Przygody

Pierwszego dnia wdrapaliśmy się pod Durbaszkę przy pełnym słońcu. Na Gabańce, na Kiczorze i dalej już zbierały się mgły, a my mieliśmy niebo niebieskie z kępkami chmur, które wyglądały, jakby wyskubano je z leżącego na ziemi śniegu. Widok był niezwykły: wszędzie dokoła leżał śnieg, ale liście na drzewach były zielone, czasem żółte, rzadko gdzie zdążyły się zaczerwienić. Szło się dobrze, pod butami płynął cieniutki strumyczek, miejscami robiło się błoto, ale bokami drogi trzymał się śnieg, a w głowę grzało.
Czyta się kilka minut

O szóstej była Msza w kościele w Jaworkach - niedzielna w sobotę. Trudno się było skupić przed olbrzymim, wyzłoconym ikonostasem, z Chrystusem tronującym pośrodku, z patriarchami, apostołami i prazdnikami po bokach, ze świętym Mikołajem, który tylko w cerkwiach wygląda poważnie, i świętym Janem Chryzostomem, niegdysiejszym patronem świątyni, któremu po wojnie przepędzono wiernych. Na tym tle zaciągający głos młodego kaznodziei, opowiadającego o pracy wśród katolików na Wołyniu, zabrzmiał nieoczekiwanie jak echo dawnych modlitw. Przed ołtarzem siedziała uroczysta para, która obchodziła pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Nie widziałem ich twarzy, dostrzegłem tylko, że gospodarz ma obfitego wąsa, którego końce wyginały się lekko w górę.

Po Mszy drogę do kościoła zablokował cofający nieumiejętnie busik. Tyłem zarył w skarpę, przodem niemal wbił się w płot. Staliśmy w deszczu, najpierw w pracujących samochodach, potem już przy wyłączonych silnikach, widząc, że trochę potrwa, nim kolumna ruszy. Deszcz był coraz gęstszy, mężczyźni pokrzykiwali na siebie, jedni chcieli spychać auto w dół, drudzy ciągnąć w górę. Opony tarły o bruk, w powietrzu unosił się swąd spalonej gumy. Gdy ważyły się koncepcje, mój przyjaciel Artek, niewiele mówiąc, przywiązał linę do przedniego koła busika i drugiemu busikowi, który nadjechał z odsieczą, kazał pociągnąć. Zaklinowane auto zakołysało się i wróciło na drogę. Przy okazji o mało nie wgniotło w płot mężczyzny, który mimo ostrzeżeń nie chciał się odsunąć.

Niedziela od rana była pochmurna. Pojechaliśmy na Słowację w trzy samochody. W jednej ze wsi, przez które przejeżdżaliśmy, wypadł nieoczekiwanie na drogę duży czarny pies. Józek hamował, ale nie był w stanie uniknąć zderzenia. Pies odskoczył z podkuloną łapą, miotał się wśród pryzm śniegu zepchniętego na pobocze. Z domu obok drogi wyszedł mężczyzna, żeby go zabrać. Przypomniało mi się, jak przed laty stryj wjechał dużym fiatem w psa, który tak samo wyskoczył z otwartej furtki. Tamten pies wył straszliwie i stryj miał łzy w oczach. Ja siedziałem z tyłu przejęty, bo to była moja pierwsza czy druga w życiu przejażdżka dużym fiatem.

Godzinę później w drodze do Litmanowej znów dopadły nas psy, tym razem bezpańskie. Mniejszy szczekał wściekle, rzucał się na opony, chciał gryźć. Większy miał tylną łapę przetrąconą, przyglądał się mniejszemu wielkimi, smutnymi oczami.

PS. Mój felieton o sukcesie "jednoprocentówki" miał nosić tytuł "Nasza siła". Wydrukowano inaczej. Może i dobrze. Nie ma co prężyć muskułów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2009