Śmiech Miłosza

Ta książka składa się w większości z tekstów, które pierwodruk miały w Tygodniku Powszechnym po śmierci Czesława Miłosza. Jest tu więc Mariana Stali Śmierć Poety i obszerny szkic biograficzny autorstwa Andrzeja Franaszka, i esej Seamusa Heaneya Śmierć starego króla, i spora część pożegnalnego wielogłosu: Ewa Bieńkowska, Adam Boniecki, Wojciech Bonowicz, Clare Cavanagh, Aleksander Fiut, Jerzy Illg, Maria Janion, Jan Andrzej Kłoczowski, Tamara i Leszek Kołakowscy, Stanisław Lem, Andrzej Szczeklik, Danuta Szczepańska, Wisława Szymborska, Jerzy Szymik, Łukasz Tischner, Barbara Toruńczyk, Tomas Venclova, Krystyna i Andrzej Wajdowie.
 /
/

Jest “Medytacja" Julii Hartwig, napisana niedługo przed 14 sierpnia 2004, dniem odejścia Poety, i stanowiąca wedle słów autorki “rodzaj zapisu intensywnego myślenia o Nim, wciąż jeszcze z nadzieją na osobiste spotkanie". Jest parafraza fragmentu Sofoklesowego “Edypa w Kolonie", dokonana przez Heaneya Miłoszowi w hołdzie, oraz wiersze Jane Hirshfield i Tomasza Różyckiego przedstawione podczas pamiętnego pożegnalnego wieczoru w kościele św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu. W tomie umieszczono też mowę Adama Zagajewskiego wygłoszoną podczas pogrzebu na Skałce, artykuły Adama Michnika i Jarosława Mikołajewskiego z “Gazety Wyborczej" oraz głosy Ryszarda Krynickiego i Roberta Hassa wydrukowane w “Rzeczpospolitej". I kilka wspomnień napisanych specjalnie dla tej książki.

***

Wśród autorów, których w “Tygodniku" nie było, znalazło się kilkoro amerykańskich przyjaciół poety i jego szwedzki tłumacz Anders Bodegĺrd. Warto popatrzeć na naszego Poetę ich oczami, by lepiej zrozumieć, że nie jest on tylko nasz. Kiedy czytamy te wypowiedzi, uderza nuta niekłamanej bliskości, przywiązania, wdzięczności. Wdzięczności dla pisarza za jego dzieło i dla człowieka za jego obecność. I świadomości, tej samej co na przykład u Ryszarda Krynickiego, że “odszedł wielki poeta dwudziestego wieku, jeden z największych".

“Miałem dwadzieścia parę lat, kiedy zetknąłem się z wierszami Czesława Miłosza - pisze poeta Edward Hirsch - i od tamtej pory jego teksty pozostają we mnie jako probierz poezji współczesnej... Wiersze Miłosza krążą w krwiobiegu poezji nie tylko polskiej, lecz także amerykańskiej. W każdym okresie swojego rozwoju Miłosz ofiarował nam model poetyckiej - ludzkiej - prawości i powagi. Zdumiewające, jak wielu sprawom dwudziestego wieku zdecydował się stawić czoło, jak wiele z nich przyswoić, jak wiele piękna wycisnął ze skrwawionych obszarów tego stulecia".

“Co sprawia, że pisarz jest światłem dla czytelnika, od którego w czasie dzieli go pokolenie, a w przestrzeni tysiące mil? - zastanawia się Helen Vendler, jedna z ważnych postaci amerykańskiej krytyki. - Wiedziałam, że dużo tracę, czytając Miłosza wyłącznie w przekładzie; ale nawet po angielsku charakterystyczne dla niego frapujące połączenie historycznego rozmachu z drobiazgowym odmalowaniem szczegółu odkrywało przed poezją rzeczywistości nowe horyzonty... Tematyka jego wierszy była wyrzutem wobec mojego amerykańskiego prowincjonalizmu; czytając go, czułam, jakbym dostawała porcję wielkiej mądrości i zarazem naganę (a jednocześnie upajałam się nowatorstwem form i obrazów). Światło - historyczne, intelektualne i poetyckie - jakie zapalił Miłosz w moim umyśle, nie zgasło z jego śmiercią; ta śmierć jednak odbiera nam jego po ludzku żywą obecność".

Właśnie, obecność - ona w tych świadectwach jest niemal równie ważna jak wiersze czy eseje. “Jestem wdzięczna, że znałam Czesława Miłosza. Będę za nim tęsknić" - stwierdza po prostu tłumaczka Clare Cavanagh. Dla Andersa Bodegĺrda materialnym znakiem pamięci stała się - konfitura z jarzębiny. Gdy we wrześniu 2000 roku Miłosz przyjechał na tydzień do Sztokholmu, ostatniego wieczoru odbyła się kolacja w domu Bodegarda. “Piliśmy wódkę, podałem egzotyczne mięso renifera i do tego pewne konfitury" - właśnie jarzębinowe. Gdy Miłosz ich spróbował - wspomina tłumacz - “słynne brwi nastroszyły się: »Co to jest, ten smak, ten aromat? Rozpoznaję go!«". Wyostrzone zmysły nieomylnie wyczuły smak zapamiętany osiemdziesiąt lat temu, w dzieciństwie, jeszcze w Szetejniach...

“Niezwykłe skupienie - jak w soczewce - dzięki któremu Miłosz tworzył, stanowiło nieodłączną część jego sposobu reagowania na wszystko, co go otacza. A obok tego głębokiego skupienia - zauważa Helen Vendler - występował zachłanny apetyt na życie: poeta kochał rozmowy, kochał książki, kochał kobiety, kochał jedzenie i wino, kochał podróże, kochał swoich przyjaciół - wszystko to bez najmniejszego uszczerbku dla traktowanej z niemal świętym szacunkiem powinności wobec swojej sztuki i tego, co nazywał »rodziną ludzką«. Jego niezgoda na rolę artysty zamkniętego w getcie awangardy, niesłabnące zainteresowanie najzwyklejszymi stronami życia, ogromna, nietuzinkowa wiedza i, przede wszystkim (mimo wielu tragedii, które przeżył i których był świadkiem), niezmierna wdzięczność za bogactwo świata sprawiały, że zaskarbiał sobie sympatię ludzi, którzy się z nim stykali, a także czytelników". Sympatię, ale i respekt, a nawet lęk. Vendler wspomina, że kiedy w roku 1981 zobaczyła Miłosza w uniwersytecie Harvarda, dokąd przyjechał z serią wykładów, stojącego na mównicy i przemawiającego zaciekle i z pasją, stwierdziła, że chyba będzie się go bać...

***

Ważną częścią Miłoszowej obecności był - często w tej książce wspominany - tubalny, nieco gargantuiczny śmiech. Zakończmy więc anegdotą - dramatyczną, wzruszającą i zabawną zarazem, nieczęste to połączenie - którą opowiada poeta Robert Pinsky. Pinsky po raz ostatni rozmawiał z Miłoszem pod koniec czerwca 2004 roku, na dzień przed jego 93. urodzinami i na kilka tygodni przed śmiercią. Miłosz powitał go - rzecz działa się w krakowskiej klinice przy ulicy Skawińskiej - “znajomą mieszaniną uprzejmości i świadomości własnego »ja«: »Jestem wzruszony, że przyszedłeś mnie odwiedzić. Na szczęście jestem przytomny«". Na pytanie zaś, czy układa zdania w głowie, czy “pisze w głowie", odpowiedział: “Nieee. Tylko takie tam rupiecie, bric-a-brac".

“Zaraz potem - opowiada dalej Pinsky - dał mi przykład takiego bric-ŕ-brac - sen, który przyśnił mu się tamtej nocy w szpitalu. »Śniło mi się, że byłem w osiemnastowiecznym Bostonie - powiedział. - Kłóciłem się z purytanami«. Po chwili dodał: »Wszyscy byli w białych fartuchach«, i znów zabrzmiał znajomy tubalny śmiech, wyrażający poczucie absurdalności i celowości, apetyt i wstręt, żałobę i odrodzenie - jeden z najistotniejszych dźwięków XX wieku, utrwalony w dziele nie mającym sobie równych. Wrogom tego wielkiego głosu nie udało się stłumić go na wygnaniu; ich ślepe, gniewne protesty nie zagłuszą jego triumfu w ojczyźnie". (Wydawnictwo Znak, Kraków 2004, s. 224. Redakcja i posłowie: Joanna Gromek. Prócz wymienionych powyżej, w tomie znalazły się teksty: Stanisława Balbusa, Roberta Faggena, Jerzego Jarzębskiego, Aleksandra Jurewicza, Ireneusza Kani, Agnieszki Kuciak, Richarda Lourie, Leonarda Nathana, Wacława Oszajcy, Aleksandra Schenkera, Marka Skwarnickiego i Bogdana Toszy. Na okładce fotografia autorstwa Joanny Helander.)

Lektor

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2004