Pierwsi do chwytania za kamienie są ci, którzy w życiu nie mają na co narzekać i lubią to podkreślać

Uważajcie na pielęgnowane latami drobne urazy. Okazuje się, że ktoś jest w stanie wytropić, odnaleźć i wysłać na śmierć człowieka, który kiedyś nie odpowiedział mu na dzień dobry, nie docenił jego wiersza, odmówił wystawienia sztuki.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Jakiś czas temu zdarzyło mi się być świadkiem wyklucia się na świat mini-Robespierka. Objawił się pod postacią dalszej znajomej, osoby zaradnej, zamożnej i wykształconej, którą do tej pory kojarzyłam z tyleż mądrych, co niezobowiązujących rozmów o muzyce. Gdy jednak ugrupowanie polityczne, z którym sympatyzowała, zaczęło odnosić sukcesy, pokazała się ze zgoła innej strony, racząc słuchaczy prześladowczymi fantazjami. Nie były to typowe groźby, na jakie łatwo natknąć się w internecie (gdzie ludzie, jak przypuszczam, traktują często interakcje jak wyżywanie się w grze komputerowej i do jakiegoś stopnia uważają, że to na niby). Ona swoją własną osobą i na żywo sygnowała wizję, w której ludzie, którzy nic jej nie zrobili, a nawet tacy, których znała, ale coś jej w nich widocznie nie odpowiadało, zasługiwali na ciężkie roboty, a przy pomyślnych wiatrach może i łamanie kołem. 

Nie jest to jedyny znany mi przypadek, kiedy w kimś niespodziewanie objawił się malutki oprawca. Na ogół nie jest to człowiek zgnębiony życiem (choć biorę poprawkę na to, że nigdy nie wiemy wszystkiego), a z pewnością nie na życiowym dnie. Zaskakująco często obserwuję, że pierwsi do chwytania za kamienie są ci, którzy w życiu nie mają na co narzekać i lubią to podkreślać. Wystarczy po prostu, że pojawiają się właściwe okoliczności, a ci już stoją w blokach startowych, bo JUŻ MOŻNA. Ich krwiożercza satysfakcja budzi zdumienie, a zwłaszcza jej skala: w zemście za rzeczy małe są oni gotowi dokonywać rzeczy strasznych.

Filozofia od wieków męczy się z pytaniem, skąd zło. Czy rzucane w powietrze abstrakcyjne pogróżki to już zło, trudno orzec; wszak w wyobraźni wszystko wolno, a słowa to często tylko rzucana w afekcie przypadkowa sałatka. Gdy jednak ktoś coś tak jawnie i z lubością ogłasza, to wolę jednak traktować te deklaracje poważnie i pamiętać na wszelki wypadek, co brzydkiego kiedyś z kogoś wyszło. Najważniejszą lekcją z obcowania z Robespierkami była jednak dla mnie nauka o tym, gdzie wyczerpuje się potencjał spójnego wyjaśniania sobie świata, gdzie pęka sieć przyczyn i skutków.

Chętnie tutaj powtarzam, że obecnie jesteśmy zaczarowani przez tendencję do poszukiwania wszędzie wyjaśnień z klucza nauk społecznych. Jakkolwiek przydatny i otwierający oczy, ma on w sobie zakodowany pewien defekt: daje ulgę pozornej logiki, łączenia kropek, i przedstawia pożądany stan docelowy. Złudna obietnica kryje się w założeniu, że gdy coś wystarczająco dobrze opiszemy, opatrzymy nazwą i statystyką, to stanie się możliwe do opanowania, „zarządzalne”. Musi być jakiś powód, powiada psychologia czy socjologia; ktoś nie zaznał miłości w domu, ktoś został odrzucony za młodu, ktoś żyje w nieustannym lęku, ale przecież wystarczy odrobina pracy, żeby stał się na powrót obywatelem zrównoważonym. W takiej perspektywie nikt naprawdę nie chce źle, a czyjeś egzekucyjne marzenia to naprawialny błąd oprogramowania. W końcu każdy ostatecznie chce spokoju i dobrego życia, prawda?

Przypadkowość i zarazem ostentacja brutalnych deklaracji skłaniają mnie ku temu, by mocno w ten klucz wątpić. Pouczające bywają lektury o ludziach totalitarnych reżimów; odsłaniają one potęgę niskich pobudek i pielęgnowanych latami drobnych uraz, które potrafią kierować ludźmi. Okazuje się wówczas, że ktoś jest w stanie wytropić, odnaleźć i wysłać na śmierć człowieka, który kiedyś nie odpowiedział mu na dzień dobry, nie docenił należycie jego wiersza, odmówił wystawienia sztuki, nie zgodził się w dyskusji, dał tróję na egzaminie, kogoś, kto dostał w konkursie wyróżnienie czy stypendium – on, a nie ja!

Zwykłe sytuacje życiowe, zbiegi okoliczności, rzeczy drobne i w gruncie rzeczy mało ważne, okazują się wtedy wystarczającym powodem do pognębienia bliźniego. Naukowy ogląd świata wraz z „naprawialnymi” kategoriami, takimi jak niskie poczucie własnej wartości czy niepewność siebie, nie wystarczają, by zrozumieć tę absurdalną dysproporcję; znacznie trafniejsze wydają się kategorie rodem z literatury i kina, jak małostkowość, podłość czy brzydota charakteru, albo lepiej – postacie je uosabiające. Twórczość nie dostarcza natychmiastowych wyjaśnień, uwalnia od konieczności poszukiwania przyczyny i skutku, i pomaga czasem pojmować czy przyjmować do świadomości sprawy, które racjonalny opis świata kurczy, a wreszcie – pozbawia absurdalności i grozy. A o nich, jak sądzę, warto pamiętać – i może lepiej nawet zostawić dla nich margines niezrozumienia.

Dobrze by było, gdybyśmy mieli samo dobro.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Niskie pobudki