecie osobowość. I nagradzana aktorka.

Już w 1967 r. grała w „Trzech siostrach” Irinę na deskach teatru, partnerując samej Glendzie Jackson. Była Ofelią w „Hamlecie” Tony’ego Richardsona (w teatrze i w filmie). W kolejnej dekadzie miała więcej szczęścia do ról niż do muzyki i życia, pojawiła się bowiem w kilku produkcjach scenicznych i ekranowych. Ale najciekawsze pod tym względem okazały się ostatnie dekady. Jej role w „Moondance” Dagmar Hintz i „Irinie Palm” Sama Jaworskiego czy nawet epizod w „Marii Antoninie” Sophii Coppoli to prawdziwe kreacje.

Przebieg jej drogi życiowej i twórczej to zaprzeczenie wszelkim regułom – powinna była dekady temu marnie sczeznąć, a piosenki, którym zawdzięczała wczesną sławę, dziś można by uznać za ramotki do zapomnienia. Wynurzając się w wieku 32 lat z piekła, dokonała radykalnego przedefiniowania samej siebie. Poniekąd nie miała wyjścia. Po latach zdarzało jej się wzdychać do dawnego, ładnego głosu i efektownej sylwetki. Ale z pewnością ma świadomość, że jej drżący, chrapliwy śpiew recytujący „La Belle Dame Sans Merci” Johna Keatsa znaczy więcej niż czyściutkie, nieszkodliwe nutki wyśpiewywane w „Scarborough Fair” czy „As Tears Go By”.

Tę ostatnią piosenkę nagrywała po latach jeszcze dwukrotnie, ostatni raz w 2018 r. na album „Negative Capability”. Warren Ellis wspominał, że gdy siedemdziesięcioletnim głosem wykonała własny przebój sprzed ponad półwiecza, wreszcie oddała sprawiedliwość słowom – i doprowadziła wszystkich w reżyserce do łez. I przejęła tę piosenkę na własność. Jak od lat czyni z każdą cudzą kompozycją.

W wywiadach otwarcie mówi o fatalnych decyzjach – własnych i cudzych – które zepchnęły ją na dno. Nie tyle po to, by zdobyć punkty za szczerość, ale by posłać czytelny komunikat: nie podpisuj paktu z mrokiem, a jeśli już to zrobisz, musisz naprawdę chcieć go zerwać.

Kolejna walka

Covid-19 nie tylko na długo pozbawił Marianne głosu i wprowadził w stan permanentnego zmęczenia, ale znacznie uszkodził pamięć krótkotrwałą. Szczęśliwie dwa lata wcześniej pożegnała ostatnią używkę – papierosy. Od czasu, gdy wydobyła się z trybu „opieki tylko paliatywnej”, systematycznie ćwiczy płuca i struny głosowe. Początkowy strach, że to koniec ze sceną, ustąpił cichej nadziei, że może nie zaśpiewała jeszcze ostatniego słowa.

Oby. Jest bowiem w jej chrapliwych tonach coś prawdziwie szamańskiego. Korzenna prawda i świadectwo, którego nigdy za dużo.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Życie przed sobą