Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Piekło płonie

Piekło płonie

11.04.2013
Czyta się kilka minut
Zmarł Samuel Willenberg – ostatni ocalały więzień obozu zagłady w Treblince, powstaniec warszawski, artysta. Przypominamy tekst Patrycji Bukalskiej ze specjalnego dodatku "Opór i Zagłada. Żydzi w Polsce - rok 1943".
Dymy nad Treblinką po wybuchu buntu więźniów. Zdjęcie zrobił pracownik stacji kolejowej Treblinka, 6 km od obozu. 2 sierpnia 1943 r. Fot. Franciszek Zabiecki / ODBITKA W ARCHIWUM ŻIH
G

Gdy przed wojną do Częstochowy przyjeżdżał cyrk, chłopcy z Fabrycznej – żydowscy i polscy – bawili się w cyrk. Samek był lwem, bo miał długie włosy. W zabawie wygląd był ważny. Wkrótce miał okazać się najważniejszy. – Mój wygląd i moja polszczyzna. To mnie uratowało – mówi dziś Samuel Willenberg (choć od 1950 r. mieszka w Izraelu, jego polski dalej jest perfekcyjny). – I jeszcze kilka przypadków. I odwaga. To wszystko razem.

Ocenia się, że Żydzi przywożeni do obozu zagłady Treblinka II mieli mniej niż jeden procent szans na przeżycie pierwszych trzech godzin. Z około 800-900 tys. wojnę przeżyło 67.

OCHOTNIK

– Zawsze byłem szalony” – mówi Willenberg. To miałoby wyjaśnić, czemu we wrześniu 1939 r. jako 16-latek został żołnierzem – ochotnikiem Wojska Polskiego.

Szedł wtedy z tłumem uchodźców. W Rykach polscy żołnierze powiedzieli: „Chodźcie z nami”, więc Samuel do nich dołączył. Z wojskiem dotarł do Kowla, gdy na Polskę uderzyli Sowieci. Wojsko zaczęło się cofać, a w Chełmnie kampania Samka się skończyła: w walce z sowieckimi czołgami został ciężko ranny w krzyż.

Do grudnia 1939 r. w szpitalu, cudem nie został sparaliżowany na zawsze. Ta rana będzie mieć konsekwencje: kilka lat później, gdy w Treblince zostanie ukarany chłostą, odezwie się na nowo. Temperatura 40 stopni, odnowiona infekcja – tutaj, to pewna śmierć.

Czuł, że opuchlizna na kręgosłupie się powiększa, że wzbiera ropa. „Nabrzmiały mi gruczoły pachwinowe, bolały niesamowicie. Wiedziałem, że jest ze mną źle. Przypomniałem sobie, że kolega z drugiej pryczy ma scyzoryk” – wspominał Willenberg w swej książce „Bunt w Treblince”. – „Położyłem się na brzuchu i poprosiłem Alfreda, aby ciął prosto w poprzek krzyża. Alfred nie miał odwagi przeprowadzić tego zabiegu. Wrzasnąłem: – Tnij, bo inaczej mnie rozstrzelają”. Alfred przeciął skórę, oczyścił ranę z ropy.

ALFRED

W obozie, gdzie ludzie mieli przestać być ludźmi, Alfred Bohm był przyjacielem Samka i dobrym duchem baraku.

Niemiecki Żyd, został z rodziną wygnany z III Rzeszy do Polski w latach 30. – Mieszkał na Przemysłowej w Częstochowie. Tam się poznaliśmy, bo go bili. Bili go, bo źle mówił po polsku i był obcy. Ja się za to w ogóle lubiłem bić, więc biłem tych, którzy go bili – opowiada Willenberg. – Po przyjeździe do Treblinki kazali się nam rozbierać. Zdjąłem buty, mieliśmy je powiązać w pary. Ktoś daje mi sznurek i mówi: „Samek, to ty? Powiedz, że jesteś murarzem!”.

Gdy po chwili esesman spytał o murarzy, zgłosił się Willenberg. Nie był murarzem, ale miał na sobie poplamiony kitel ojca – malarza. To go uwiarygodniło. Wszyscy inni więźniowie z jego transportu zginęli tego dnia w komorze gazowej. On jako jedyny ocalał. A tym, który kazał mu przedstawić się jako murarz, był Alfred.

Na pytanie, jak w obozie zaczęła się konspiracja, Willenberg odpowiada krótko: Alfred. On sam myślał o ucieczce, gdy wychodził do pracy w lesie z komandem. Ale za ucieczkę więźnia śmierć groziła pozostałym. – Na pryczy Alfred szeptem mi tłumaczył, abym nie próbował uciekać sam. Powiedział: „My i tak spalimy tę fabrykę śmierci, jak nie będzie innej rady, razem z nami. Nieważne, czy po tym zostaniemy przy życiu. Wyczekujmy odpowiedniego momentu”.

POWSTANIE

„W pogodny kwietniowy dzień do Treblinki dojechał transport, który bardzo nas zdziwił swoim wyglądem. Wagony były w opłakanym stanie: powyrywane deski z różnych części wagonów, moc uszkodzeń. Na dachach leżeli uzbrojeni po zęby ukraińscy strażnicy z karabinami (...). Zdawało się, że w drodze stoczono z uwięzionymi Żydami gwałtowną bitwę”– tak Willenberg wspominał transport z walczącego warszawskiego getta.

Podczas rozbierania się nowo przybyłych na placu wybuchł granat; ktoś go przemycił. Niemcy i Ukraińcy (pełniący funkcję strażników) wpadli w panikę. Zaczęli się bać więźniów. A ci zbierali siły. Wiadomość o Powstaniu w Getcie była dla nich ważna: „To nam dało bodziec, było dopełnieniem tego, co już się działo. Bo konspiracja w obozie trwała już jakiś czas”.

2 sierpnia 1943 r. było upalnie. Nic nie zapowiadało, że to będzie inny dzień. Niemcy i Ukraińcy niczego się nie spodziewali. O godzinie wybuchu powstania w obozie Samuela zawiadomił Alfred. Plan był prosty: otworzyć arsenał dorobionym kluczem, rozprowadzić broń, obrzucić Niemców i Ukraińców granatami, podpalić garaże, właściwie podpalić wszystko. I uciekać.

Tak się stało: Treblinka stanęła w ogniu, zapanował chaos. Biegnąc, Willenberg zauważył dziecięcy wózek, z którym po obozie zawsze chodził Alfred (jego zadaniem było zbieranie śmieci). Przyjaciel leżał obok, nie żył.

Willenberg biegł więc razem z innymi. Wspominał: „Gdy dobiegliśmy do parkanu, naszym oczom ukazał się straszny widok. Pełno rozrzuconych trupów. Wśród zapór czołgowych stali, wyprostowani niczym pomniki, zabici więźniowie. Masa ludzka tworząca jakby pomost leżała na drutach kolczastych i zaporach. Z dwóch stron z wież strażniczych cały czas padały na nas kule z karabinu maszynowego. Przeczekałem chwilę i jak na skrzydłach przeskoczyłem zaporę po trupach kolegów”. Już w lesie zaczął krzyczeć opętańczo: „Piekło spalone! Piekło spalone!”.

UCIECZKA

Skąd bunt? Najprościej powiedzieć, że więźniowie chcieli żyć. Ale było coś jeszcze. – Celem było zniszczenie obozu. I zemsta. Te dwie rzeczy wiązały się ze sobą – wyjaśnia Willenberg.

– Nadzieja na życie była zawsze. Ale wierzyć, że przeżyję, zacząłem dopiero, gdy przeskoczyłem tamte zapory – wspomina. – Wtedy poczułem ból w nodze, zostałem postrzelony. Potem okazało się, że tkwi w niej jeszcze odłamek zapory. Noga była spuchnięta, ale biegłem.

Biegł lasami, nie wie, jak długo. Biegli inni: wiedzieli, że idzie obława. To taki bieg, gdy nie wiadomo, skąd bierze się siłę. Ale w końcu trzeba stanąć. On był ranny, potrzebował pomocy.

Inaczej niż większość uciekinierów, nie wyglądał na Żyda. Wcześniej, pierwszego dnia w Treblince, rozpoznał go dawny nauczyciel historii, profesor Mering. Stracił w obozie żonę i małą córkę. Miał świadomość, że jest świadkiem, a wkrótce będzie ofiarą zagłady swego narodu. „Patrzę na to z punktu widzenia historycznego” – powiedział Samuelowi. I dodał: „Willenberg, ty musisz żyć! Masz dobry aryjski wygląd, dobrą dykcję. Nie masz w sobie nic żydowskiego. Musisz uciec, aby opowiedzieć światu, coś tu widział i co jeszcze zobaczysz. To twoje zadanie”.

– W czasie ucieczki Polacy bardzo mi pomagali – przyznaje. Z czasem, gdy zacieśniała się obława, pewnie niektórzy zdawali sobie sprawę, że uciekł z Treblinki. Ale miał szczęście do ludzi. Czasem niewiarygodne: gdy dotarł do Warszawy, pomógł mu... szmalcownik z Rembertowa (oferował nawet wprowadzenie go do „biznesu” szantażowania Żydów).

W Warszawie Samuel odnalazł ojca, który miał fałszywe papiery. Spotkał się z matką. Ogolone włosy odrastały. Zaczął działać w konspiracji, w Polskiej Armii Ludowej (PAL, niewielkiej organizacji lewicowej – nie mylić z komunistyczną Armią Ludową).

OPASKA

Minął rok – i Willenberg znów biegł. 1 sierpnia 1944 r. zaczęło się Powstanie Warszawskie. Wziął więc swoją broń (rewolwer i dwa granaty) i dołączył do oddziału Armii Krajowej atakującego gmach na Koszykowej. Potem zgłosił się do tego oddziału. Gdy zapytali o nazwisko, podał prawdziwe – uznał, że jeśli ma zginąć, to nie jako fikcyjny Ignacy Popow. Tak został żołnierzem AK, w batalionie „Ruczaj”. Dostał biało-czerwoną opaskę.

Dzięki przyznaniu się, że jest Żydem, uratował wkrótce dwie Żydówki. Dziewczyny ukrywały się u folksdojczki – więc gdy powstańcy je tam znaleźli, uznali, że to „gołębiarki”. „Gołębiarzami” nazywano Niemców (czasem też Niemki), którzy strzelali z ukrycia do powstańców i cywilów. Żydówki nie mówiły dobrze po polsku, nie potrafiły się wytłumaczyć, a folksdojczce nikt nie wierzył.

Zawołano Willenberga. Gdy odezwał się w jidysz i odpowiedziały, pojęto, kim są. Żydówki bały się powstańców, Willenberg uspokoił, że nie mają powodu. Ale za chwilę miał się dowiedzieć od koleżanki, że obecność Żyda w oddziale nie wszystkim odpowiada. Gdy nad uchem świsnęła mu kula, wystrzelona raczej nie z niemieckiej pozycji, przeniósł się do oddziału PAL.

Walczył. Za odwagę otrzymał Virtuti Militari. Po kapitulacji Warszawy walczył dalej, w partyzantce. Ojcu wyjaśniał: „Musiałem walczyć z Niemcami. Za to, co nam zrobili. Za to, że wymordowali cały nasz naród”.

Potem jedna z rzekomych „gołębiarek” rozpoznała się w książce Willenberga. Spotkali się w ubiegłym roku – po ponad 68 latach.

MIŁOŚĆ

Opisał to w książce, opowiedział w filmie dokumentalnym. Nie ośmieliłam się spytać, jeszcze raz zadać pytania jak z telewizyjnego show: co wtedy czuł? Bo może lepiej nie wiedzieć, co się czuje? „Wracam do tego każdego dnia. Żyję tym razem z moim codziennym życiem” – mówił w jednym z wywiadów.

Do Treblinki Samuel trafił z getta w Opatowie – po tym, jak w Częstochowie aresztowano jego dwie siostry. Cała rodzina miała „aryjskie” papiery: ojciec był w Warszawie, a matka z dziećmi postanowiła schronić się w Częstochowie, gdzie miała koleżankę z kontaktami wśród księży. To się nie udało, ale znaleźli mieszkanie. Miało być dobrze. Mama i Samuel wrócili do Opatowa po rzeczy. W drodze kupili czekoladę. Gdy wrócili, okazało się, że siostry aresztowano.

Samuel w rozpaczy wrócił do Opatowa i trafił na transport. Miał nadzieję, że siostry przeżyją. Nadzieja skończyła się, gdy kazano mu przenieść stos ubrań po ostatnio zagazowanych: „Mignął mi znajomy kolor. Nachyliłem się i wyciągnąłem małe brązowe paletko mojej najmłodszej siostrzyczki Tamary i połączoną z nim spódniczkę mojej starszej siostry Ity, jak gdyby splecione w siostrzanym uścisku”.

Chciał krzyczeć, nie mógł nawet płakać.

Wielu więźniów było świadkami śmierci bliskich. Potem, w czasie buntu, Samuel znalazł rannego kolegę: Żyda i zarazempastora. Usłyszał: „Dobij mnie”. Spełnił prośbę. Tylko zanim strzelił, kazał pastorowi patrzeć tam, gdzie – jak wiedział – zginęła jego rodzina.

– Tu była tylko śmierć – mówi dziś. Nie ma racji: była też miłość. Ona bolała bardziej.

ŚWIADEK

Kiedyś w obozie Niemcy postanowili sporządzić listy więźniów. Nikt nie miał dokumentów, więc mogli powiedzieć cokolwiek. Willenberg nie miał wątpliwości, że trzeba podać prawdziwe nazwiska. Bo jeśli lista ocaleje, zostanie ślad. Podobnie postąpił w Powstaniu Warszawskim: żeby zginąć jako Willenberg.

Ale – jak chciał jego nauczyciel – przeżył. Mógł opowiadać, czego był świadkiem.

I opowiada, od kilkudziesięciu lat, także w swych rzeźbach: Alfred z wózkiem; ojciec pomagający synkowi zdjąć buty przed zagazowaniem; więźniowie podczas buntu (nie wyrzeźbił tylko chwili, gdy znalazł ubrania sióstr).

Przyjeżdżał do Polski na rocznice Powstania Warszawskiego. Niedawno skończył 90 lat. Znów będzie w Warszawie na obchodach rocznicy Powstania w Getcie.

Z tych, którzy uciekli z Treblinki, żyje już tylko on. W 2012 r. zmarł Kalman Taigman. Wcześniej spotykali się 2 sierpnia, w rocznicę, w domu Willenberga. Taigman długo nie chciał przyjechać do Treblinki. Na przyjazd zdecydował się dopiero w 2010 r., dwa lata przed śmiercią. Z Samuelem chodził po miejscu, gdzie podpalili piekło.

Dziś Willenberg został sam. Dalej daje świadectwo. Jego nauczyciel byłby z niego dumny.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]