Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Relacje

Relacje

18.07.2017
Czyta się kilka minut
Fragment maszynopisu rozkazu SS-Sturmbannführera Hermanna Höflego, pełnomocnika ds. przesiedlenia, odczytanego Radzie Żydowskiej 22 lipca 1942 r.
P

Poniżej wybór z dokumentów Archiwum (w nawiasach kwadratowych uwagi od redakcji).

LUBLIN

Między 17 a 31 marca 1942 r. Niemcy deportowali z getta w Lublinie 18 tys. Żydów. Zginęli oni w Bełżcu. Oto fragmenty anonimowej relacji o końcu lubelskiego getta:

15 marca [w rzeczywistości był to 16 marca] zupełnie niespodzianie o 12-tej w nocy zapalono w dzielnicy żydowskiej światła i SD [Sonderdienst, niemiecka policja pomocnicza] i Ukraińcy okrążyli ulicę Lubartowską. Ludność przypuszczała, że to zwykła obława na Majdanek. Okazało się jednak, że była to akcja wysiedleńcza. Pukali do bram i kazali się szykować do wysiedlenia – punktem zbornym miała być synagoga. Zabrano tej nocy 1600 osób. Nie obeszło się bez ofiar – przeważnie zabijali starców (nie szczędzono młodych). [...]

Następnego dnia gmina żydowska ogłosiła, że wszyscy nieposiadający stempla SD, tj. karty pracy, muszą się przygotować do wysiedlenia. Wolno im zabrać bagaż 15 kg i będą chodzili 2 km pieszo. Pozostali mają się przenieść do getta „B”. [...]

W pierwszych dwóch [dniach] wysiedlano tylko w nocy, w dzień panował zupełny spokój. Żydowska policja została również zaangażowana do wysiedlania. I tak każdej nocy wysiedlano systematycznie po 1600 osób. Po 7 dniach była 3-dniowa przerwa, a potem wysiedlano już w dzień i w nocy. Wszystkich usiłujących się wydostać zabijano na miejscu. ©

KRAKÓW

Wiosną i jesienią 1942 r. Niemcy wywieźli z krakowskiego getta 13 tys. Żydów. Zginęli w Bełżcu. Fragmenty anonimowej relacji z 14 czerwca 1942 r. o pierwszej akcji deportacyjnej:

W piątek 29 maja Niemcy wydali zarządzenie, że do niedzieli, do 4 po południu, wszyscy Żydzi muszą się zarejestrować i ostemplować swoje karty pracy [stemplowano kenkarty, a nie karty pracy; w getcie mogli zostać zatrudnieni w niemieckich firmach, Judenracie i jego instytucjach oraz Żydowskiej Samopomocy Społecznej]. [...] Rada Żydowska ostemplowała karty pracy tylko 14 tysiącom osób; 6 tysięcy zostało bez stempla.

W niedzielę w nocy getto zostało otoczone przez SD. Część z nich weszła do mieszkań i wyciągnęła stamtąd 2000 Żydów. Pozwolili im [...] zabrać do 10 kg bagażu. Załadowano na wózki ten bagaż, a później SD ukradła wszystko dla siebie. Ludzie z Sonderdienstu zabrali Żydom wszystkie pieniądze i kosztowności, pozostawiając tylko po 20 zł na osobę. Wyprowadzonych Żydów zgromadzono w Prokocimiu (stacja kolejowa, 3 km od Krakowa), skąd wysłano ich w zamkniętych wagonach. Starców zastrzelono w lasach niepołomickich. Według doniesień, które dotarły, transport ten wysłano do lasów między Tarnopolem a Złoczowem – do „obozu” [w istocie pojechali do Bełżca]. Prawdopodobnie wszyscy zostali zamordowani. Z pierwszym transportem zostali również wysłani prezes [Artur Rosenzweig] i 7 członków Rady Żydowskiej. [...]

Tymczasem ceny żywności w getcie bardzo wzrosły, bo Żydzi nie mogli wychodzić poza getto i w ogóle zabrakło produktów.

Czwartek, 4 czerwca, o 6 godzinie rano do getta weszły oddziały SS i SD, które razem z żydowską policją [Żydowską Służbą Porządkową, Ordnungsdienst, OD] obstawiły wszystkie domy. Ludzi wyciągano z mieszkań według listy. Przy tym padło 80 osób i było 76 rannych. [...] Akcja trwała do 8 wieczór i wtedy wyprowadzono 4000 ludzi. Ludzie do transportu szli pieszo do Prokocimia, skąd odjechali w zaryglowanych wagonach. [...]

Piątek, 5 czerwca, wyciągnięto wszystkich chorych ze szpitala, 250 osób. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Można wyobrażać sobie najgorsze. W ciągu sobotniego dnia getto było bez przerwy otoczone przez SD. Dzień przeszedł spokojnie, a wieczorem zarządzono nową rejestrację, która powinna była się skończyć w niedzielę, o 10 rano. Znakiem było: podwójny stempel i niebieska kartka. [...] [Potem nastąpiła ostatnia faza wysiedlenia, tych pozbawionych tzw. blauscheinu].

Poniedziałek, 8 czerwca, oddziały SD opuściły swoje pozycje w getcie. [...] ©

Przełożyła z jidisz Sara Arm

REJOWIEC KOŁO CHEŁMA

16 kwietnia 1942 r. Niemcy wywieźli 2 tys. Żydów z Rejowca (dziś powiat Chełm, woj. lubelskie). Trafili do obozu zagłady w Sobiborze, gdzie zginęli. Fragment relacji łączniczek syjonistycznej organizacji Dror, Frumki Płotnickiej i Chawki Folman, z ich podróży do Hrubieszowa, dwa miesiące po tej deportacji:

W sobotę 6 czerwca około 11 godziny rano przybyłam na dworzec w Rejowcu. Ponieważ przez jakiś czas musiałyśmy (jechałam razem z F. do Hrubieszowa) tam czekać na pociąg, postanowiłam się przejść do miasta położonego 4 km od dworca. [...]

Straszliwa cisza, która panowała w zaułkach i na rynku, przeraziła mnie. Wszędzie pusto. Na rynku nie widać żywej duszy. Wszystkie domeczki zatrzaśnięte, również sklepy zamknięte. Na kilku sklepach na rynku napis: „Zajęte” – jasne – przez Polaków. Większość żydowskich domków jest jeszcze pusta. Ale gdzieniegdzie można już zauważyć w oknach firanki, doniczki – znak, że są już zamieszkane przez Polaków. Rynek jest zupełnie duży, ale otwartych jest tylko 6 sklepów. Poszłam dalej i na jednej z poprzecznych uliczek zobaczyłam bawiące się żydowskie dzieci. Po drugiej stronie rynku widziałam Żydów z Czech [Rejowiec pełnił funkcje getta tranzytowego dla 6700 Żydów przywiezionych tam w kwietniu i maju 1942 r. ze Słowacji oraz okupowanych Czech]. Żydzi czescy mieszkają w żydowskich domach, ale nie wolno im zajmować frontowych pokoi. Rozgadałam się z polską kobietą, pół-inteligentką, która na moje pytanie: – Co takiego tu zaszło? – opowiedziała mi historię upadku żydowskiej społeczności w miasteczku: – Stało się to ze dwa tygodnie temu [faktycznie w kwietniu]. Niemcy pędzili wszystkich Żydów do pociągu; w mieście pozostało około 200 miejscowych Żydów [w czasie akcji 200 rejowieckich Żydów ukryło się i uniknęło deportacji]. [...]

Nastroje polskiej ludności są bardzo ponure. Broń Boże, nie z powodu rzezi Żydów, ale dlatego, że Niemcy ostatnio schwytali 40 młodych Polaków na ulicy i wysłali ich w niewiadome miejsce; również handel i zarobki bardzo podupadły. ©

Przełożyła z jidisz Sara Arm

ŁUKÓW

W październiku i listopadzie 1942 r. Niemcy wywieźli 7 tys. Żydów z Łukowa (woj. lubelskie). Zginęli w obozie w Treblince. Fragmenty relacji rodzeństwa Finkelsztejnów o likwidacji getta w Łukowie (Finkelsztejnowie przeżyli, udało im się wyskoczyć z pociągu jadącego do Treblinki):

W sobotę 3 października 1942 roku w godzinach wieczornych po mieście rozeszła się pogłoska, że na stacji stoi przygotowanych do drogi około 60 wagonów towarowych. Wkrótce ta wiadomość się potwierdziła i powstało ogromne zamieszanie. Uspokajano się, że w niedzielę nie odbędzie się żadna akcja, a do poniedziałku wielkie niebezpieczeństwo być może przeminie. Ale śmiertelne przerażenie samo zakradało się do serc. W pośpiechu Żydzi zaczęli budować sobie kryjówki. Każdy był przekonany, że jedynym ratunkiem przed bezlitosnym mordercą jest ukryć się głęboko w ziemi i pozostać tam tak długo, aż śmiercionośny szturm przeminie. O salwowaniu się ucieczką do okolicznych wsi, prawdę powiedziawszy, nawet nie było co myśleć. Z jednej strony drakońskie przepisy, które skazywały na śmierć wszystkich Polaków ukrywających u siebie Żydów. Z drugiej natomiast strony można było spotkać wśród nich jeśli nie otwartą wrogość, to co najmniej nieżyczliwość wobec żydowskiego nieszczęścia. [...]

Załadowano nas do wagonów w kierunku Treblinki. Młodzi mężczyźni z naszego wagonu wyłamali drzwi i pojedynczo wyskakiwali. [...] Za setką szczęśliwców, którym udało się wyskoczyć bez szwanku, stoją tysiące rannych, zabitych, z pękniętymi czaszkami, ze złamanymi kończynami, dla których nie było już żadnego szpitala [...], tylko jedna jedyna zbawienna śmierć. Równie wiele niebezpieczeństwa czyhało na tych, którzy wyskoczyli, nie ponosząc żadnego uszczerbku. ©

Przełożyła z jidisz Agnieszka Żółkiewska

WARSZAWA

Od 22 lipca do 12 września 1942 r. z warszawskiego getta zostało deportowanych 300 tys. Żydów. Zginęli w obozie w Treblince. Fragmenty relacji zatytułowanej „Ostatnim etapem przesiedlenia jest śmierć”; jej autorką jest prawdopodobnie pisarka Gustawa Jarecka (pracująca w Judenracie jako maszynistka):

Dnia 22 lipca 1942 r. przed budynek Gminy Żydowskiej [...] zajechało kilka samochodów osobo­wych i dwa auta ciężarowe. [...] Z aut osobowych wysiadło kilkunastu nieznanych tutaj dotychczas funkcjonariuszy, oba wozy ciężarowe były napełnione bronią i obstawione przez Ukraińców. Na ogół przypuszczano, że ich przybycie oznacza dalszy ciąg poprzednich aresztowań. Przybyli weszli natychmiast na pierwsze piętro w kierunku gabinetu Prezesa [tj. prezesa Judenratu Adama Czerniakowa] i roz­kazali wszystkim urzędnikom przebywającym w tym skrzydle opuścić pokoje. [...]

Wszystkie wejścia do gmachu zostały obstawione, ulica w dalekim promieniu opu­stoszała. W gabinecie Prezesa wydano rozkaz zwołania wszystkich członków Rady, którzy pozostali na wolności, oraz kierownika Służby Porządkowej. Posiedzenie rozpoczęło się. Z jednej strony długiego stołu zasiedli przybyli w licz­bie ośmiu, po przeciwnej nieliczni członkowie Rady. Dręczące żydowską ludność od trzech miesięcy pytania miały teraz odpowiedź. Groźne tchnienie tej odpowiedzi zdawało się przebiegać przez salę. Podejrzewano wysiedlenie, myślano o obozach pracy, ale słowo „wysiedlenie” nie znaczyło jeszcze wtedy nic.

Rozpoczęto posiedzenie od następujących słów: „Powinno wam być wia­dome, że ilość Żydów w Warszawie jest zbyt wielka. Wysiedlenie będzie przeprowa­dzone przez Radę Żydowską. Jeżeli zarządzenia dotyczące wysiedlenia będą wyko­nywane dokładnie, wtedy zakładnicy, których wzięliśmy dla zapewnienia porządku, będą zwolnieni, w przeciwnym razie zawiśniecie wszyscy na stryczku” [...] Po tym wstępie rozpoczęto odczytywanie: [...] „Radzie Żydowskiej oznajmia się, co następuje: Wszyscy zamieszkali w Warszawie Żydzi, bez względu na wiek i płeć, zostają przesiedleni na Wschód. [...]”. ©

Z dziennika Abrahama Lewina, członka grupy Oneg Szabat:

Środa [22 lipca 1942 r.], przeddzień Tisza be-Aw: Dzień trwogi i niepokoju. Wiadomość o mającym nastąpić wysiedleniu obiega miasto lotem błyskawicy. Żydowska część Warszawy nagle zamarła. [...] Z żydowskich ulic wieje strachem. [...] W wielu miejscach są zabici. W obliczu powszechnego, strasznego nieszczęścia nie liczy się już ofiar, nie wymienia się ich nazwisk. Wysiedlenie ma się rozpocząć jeszcze dziś. [...]

Niedziela, 9 sierpnia. Dziewiętnasty dzień „akcji”, która jest bez precedensu w dziejach ludzkości. Od wczoraj wysiedlenie przekształciło się w pogrom lub po prostu w rzeź. Chodzą po różnych ulicach i mordują dziesiątki, setki ludzi. Dziś bezustannie jadą wozy z trupami, wozy nie są niczym osłonięte. Wszystko, czego się naczytałem o pogromach w latach 1917–1918, blednie wobec obecnie przeżywanej rzeczywistości. Dowiedzieliśmy się, że mordują 99% ludzi spośród wysiedlanych. Na domiar złego oprócz grozy gnębi nas głód. Ludzie, którzy mieli co jeść nawet w czasie wojny, przychodzą obecnie do kuchni fabrycznej i proszą o trochę zupy. Wybrańcy dostają zupę, ale prości ludzie nawet tego nie otrzymują. 20 Ukraińców, żydowscy policjanci (kilkudziesięciu) i kilku Niemców prowadzą tłum 3000 Żydów na rzeź. Opowiadają, że miało miejsce kilka aktów oporu. Jakiś Żyd przeciwstawił się Niemcowi, zastrzelono go z miejsca. Inny Żyd szarpał się z Ukraińcem, gdy go zraniono, uciekł. [...] W Radomiu – tak opowiadają – zakończyli już „akcję”, trwała tydzień i 3 dni; 7000 ofiar. [...]

Środa, 12 sierpnia. Zgasło moje słońce, w mym świecie zapanował mrok. Podczas blokady na Gęsiej 30 zabrali moją Lubę. Żywię jeszcze odrobinę nadziei, że może moja droga się uratuje. A jeżeli, broń Boże, nie? Moja wędrówka na Umschlagplatz. Ulice zieją strachem. Z bólem widzę, że nie ma nadziei na jej ocalenie. Załadowali ją, jak widać, od razu do wagonu. [...] Powinienem pójść za nią, tzn. umrzeć. Nie mam jednak dość sił, aby zrobić ten krok. [...] „Akcja” toczy się w mieście pełną parą. Wypędzają ludzi ze wszystkich ulic. Kompletny chaos. [...] ©

Z dziennika Menachema Mendla Kohna:

6 VIII [1942 r.]. 16. dzień krwawego wysiedlenia Żydów z getta warszawskiego. Godzina dwunasta w południe. Siedzę blisko piwnicy, która ma być moją kryjówką przed hitlerowskimi mordercami, mogącymi nadejść lada chwila z małego getta, gdzie szaleją już od 7 rano. W przeciągu tych kilku godzin tysiące ofiar zostały wypędzone stamtąd przez krwiożercze zwierzęta na plac, skąd będą przetransportowane w zapieczętowanych wagonach towarowych na miejsce zagłady o nazwie Treblinka. Już ponad sto tysięcy Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci, w ciągu 15 dni trwania wyniszczającej akcji zamordowano w straszliwy sposób. Hitlerowskie bestie pracują wszystkimi narzędziami. Strzelają do starych, chorych zaraz na miejscu na krwawym placu. Albo wyprowadzają na cmentarz, wrzucają żywcem do wykopanych grobów i zabijają bronią maszynową. [...] Na dziedzińcu panuje straszliwy popłoch. Przede wszystkim chowa się dzieci, na które hitlerowscy mordercy najbardziej się czają. Ja postanawiam nie iść do piwnicy. Nie będę zajmował miejsca, w którym można jeszcze schować kilkoro dzieci. Dzieci mają pierwszeństwo do zostania uratowanymi – myślę. Biegnę szukać innej kryjówki. Biegnę na Gęsią 30, gdzie znajduje się stolarnia mojego przyjaciela L[andaua]. Na miejscu natrafiam na setki ludzi, wśród których spotykam wielu moich przyjaciół – szukają schronienia, aby nie znalazły ich dzikie hitlerowskie zwierzęta. Nie!! Dla mnie nie ma tam miejsca – widzę. [...] Nie myśląc wiele, biegnę na Gęsią 45 [...]. Tam spotykam moich najlepszych przyjaciół, dr. Blocha i dr. Ringelbluma. Przekazują mi złą wiadomość: banda grasuje już w dużym getcie, na Lesznie, [przy ul.] Przejazd, tam, gdzie kilka godzin temu zostawiłem moich przyjaciół, między innymi żony dr. Ringelbluma i dr. Blocha, którzy stoją teraz przede mną zrozpaczeni, nie wiedząc, co się stało z ich żonami. Nie bacząc na wielkie niebezpieczeństwo, wybiegają na ulicę, aby poznać los swoich żon. ©

Przełożyła z jidisz Magdalena Siek

TREBLINKA

Jakub Krzepicki walczył jako żołnierz Wojska Polskiego w 1939 r. Wywieziony 25 sierpnia 1942 r. do Treblinki, po kilku tygodniach uciekł i wrócił do Warszawy, gdzie złożył relację. Zginął prawdopodobnie podczas powstania w getcie warszawskim:

I oto stoi już tłum Żydów u drugich wrót piekła i zaczyna się segregacja: mężczyźni na prawo, kobiety i dzieci na lewo. Rodziny próbują się pożegnać, ale te diabły nie mają na to czasu: „Szybciej, szybciej”. Odrywają żony od mężów, dzieci od ojców, matki od synów [...] Kobiety i dzieci zostają zagonione do baraku na lewo, aby się rozebrać. [...] Ciężko przekazać obraz tego, co się działo w barakach. Zamieszanie wśród kobiet, przerażenie dzieci, lamenty, płacz. [...] Tak, jak to tu się odbywa, ludzie nie mają czasu się zastanawiać, złapać oddech. [...] Trzeba jak najbardziej zdezorientować przywiezionych i pomieszać im w głowach. [...]

Podbiegła nagle do mnie ładna dziewczyna, blondynka [...] i zadała pytanie: „Żydzie, co oni z nami zrobią?”. Ciężko było mi powiedzieć jej prawdę. Westchnąłem, próbując odpowiedzieć jej wyrazem twarzy, trochę uspokoić. Moje zachowanie dziewczyna przyjęła jednak z jeszcze większym strachem [...]: „Niech mi pan powie, co oni z nami zrobią? Może mogę się uratować”. Nie miałem już wyboru i odpowiedziałem jej jednym słowem: szmelc. Dziewczyna odeszła ode mnie i zaczęła biegać po baraku zupełnie jak mysz złapana w pułapkę. [...] Część prosiła w modlitwie o cud, o ratunek, inne już się poddały. Jedną wysoką kobietę w peruce zauważyłem stojącą z uniesionymi rękami, [...] a wokół niej zgromadziła się grupa kobiet, które również uniosły ręce i powtarzały słowo po słowie to, co ona powiedziała: „Szma Israel, Adonaj Elohejnu” – mój jedyny Boże, głośno wołała kobieta na melodię jomkipurową, rozpostarła ramiona, wyrzucała ręce wysoko gdzieś do nieba, czego Żydzi nigdy nie czynią przy swoich modlitwach. „Boże, Jedyny, obyś zebrał wszystkie niesprawiedliwości naszych wrogów. Idziemy na Kidusz ha-Szem. Niech nasza ofiara nie pójdzie na marne i niech krew nasza i naszych dzieci zostanie pomszczona, wenomar [hebr.: i mówmy amen], amen”. ©
Przełożyła z jidisz Magdalena Siek

Nieznany z nazwiska autor relacji, urodzony w 1922 r., pochodził z Częstochowy. Wywieziony do Treblinki 21 września 1942 r., pracował przy sortowaniu odzieży zabitych. Uciekł i przedostał się do getta warszawskiego, gdzie złożył relację przed Oneg Szabat. Poniżej jej fragmenty:

W wagonie było 80 osób. [...] Wielu, prawie większość, wiedziała, że idzie na śmierć. Już przed Małkinią chłopi mówili do nich: Po co wam woda, kiedy i tak idziecie na śmierć. [...] Po przyjeździe wygnano z wagonów, bito ich również. [...] Wprowadzono ich następnie na plac otoczony drutem kolczastym, na którym stały 2 baraki. Od razu przy wejściu kazano mężczyznom iść do jednego, a kobietom i dzieciom do drugiego baraku. [...] Po wysortowaniu fachowców wg z góry określonej liczby potrzebnych, nakazano się wszystkim rozebrać. Przy rozbierających stali z kijami tzw. „kapo”. [...] Zaraz po rozebraniu poprowadzono wszystkich do komory śmierci. [...] Opowiadający uratował się w ten sposób, że kiedy kazali odnieść ubranie, narzucił na siebie ubranie i udawał jednego z kapo przynaglając do pośpiechu innych. ©

Autorem tej relacji był prawdopodobnie Jakub Rabinowicz, który uciekł z Treblinki i wrócił do warszawskiego getta we wrześniu 1942 r.:

Wagony stoją przy rampie, która przylega do stosunkowo małego placyku, otoczonego z 3-ch stron zasiekami z drutu kolczastego. Przy 4-tym boku stoi duży barak z desek, do którego Niemcy wganiają odseparowane kobiety z dziećmi, każąc im wpierw zdjąć buty. Z boku placu na wysokim słupie umieszczona jest tablica z ogromnym napisem „Achtung Warschauer! [niem. „Uwaga, warszawiacy”; wedle innych relacji napis brzmiał po żydowsku, „Achtung Warszewer”]. Zostaliście przesiedleni, by zacząć pracować. Przed otrzymaniem przydziału pracy musicie przejść kąpiel. Wszyscy muszą rozebrać się nago. Należy pozostawić kosztowności i pieniądze, natomiast trzeba zabrać ze sobą dokumenty i mydło”. ©

Galeria zdjęć

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]