Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

To wam zniszczą

To wam zniszczą

12.12.2016
Czyta się kilka minut
Organizatorzy projektu „Wrocław – wejście od podwórza”: Pracujemy na mikrozmianach, staramy się wyzwalać nową energię społeczną, stwarzać potencjalność dla kolejnych zdarzeń.
Kino Tęcza. Artystki Ewa Błaszak i Zuzanna Wollny opowiadają o baśniowym świecie tęczy – wraz z najmłodszymi i najstarszymi mieszkańcami podwórka przy Kościuszki 177. Fot. Patryk Stolarz / ESK WROCŁAW
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Skąd pomysł na akcję „Wrocław – wejście od podwórza”?
MICHAŁ BIENIEK: Najkrócej można powiedzieć – bo tak! Gdy przygotowywaliśmy program Europejskiej Stolicy Kultury, odkryliśmy wyraźne zapotrzebowanie na serię interwencji artystycznych w przestrzeń miejską. Kluczowe w tym pomyśle było zagadnienie mediacji sztuki. Dużo wtedy dyskutowaliśmy o sensowności takiego podejścia, ale też o metodach, które można zastosować w konkretnych projektach. Jak uwzględnić jednocześnie wizję artysty i potrzeby czy oczekiwania mieszkańców? Od tego się zaczęło. Później przyszedł czas na wypełnianie tej teoretycznej ramy konkretnymi pomysłami. Cały proces był mocno eksperymentalny, bo musieliśmy nasze założenia nieustannie konfrontować z rzeczywistością, która za każdym razem nas zaskakiwała.
Czemu podwórko, a nie ulica?
MB: Z jednej strony podwórko rozumieliśmy dosłownie – jako przestrzeń w zabudowie kamienicznej miasta. We Wrocławiu jest ich mnóstwo i są wyjątkowe, z czego w dużej mierze zdaliśmy sobie sprawę dzięki artystom, którzy do nas przyjechali. Ale hasło „podwórko” traktowaliśmy też szerzej, bardziej metaforycznie. Sam tytuł akcji nawiązywał do naszego podejścia do przestrzeni miasta, które staraliśmy się uchwycić od podszewki, od jego nieoficjalnej strony. Jednym z podstawowych założeń było wyjście poza centrum, które monopolizuje w Polsce działania urbanistyczne. Chcieliśmy pokazać tę przestrzeń, która jest podstawowym punktem odniesienia dla większości mieszkańców Wrocławia, a często jest pomijana w rozmaitych prezentacjach i planach rewitalizacji.
NATALIA ROMASZKAN: Ulice są niczyje. Z podwórkami jest inaczej, choć, jak pokazała nasza akcja, to też nie jest takie oczywiste. Ludzie na co dzień korzystają z podwórek, toczy się na nich życie, ale ich status bywa niejasny. Niemniej podwórka to najbliższe otoczenie mieszkańców – wyrzucają tam śmieci, parkują samochody, wieszają pranie czy bawią się z dziećmi. Łatwiej niż w przypadku ulicy czy placu znaleźć „właścicieli” tej przestrzeni.
I jak wygląda Wrocław widziany od podwórza?
NR: Wrocław to w ogóle bardzo specyficzne miasto. Przede wszystkim ze względu na swoją historię. Niemalże całkowita wymiana ludności, która miała miejsce po wojnie, to ewenement na skalę świata. Wrocławskie podwórka nie różnią się, jeśli chodzi o formę, od innych tego typu miejsc w Polsce. Jednakże tu w bardzo oryginalny i jednostkowy sposób odcisnęła się historia. Tych śladów już często nie widać w centrum, gdzie przemiany urbanistyczne i architektoniczne pokazują inną opowieść. W podwórkach można znaleźć np. resztki niemieckich napisów. Dzięki temu mamy do pewnego stopnia wgląd w autentyczną przeszłość miasta. Takich drobnych elementów jest cała masa – choćby latarnie, które świecą zupełnie inaczej niż te dzisiejsze, a nawet te sprzed 30 lat. Infrastruktura, która została po Breslau, była wysokiej jakości, dzięki temu udało się jej w wielu miejscach przetrwać w stanie niemal nienaruszonym do dziś. Podwórka we Wrocławiu są ogromne, więc ich remonty wymagają olbrzymich nakładów – dlatego są tak długo odwlekane.
Chcieliśmy pokazać, że Wrocław ma wiele twarzy – nie tylko te najbardziej znane jak zoo, rynek czy Hala Stulecia. To miasto dużo bardziej skomplikowane, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
Jak wybieraliście konkretne podwórka, które wykorzystywaliście potem do akcji artystycznych?
NR: Nie mieliśmy wiele czasu na badania. Bazowaliśmy na rozmaitych dokumentach miejskich i statystykach GUS-u, które nie zawsze są precyzyjne. Niemniej podstawowe dane związane ze strukturą społeczną mieliśmy – wiek, aktywność społeczna, frekwencja wyborcza itp. Dało nam to wstępny obraz sytuacji.
Jesteś wrocławianką – korzystałaś też ze swojego osobistego doświadczenia?
NR: Tak, znam historię swojego miasta, ale też jego współczesny obraz – to okazało się bezcenne przy pracy nad tym projektem.
MB: Ale nie tylko my podejmowaliśmy decyzje, sami artyści również.
Jak wyglądała praca z mieszkańcami?
NR: To było zdecydowanie najtrudniejsze – dużo trudniejsze niż jakiekolwiek działania logistyczne, np. montowanie skomplikowanych instalacji. Gdy wybieraliśmy już przestrzeń i dany projekt był zaplanowany, pieniądze w budżecie zarezerwowane, a zarządca na piśmie wyrażał zgodę – wtedy zaczynaliśmy konsultacje z mieszkańcami. Polegały przede wszystkim na tym, że opowiadaliśmy o naszym pomyśle, staraliśmy się uczynić go zrozumiałym. Rzadko kiedy mieszkańcy chcieli coś modyfikować. Raczej mieli mnóstwo pytań – zazwyczaj niezwiązanych bezpośrednio z projektem.
Jakie?
NR: Byliśmy wyraźnie określoną instytucją, która przyszła do nich, więc postanowili wykorzystać to jako okazję do załatwienia rozmaitych spraw, co nie znaczy, że rozumieli, czym jako instytucja się zajmujemy. Na przykład, że kubeł na odpady zmieszane jest za mały, więc czy moglibyśmy załatwić drugi. Albo że dzieci pani spod piątki ciągle kopią piłkę o ścianę kamienicy, więc czy moglibyśmy namalować im bramkę gdzie indziej. Nie da się przygotować na te wszystkie pytania. Wiele osób nie rozumie, o jakie działanie nam chodzi – nie wiedzieli, po co właściwie tam jesteśmy.
Coś się zmieniło w podejściu mieszkańców podczas trwania projektu?
NR: Samo to, że wiele osób wzięło po raz pierwszy w życiu udział w konsultacjach społecznych, rozmowach, było dużą zmianą. Często po raz pierwszy mieli okazję zabrać obywatelski głos w jakiejś sprawie. Choć bywało to trudne. Mieszkańcy często woleli obserwować nas zza firanki albo wieszać po raz czwarty to samo pranie na balkonie, niż zejść i porozmawiać.
MB: A gdy już coś im się nie podobało, to chętniej pisali do nas listy z pretensjami – byle uniknąć bezpośredniej konfrontacji.
Często spotykaliście się z oporem?
MB: Bardzo często. Najgorzej, że prawie zawsze był on całkowicie nieuzasadniony, bo brał się z plotek i niezrozumienia. Najwięcej nerwów kosztowały nas dwie instalacje: ławka „Kocham” Elżbiety Jabłońskiej oraz praca Artura Żmijewskiego wykorzystująca porzucone poniemieckie płyty nagrobne.
NR: Był jeszcze projekt „Agora”, którego niestety nie udało nam się zrealizować, gdyż kolejne konsultacje nie przynosiły żadnego efektu.
Na czym miał polegać?
NR: Chcieliśmy stworzyć coś na kształt współczesnej agory – miejsca wspólnego, gdzie każdy odnalazłby coś dla siebie. Projekt poprzedziła ankieta, która miała pokazać, czego od takiego miejsca oczekiwaliby sami mieszkańcy. Niestety, pojawił się opór, którego nie udało nam się przełamać negocjacjami.
MB: „Ławka” z kolei to dobry przykład nieporozumień, z którymi nieustannie się zmagaliśmy. Chodziło oczywiście o pieniądze. Już pod sam koniec realizacji tego projektu zainteresowała się nim prasa brukowa, która opublikowała na jego temat całkowicie wyssany z palca artykuł. Sugerowano w nim, że to nie tylko straszne marnotrawstwo pieniędzy, ale też że podczas prac dokonano zniszczeń infrastruktury budynku – rzekomo przecięto jakieś kable, uszkodzono rury itp. Oczywiście nic takiego się nie stało, ale odbiło się to szerokim echem, mimo że sam projekt był bardzo prosty i niewinny w swojej wymowie – chodziło o podświetlone słowo „kocham”. A plotka osiedlowa głosiła, że projekt ten pochłonął wszystkie pieniądze, jakie miasto w najbliższych latach miało przeznaczyć na remonty na tym podwórku. Temat pieniędzy w ogóle zawsze był trudny – musieliśmy tłumaczyć mieszkańcom, że nasz budżet jest przeznaczony na kulturę i nie możemy nic innego z nim zrobić.
NR: Nie ma się co dziwić. Działaliśmy w środowisku, gdzie sztuka, szczególnie ta współczesna, nie jest rozpoznana. Doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, dlatego tak cenna okazała się pokora samych artystów. Bez negocjacji i konsultowania pomysłów zakończyłoby się to totalną klapą. Negocjacja od początku była fundamentem i podstawowym założeniem wszelkich działań. Nieustannie pośredniczyliśmy między mieszkańcami, urzędnikami i artystami. Sama jestem zdziwiona, że aż tyle udało nam się zdziałać!
MB: Po tych dwóch latach wiemy już, że najwięcej czasu i wysiłku zajmują właśnie konsultacje. To cenne doświadczenie na przyszłość, bo gdy zabieraliśmy się do tego projektu, nie do końca zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
NR: Bardzo trudno oszacować potrzebny czas – niekiedy wystarczą dwa tygodnie, ale bywa, że potrzeba kilku miesięcy.
Co Was zaskoczyło pozytywnie?
NR: Bardzo dużo drobnych rzeczy. Na przykład na planie osiedlowego serialu Karoliny Breguły urządziliśmy pewnego dnia o świcie plenerowe śniadanie dla wszystkich mieszkańców. W pewnym momencie podszedł do nas starszy pan i powiedział, że on wcześniej nie rozumiał, co to właściwie jest ta Europejska Stolica Kultury, ale teraz już wie – to piknik o świcie, spotkanie inne niż wszystkie. Udało nam się też spotkać ze sobą ludzi, którzy wcześniej, choć mieszkali koło siebie od lat, nie znali się, a teraz się odwiedzają. Udało nam się także kilka osób włączyć w działania społeczne – biorą udział w rozmaitych głosowaniach czy debatach. To nie są olbrzymie czy spektakularne sukcesy, ale nas bardzo cieszą.
MB: Jest też Pracownia na Przedmieściu Oławskim, która stała się ważnym punktem życia lokalnego. Coś, co miało być zwykłą pracownią artystyczną, okazało się punktem skupiającym ludzi, którzy chcą coś zrobić – nie tylko dla siebie, ale również dla swojej dzielnicy.
Ponoć nieustannie słyszeliście ostrzeżenie: „To wam zniszczą”.
NR: Tak, powtarzało się to przy każdej instalacji.
Kto tak mówił?
NR: Wszyscy. Mieszkańcy, zarządcy, urzędnicy... „Tu mieszkają źli ludzie, nie ma sensu nic robić” – też się często pojawiało.
MB: To był wyraz bezradności wobec tej przestrzeni. I braku wiary.
I zniszczyli coś?
NR: Nic! Mimo że dałoby się to zrobić w jednej chwili. W takich miejscach nie ma przecież żadnej ochrony, nikt tego nie pilnuje.
MB: Tym bardziej nas to cieszy, bo to były niejednokrotnie prace trudne i w nieoczywisty sposób ładne.
Nie zapytam Was, czy oceniacie całą akcję jako sukces, bo tego nie da się przecież teraz jednoznacznie ocenić. Ale jak wyglądała Wasza definicja tego, czym – biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia – mógłby być sukces?
NR: To wyglądało inaczej na każdy etapie. Na początku sukcesem był sam fakt, że artyści tak entuzjastycznie zgodzili się wziąć udział w naszym projekcie. Potem olbrzymim sukcesem okazało się postawienie pierwszej pracy. Było to równie zaskakujące jak to, że udało nam się zaangażować do projektów tak ciekawych artystów. Dla nas liczyły się też drobne zwycięstwa – że ludzie przyszli na warsztaty, że konsultacje się udały itp. Cała formuła projektu była bardzo oryginalna i eksperymentalna – nie mieliśmy na kim się wzorować. Całą metodologię musieliśmy wypracować sobie sami.
MB: Dla mnie największym sukcesem jest to, że tyle osób udało się przekonać do tak szalonego i szeroko zakrojonego pomysłu. Gdy zaczynaliśmy, nic nie było oczywiste, szczególnie pieniądze.
NR: Ważne jest też to, że projekt był i dalej jest kontrowersyjny oraz nieoczywisty. Wiele rzeczy się nie udało, ale dzięki temu dużo się nauczyliśmy. Bardzo bym nie chciała, żeby ktoś to podsumował okrągłym zdaniem typu: „Zrobiliście kilkadziesiąt bardzo ładnych prac”. Nie na tym polega siła i znaczenie tego projektu.
A jak wyglądało zderzenie mieszkańców i sztuki nowoczesnej? Pojawiały się głosy typu: „Panie, co to za sztuka, przecież to ławka”?
MB: Oczywiście, nieustannie!
NR: Założyliśmy jednak, że nasze prace powinny mieć margines użyteczności, właśnie po to, by stworzyć przestrzeń porozumienia z odbiorcą, który nie ma odpowiednich kompetencji, by odbierać sztukę współczesną. Argumentowaliśmy w ten sposób: „Może się to panu nie podobać, ale może pan na tym usiąść”. Ten element użyteczności zazwyczaj okazywał się kluczowy.
MB: Ja w ogóle broniłbym elementu użyteczności w sztuce, który się często, a chyba niesłusznie, przeciwstawia pojęciu autonomii. Dzięki użyteczności łatwiej też przekonać kolejne instytucje do wykładania pieniędzy, bez których niewiele da się zrobić. Użyteczność to pomost między sztuką a resztą świata. Na podwórku nie da się rozmawiać, korzystając z języka Adorna.
NR: Choć użyteczność nie jest jedynym sposobem tłumaczenia tego, czym jest sztuka. Weźmy przykład dmuchanego, ośmiometrowego jeża. Brzmi abstrakcyjnie, ale właśnie dlatego, że jest on tak niemożliwy, okazał się bardzo atrakcyjny. Jego absurdalność wywraca porządek codzienności – ludzie doświadczyli dzięki niemu niezwykłości świata i, być może, spojrzeli na pewne rzeczy inaczej. Na przykład na przestrzeń, w której mieszkają.
MB: Dzieci, które brały udział w akcji z jeżem, mówiły, że to były najlepsze wakacje ich życia. Jak się często okazywało, w ogóle pierwsze. Tego typu zaburzenia codzienności wyzwalają olbrzymią energię.
Czy myślenie w kategoriach sztuki misyjnej jest Wam bliskie?
MB: Nie, nie przesadzałbym, jeśli chodzi o zmiany społeczne. Jeśli w ogóle, to mamy tu do czynienia z mikroprzesunięciami. To nie jest festiwal, tylko działanie długofalowe. Pewne rzeczy mają szansę zaowocować dopiero w bardzo długiej perspektywie.
NR: My pracujemy na mikrozmianach. Na przykład na jednym podwórku udało nam się spotkać ze sobą dwóch architektów, którzy mieszkali koło siebie od lat, nie wiedząc o tym. Każdy z nich chciał coś zrobić dla swojego osiedla, ale w pojedynkę nie mógł się do tego zebrać. Teraz jest na to szansa.
MB: Staramy się stwarzać potencjalność dla kolejnych zdarzeń i zmian.
Wykonujecie niesamowitą robotę dla miasta i jego mieszkańców, ale czy nie boicie się mrocznego rewersu tego typu działań artystycznych? Mam na myśli gentryfikację.
NR: Oczywiście mamy z nią do czynienia we Wrocławiu, ale z pewnością nie w tych dzielnicach, w których pracowaliśmy teraz. Gdzieniegdzie widać pierwsze sygnały tego procesu, ale przede wszystkim z powodu atrakcyjnej lokalizacji niektórych miejsc.
MB: Używanie sztuki przez władzę w celu gentryfikacji niektórych obszarów to szerszy problem. Spotykam się z tym dość często, nie tylko we Wrocławiu. Staram się unikać takich sytuacji, bo profity okazują się bardzo jednostronne. Ale w przypadku akcji „Wrocław – wejście od podwórza” mamy do czynienia z przestrzeniami bardzo zaniedbanymi, pomijanymi w planach rewitalizacji, więc gentryfikacja na pewno nie grozi im w najbliższym czasie.
NR: Do tego większość naszych projektów służy przede wszystkim mieszkańcom – nie mają takiej siły oddziaływania. Są małe, szczere – i co najważniejsze – szybko zostały zaakceptowane jako „swojskie”. Taka sztuka nie przyczyni się do gentryfikacji.
Programy Europejskiej Stolicy Kultury powoli się kończą. Co dalej z podwórkami?
NR: Zostało nam jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Będziemy też potrzebowali kilku miesięcy na ewaluację całego projektu. Dzięki temu łatwiej będzie nam odpowiedzieć na wszelkie pytania typu „co dalej”. Bardzo nam zależy, żeby wszystkie te instalacje przetrwały i stały się zaczynami do dalszych działań. Myślę, że nasza formuła przyjęła się na dobre. Czas pokaże, jak będą wyglądały jej kolejne wcielenia. ©

MICHAŁ BIENIEK jest artystą i kuratorem, absolwentem wrocławskiej ASP. Studiował na wydziale Curating Contemporary Art w Royal College of Art w Londynie. Szef Fundacji Art Transparent, a także twórca i kurator generalny Przeglądu Sztuki SURVIVAL. W 2011 r. kurator polskiej edycji formatu Emergency Room Thierry’ego Geoffroya w ramach EKK we Wrocławiu. Od 2013 r. pełni funkcję kuratora programu sztuk wizualnych Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. W 2015 r. kurator wystawy „Dispossession” w ramach Międzynarodowego Biennale Sztuki w Wenecji. Kurator projektu „Wrocław – wejście od podwórza”.

NATALIA ROMASZKAN jest absolwentką Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Zajmuje się edukacją oraz animacją społeczną i kulturową. Jest kuratorką i projektantką wnętrz. Współtworzy autorski projekt edukacyjno-artystyczny „3D czyli Dizajn Dla Dzieci” w galerii Dizajn – BWA Wrocław. Koordynatorka projektu „Wrocław – wejście od podwórza”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]