Reklama

Wojna o tamę, wojna o wodę

Wojna o tamę, wojna o wodę

w cyklu Strona świata
13.03.2020
Czyta się kilka minut
Amerykanom wciąż nie udaje się pogodzić ich afrykańskich sojuszników, Egiptu i Etiopii, spierających się o podział wód Nilu, a tymczasem w kolejce do najdłuższej rzeki kontynentu i świata (tu trwa spór ze zwolennikami Amazonki) ustawiają się nowi konkurenci.
Budowa Zapory Etiopskiego Odrodzenia na Błękitnym Nilu, 2019 r. / Fot. Eduardo Soteras./ AFP / East News
E

Egipt i Etiopia to afrykańskie mocarstwa i najbliżsi, przynajmniej do niedawna, sojusznicy USA na Czarnym Lądzie. Zrozumiałe więc, że kiedy ich trwający już prawie 10 lat i z roku na rok nasilający się spór o wody Nilu zabrnął jesienią w ślepy zaułek, rządzący w Kairze i Addis Abebie poprosili o pomoc Amerykanów z Białego Domu, a także szefów Banku Światowego, również mającego kwaterę główną w Waszyngtonie.

Potęga wody

Egipsko-etiopska zimna, jak na razie, wojna o wodę zaczęła się w 2010 r., kiedy władze z Addis Abeby ogłosiły, że zamierzają przegrodzić 150-metrowej wysokości tamą Błękitny Nil, jedną z dwóch odnóg mającej źródła w górach Etiopii rzeki, i zbudować tam największe w całej Afryce zaporę wodną i elektrownię. Hydroelektrownia miała zapewnić prąd dla rozpędzonej, jak mało która w Afryce, etiopskiej gospodarki i przemienić ten kraj, uchodzący pod koniec zeszłego wieku za uosobienie afrykańskiej klęski i wylęgarnię wszelkich możliwych plag (wojen, suszy, głodu, tyranii, korupcji) w kontynentalną potęgę. Nie przypadkiem wielką zaporę nazwano imieniem Etiopskiego Odrodzenia. Prąd z elektrowni miał zapewnić Etiopii rozwój, a także dodatkowe, ogromne zyski ze sprzedaży do innych krajów Afryki.

Jedyną alternatywą dla etiopskiego sukcesu wydawała się kolejna katastrofa. Bezprecedensowemu gospodarczemu wzrostowi towarzyszyła bowiem demograficzna eksplozja. Liczba ludności kraju przekroczyła sto milionów, z których prawie dwie trzecie stanowią ludzie młodzi, na progu dorosłego życia. Bez prądu z wielkiej elektrowni żaden rząd z Addis Abeby nie zapewniłby swoim obywatelom godziwego życia, pracy ani widoków na przyszłość. Bez tego zaś Etiopii groziłyby (i wciąż grożą) bunty, rewolucje i przemoc. Albo exodus młodzieży do Europy.

Rozkwit albo ratunek dla Etiopii oznacza jednak kłopoty, a kto wie czy nie katastrofę dla Egiptu, również stumilionowego, którego gospodarka, w przeciwieństwie do sąsiadki z południa, nie rozwija się, lecz przeżywa zapaść po zapaści. Pozbawienie Egiptu wody z Nilu oznacza dla tego państwa śmierć z pragnienia i głodu. Od samych początków istnienia Egipt czerpał całą niezbędną mu do życia wodę z wielkiej rzeki. Prawie wszyscy dzisiejsi Egipcjanie żyją w delcie i wzdłuż brzegów Nilu, tam również skupione jest jego rolnictwo. Każda susza oznacza dla Egiptu kłopoty z zaopatrzeniem ludności w żywność (także dlatego, że uznając się od wieków za jedynego, prawowitego właściciela Nilu, nie dbał o oszczędne korzystanie z jego wód i je marnotrawił – eksperci z Banku Światowego podpowiadają Egipcjanom, że skoro tak obawiają się utraty wody z Nilu, to może zaczęliby ją oszczędzać i pobudowali przyzwoite systemy irygacyjne, Bank chętnie pożyczy na to pieniądze), a wskutek klimatycznych zmian kolejne lata bywają gorętsze i suchsze. W 2010 r. wprowadzone z powodu suszy podwyżki cen żywności okazały się jedną z iskier, które rozpaliły uliczną rewolucję i Arabską Wiosnę, która na początku 2011 roku doprowadziła do obalenia prezydenta Hosniego Mubaraka.

Targi wodne

Egipcjanie alergicznie reagują więc na każdą pogłoskę o groźbie odebrania im choćby kwarty wody z Nilu. Do Etiopczyków mają żal podwójny. Uważają, że sąsiedzi podstępnie skorzystali z okazji, gdy Kair zajęty był rewolucją, i właśnie wtedy przystąpili do budowy tamy na Nilu. W atmosferze podejrzeń, pretensji i uprzedzeń (Etiopia, dawna Abisynia, której historię liczy się od czasów Chrystusa, ma żal, że Egipt zawsze traktował ją jak gorszą siostrę) trudno prowadzić negocjacje w sprawach życia lub śmierci. Dlatego jesienią zeszłego roku, gdy etiopska zapora była już prawie gotowa, a Etiopczycy szykowali się, by przystąpić do zapełniania powstałego przy niej sztucznego, wielkiego jak cały Londyn jeziora, Kair i Addis Abeba poprosiły Amerykę i Bank Światowy o pomoc.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Premier zaprowadza pokój


Z ochotą zabrał się za nią zwłaszcza amerykański prezydent Donald Trump, przekonany, że jest najlepszym na świecie specem od robienia interesów i dobijania najkorzystniejszych targów. Zaprosił Egipcjan i Etiopczyków, a także Sudańczyków z Chartumu do Waszyngtonu, do rozmów z nimi wyznaczył zaś swojego ministra skarbu Stevena Mnuchina. Afrykanie, pragnący porozumienia, a nie wojny, szybko zgodzili się w sprawach podstawowych i jeszcze jesienią ogłosili, że sztuczne jezioro przy wielkiej tamie na Błękitnym Nilu nie będzie napełniane wodą od razu, lecz w etapach, z uwzględnieniem pogody, a przede wszystkim w porze deszczowej, żeby położone w dole rzeki Sudan i Egipt nie odczuły spadku poziomu wody rzeki. To na wieść o tej ugodzie Trump zaczął rozpowiadać na prawo i lewo, że to on, a nie etiopski premier Abiy Ahmed ,zasługiwał na ubiegłorocznego Pokojowego Nobla. Etiopczyk został wprawdzie wyróżniony za rewolucyjne, demokratyczne reformy, jakie zaczął wprowadzać w swoim kraju, i za to, że zakończył wojnę z sąsiednią Erytreą, ale cierpiący na obsesję Nagrody Nobla (dostał ją jego poprzednik, Barack Obama) Trump najwyraźniej o tym zapomniał albo nie miał o tym pojęcia.

Diabelskie szczegóły

Egipt, Sudan i Etiopia porozumiały się w sprawie ogólnych zasad rozstrzygnięcia sporu, ale diabeł, jak to ma w zwyczaju, okazał się tkwić w szczegółach. Egipcjanie, w strachu o wodę, chcieliby, żeby Etiopczycy – skoro nie udało się ich przed tym powstrzymać – zapełniali sztuczne jezioro jak najwolniej. Żeby potrwało to co najmniej przez siedem lat, a najlepiej dwanaście (przy siedmiu latach do Egiptu docierać będzie w tym czasie o jedną czwartą wody Nilu mniej niż zwykle; przy dwunastu egipscy chłopi nie odczują żadnej różnicy).

Etiopczycy godzą się rozłożyć zapełnianie jeziora najwyżej na pięć lat. Przeciwnie do Egipcjan, chcą to zrobić jak najszybciej. Wybudowali wielkim wysiłkiem tamę i elektrownię i chcą, by inwestycja jak najszybciej zaczęła się zwracać. Idzie nie o ekonomiczny zysk lub stratę, ale o bezpieczeństwo państwa i jego przetrwanie. Młodzi ludzie, których z każdym rokiem przybywa, nie będą czekać na pracę i godne życie. Dwa lata może oznaczać dla Etiopii uliczną rewolucję; dla Egiptu – klęskę suszy i chłopskie bunty.

Pod koniec stycznia, po kolejnej rundzie rokowań, Trump – spragniony przed jesiennymi wyborami światowego sukcesu jeszcze bardziej niż Nobla – ogłosił, że doprowadził do kolejnego porozumienia, uratował pokój i zbawił mieszkańców Rogu Afryki od kłopotów i biedy. Ogłoszono, że układ zostanie uroczyście podpisany w Waszyngtonie na początku lutego, a sztuczne jezioro nie będzie zapełniane, dopóki Egipt, Sudan i Etiopia nie osiągną w tej sprawie pełnego porozumienia.

Egipcjanie i Sudańczycy układ podpisali, problem w tym, że Etiopczycy w ogóle do Waszyngtonu nie przyjechali. Gorzej: oskarżyli Amerykanów, że podczas negocjacji nie zachowują się, jak przystało na dyplomatów i gospodarzy, w sporze o Nil trzymają stronę Egiptu, a im, Etiopczykom, wykręcają ręce i przymuszają, by podpisali niekorzystną umowę. „Nie ma żadnego układu, nie podpiszemy niczego, co mogłoby zostać uznane za wyrzeczenie się naszego przyrodzonego prawa do Nilu i jego wód – oznajmił minister dyplomacji Gedu Andargachew. – Nasza woda należy do nas i możemy z nią zrobić, co się nam żywnie podoba”. Dodał, że jeśli Trump (który egipskiego prezydenta Abdula al-Fattaha as-Sisiego nazywa swoim ulubionym dyktatorem) i jego urzędnicy chcą pomagać w trudnych rokowaniach, muszą najpierw wyzbyć się stronniczości. 

Czyj Nil

Z Kairu i z Addis Abeby znów zaczęły dochodzić ponure, wojenne pomruki i zapewnienia, że tamtejsze rządy nie cofną się przed niczym, by zapewnić bezpieczeństwo i dobrobyt swoim obywatelom. „Jeśli trzeba będzie iść na wojnę, możemy wystawić na nią miliony” – zagroził pokojowy noblista Abiy Ahmed.

W czerwcu w Rogu Afryki zaczyna się pora deszczowa (potrwa mniej więcej do września). Etiopczycy chcą wtedy zacząć zapełniać sztuczne jezioro przy wielkiej tamie. Jeśli nie zrobią tego już teraz, będą musieli odłożyć sprawę na rok albo upuszczać wodę z Nilu w porze suchej, narażając się na konflikt z Egiptem i Sudanem oraz oskarżenia o złą wolę i samolubstwo. W Addis Abebie podejrzewają, że skoro Amerykanom nie udało się ich zmusić do podpisania niekorzystnego porozumienia, teraz Egipcjanie będą grać na czas, by zyskać przynajmniej rok.


Polecamy: Strona świata - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


A sprawy mogą się dodatkowo skomplikować, bo własną tamę, zalew i elektrownię na drugiej odnodze Nilu – Nilu Białym, wypływającym z jeziora Wiktorii, zamierza budować Uganda, kolejna z najbliższych sojuszniczek Ameryki w Afryce.

Uganda, która za ćwierć wieku również liczyć będzie sto milionów obywateli (Egipt, zdaniem demografów, będzie ich miał wtedy 150, a Etiopia ponad 200; ludność Polski z dzisiejszych prawie 38 milionów ma się w tym czasie zmniejszyć do nieco ponad 33 milionów), podobnie jak Etiopia również potrzebuje więcej prądu dla rozwoju swojej gospodarki i stworzenia miejsc pracy dla młodych. Elektrownię za półtora miliarda dolarów (etiopska ma kosztować prawie pięć) podjęli się zbudować Ugandyjczykom Chińczycy.

Na ugandyjskim Białym Nilu stoją już zapory i elektrownie wodne, a w tym roku ma zostać oddana do użytku jeszcze hydroelektrownia Karuma, przegradzająca Nil (noszący tu jeszcze nazwę Wiktorii) między jeziorami Kyoga i Alberta. Teraz w tej okolicy Chińczycy mają rozbudować kolejną, w Ayoga, oraz stworzyć zupełnie nową, w pobliżu wodospadów Uhuru, w parku narodowym Wodospadów Murchisona.

Do tej atrakcji turystycznej Ugandy, ostoi dzikich zwierząt i ptactwa, przed budowlańcami i energetykami wpuszczeni zostali już geolodzy i nafciarze, którzy od prawie 10 lat ryją tamtejszą ziemię w poszukiwaniu złóż ropy naftowej. W zeszłym roku drogowcy z Chin zbudowali im przez park asfaltową drogę.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]