Reklama

Stracone dzieci

Stracone dzieci

26.03.2007
Czyta się kilka minut
Należała do najmłodszych sygnatariuszy "Karty 77. Podpisała ją, mając niespełna 20 lat, tuż po maturze. Pisarka Tereza Boučková mówi o sobie, że w Czechosłowacji skazano ją na bycie dysydentką.
1982 r.: "Socjalistyczne wychowanie dzieci powinnością każdego z nas!" /fot. J. Streit
N

Na propozycję rozmowy Boučková zareagowała z rezerwą. - Tyle razy już opowiadałam o sobie - zakomunikowała. Jednak po chwili dodała: - No tak, ale w Polsce ludzie wcale nie muszą wiedzieć o naszych przeżyciach.

Zgodziła się.

Wilczy bilet za ojca

Miała 11 lat, kiedy do Czechosłowacji wjechały czołgi armii Układu Warszawskiego, aby rozprawić się z "Praską Wiosną". - Sierpień 1968 roku zapamiętam na zawsze - mówi. - Strasznie bałam się wtedy wojny. Dzięki tym czołgom zrozumiałam dokładnie, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.

Twierdzi też, że wciąż jej towarzyszy obraz czołgów na ulicach Pragi. Przywrócenie rządów wiernopoddańczych Moskwie komunistów miało bezpośredni wpływ na losy jej rodziny. Jej ojcem był Pavel Kohout, znany dramaturg i pisarz, który opowiedział się po stronie reformatorów Alexandra Dubčeka. Kohout nie mieszkał z rodziną, co wcale nie przeszkodziło komunistom, aby w ramach "normalizacji" Tereza poczuła, że należy do obywateli gorszej kategorii.

- Kiedy ma się 14 lat, to człowiek nie myśli o polityce. Ale wtedy ze względu na polityczne zaangażowanie ojca nie przyjęto mnie do gimnazjum - wspomina czas, gdy po raz pierwszy wielka polityka wkroczyła w jej życie. Dzięki różnym zabiegom udało się ją wcisnąć do szkoły średniej. Zrobiła maturę. Chciała zdawać do szkoły teatralnej, dlatego brała lekcje u znanej aktorki, znajomej ojca, Vlasty Chramostovej. Na studia jednak już jej nie zezwolono. Przeżyła rozczarowanie, dzieląc los dzieci, które ze względu na "nieprawomyślność" rodziców dostały od komunistów "wilczy bilet".

- O "Karcie 77" dowiedziałam się z telewizji - wspomina. - Pobiegłam do ojca. Mimo że z powodów rodzinnych nie rozmawialiśmy ze sobą, uważałam, że muszę go wesprzeć. Od niego dowiedziałam się szczegółów.

Nie od razu zdecydowała się podpisać "Kartę". Zrobiła to rok później, w mieszkaniu Vlasty Chramostovej. Historia zatoczyła krąg. W swoich wspomnieniach Chramostová przyznaje bowiem, że osobą, która przyniosła jej deklarację "Karty 77" do podpisu, był... Pavel Kohout.

- Chciałam, aby coś się zmieniło w naszym społeczeństwie, ale też strasznie się bałam - przyznaje Tereza. - Wiedziałam, że podpis oznacza jeszcze większe kłopoty, niż miałam dotychczas. I bałam się, czy to wytrzymam.

20-latka musiała pogodzić się nie tylko z tym, że nie ma dla niej miejsca na żadnej uczelni, ale także że skazuje się ją na życie na marginesie zawodowym. Czechosłowacka Służba Bezpieczeństwa (StB) już wcześniej wykazała duże starania, aby nie znalazła pracy, a nawet by nie mogła grać w teatrach amatorskich. Funkcjonariusze StB podążali jej śladem i zastraszali ewentualnych pracodawców lub szefów ekip teatralnych.

Teraz gorliwość bezpieki stała się jeszcze większa. A podpis pod "Kartą" zweryfikował również przyjaciół: niektórzy woleli się z nią już nie spotykać. Zaczęły się także częste przesłuchania, pod jej adresem padały groźby na przemian z propozycjami emigracji i współpracy. Odmawia. Jej działalność w opozycji ograniczała się do powielania na maszynie różnych tekstów; często bywała także łączniczką między członkami "Karty", jako że większość z nich miała wyłączone telefony.

Sprzątaczka

Dobrze wspomina rok podpisania "Karty". Jej ojciec, z którym po latach zaczęła się dogadywać, a także Vlasta Chramostová i Pavel Landovský powołali do życia niezależny "Teatr Domowy". Jak sama nazwa mówi, spektakle grano w konspiracji przed StB w prywatnych mieszkaniach. W jakimś stopniu jej marzenie występowania na scenie się spełniło. Miała możność krótki czas grać u boku uznanych aktorów.

Mimo okazji do wyjazdu, postanowiła zostać w kraju. Odebrano jej paszport. Z czasem zaczęła pracować. Dla takich jak ona przeznaczone były najgorsze i mało płatne zawody: sprzątaczka, listonoszka, dozorczyni.

Dziewczyna, która świetnie mówiła po angielsku i niemiecku i miała zacięcie artystyczne, teraz szorowała schody. Jak wspomina, często za gardło chwytało ją poczucie bezradności.

30 lat później czeska telewizja poświęciła jej jeden z odcinków serialu dokumentalnego "Kobiety Karty 77". Są w nim sceny, kiedy ubrana w żółtą koszulkę i takież krótkie spodenki chodzi po Pradze z wiadrem i szczotką w rękach. Jest radosna, śmieje się, macha do kamery, udaje, że zamiata ulice. Wydaje się beztroska. - Chodziliśmy z ekipą po miejscach, które niegdyś sprzątałam, nie było to przykre - wspomina. - Ucieszyłam się, że znów odwiedzam te okolice i że już nie muszę ich sprzątać. Ale przed laty nie było tak wesoło: nie było nadziei na powodzenie w życiu, na wyjazd za granicę. Takie życie na marginesie społecznym, bez pieniędzy, gdy w zasadzie nic się nie wiedzie... Ale kiedy się wie, że to wszystko wytrzymałam, nie poddałam się, to jednak jest radość.

Do 1988 r. sprzątała więc praskie kamienice, nawet wtedy, kiedy zmęczona miastem wyniosła się z drugim mężem i zamieszkała w skromnej "chałupie" poza stolicą.

Adoptowali dwójkę dzieci.

Mając 30 lat, zaczęła pisać. Dziś jest autorką kilku książek, scenariuszy filmowych; pisze felietony. Jej debiut, autobiograficzny "Indiánský běh", ukazał się wpierw w samizdacie i musiał kilka lat poczekać na oficjalne wydanie, nawet po Aksamitnej Rewolucji - jako że autorka odbrązowiała w nim postacie publiczne, m.in. swojego ojca i Václava Havla.

***

Po latach deklaruje, że nie żałuje tego, co zrobiła. Ale wskazuje też na pomijany rys dziejów jej pokolenia: - 10 lat straciłam na pracę w podrzędnych zawodach, tak jak wiele dzieci dysydentów. Nasi rodzice w odróżnieniu od nas mogli po 1989 r. wrócić do swoich zawodów. My żadnych porządnych zawodów nie mieliśmy. Jestem szczęściarą, że odnalazłam w sobie talent pisarski. Ale wielu z moich przyjaciół tego braku w wykształceniu i karierze nie pokonało. Mieli rodziny i nie mogli zacząć studiów i nowego życia mając 30, 40 lat...

Dodaje: - Wydaje mi się bardzo niesprawiedliwe, że nikt na to nie zwrócił uwagi.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]