Partnerzy z bagażem

Bogdan de Barbaro: Wchodząc w patchworkowy układ, trzeba przyznać emocjom pozostałych członków rodziny klauzulę najwyższego uprzywilejowania: źle mi w danej sytuacji, ale przyjmuję do wiadomości, że pozostali mogą czuć się podobnie.

02.08.2021

Czyta się kilka minut

 / Grażyna Makara
/ Grażyna Makara

MAREK RABIJ: Mam w głowie taki patchwork myśli, pytań i wątpliwości związanych z tematem naszej rozmowy, że zacznę od rzeczy najprostszej, czyli skojarzeń. Czym jest dla Pana rodzina patchworkowa?

BOGDAN DE BARBARO: Gdybym miał ująć to najkrócej, powiedziałbym: trudności i szanse. Podobne do tych, które spotykają tradycyjne rodziny, tylko o zwielokrotnionej sile.

Najczęściej co?

O to musiałby pan zapytać socjologa. Psychoterapeutów uczy się od pierwszych zajęć, żeby nie szeregowali pacjentów i ich problemów. W innych profesjach próby takiego porządkowania od szczegółu do ogółu mogą być przydatne, ale w naszym zawodzie to ślepa uliczka. Nie odpowiem więc panu, czy i jak bardzo problemy rodzin patchworkowych różnią się od tych, z którymi zmagają się te, które zwiemy tradycyjnymi. Mogę, oczywiście z zachowaniem zawodowej tajemnicy, opowiedzieć jedynie o napięciach i problemach targających moimi pacjentami. Miałem w swojej pracy do czynienia z kilkudziesięcioma takimi rodzinami. Aktualnie pracuję z kilkunastoma. No i proszę nie zapominać, że moja perspektywa ogranicza się do tych rodzin, które mają jakiś problem i proszą o pomoc. Tych szczęśliwych, radzących sobie bez wsparcia z zewnątrz, u siebie w gabinecie nie widuję.

Powiedział Pan, że „ludzie proszą o pomoc”. Zdają sobie zatem sprawę z tego, że coś nie działa.

Niekoniecznie. Często dostrzegają jedynie objawy problemu, widzą np., że dziecko nie przychodzi na noc do domu albo wraca po spożyciu alkoholu, ale nie wiążą tego z napięciami w ich rodzinie. Z tym, że były partner matki nadal nie umie się dogadać z tym nowym. Albo ten nowy faworyzuje swoje dziecko z poprzedniego związku, a matka nie potrafi temu zapobiec. Słyszę wtedy prośbę, żeby „coś z nim zrobić”, wpłynąć, wyperswadować. Dopiero w trakcie terapii członkowie rodziny zaczynają dostrzegać, że te prozaiczne, choć oczywiście dotkliwe symptomy mają powiązanie z tym, że w ich ­patchworku coś się pruje albo złączyło się nie tak, jak powinno, i teraz nie działa.

Zaczął Pan od dzieci – nie tylko one przeżywają trudności.

Ale zwykle to one są najsłabszym ogniwem łańcucha, jaki tworzy rodzina. Nie tylko ta aktualna. Proszę nie zapominać, że związek patchworkowy poprzedzają zwykle silne napięcia w rodzinie przedrozwodowej, które mogą jeszcze długo oddziaływać na sytuację w nowym domu. Moim pacjentem był kiedyś chłopiec, który nie potrafił zaakceptować nowego partnera swojej mamy. Pomiędzy nim a ojczymem teoretycznie nie powinno było dochodzić do takich napięć, bo mężczyzna poznał matkę chłopca już po rozpadzie jej małżeństwa z jego biologicznym ojcem. A mimo to chłopiec obwiniał ojczyma o rozwód rodziców. Dopiero podczas terapii doszliśmy do tego, że dziecko nie radzi sobie z nową sytuacją, bo za fiasko małżeństwa rodziców obarcza przede wszystkim siebie. Jeszcze gdzieś na etapie zmagań rozwodowych jego mamie i ojcu zabrakło uważności, a może także empatii, żeby zauważyć w porę, co się dzieje z synem. Kiedy to do nich w końcu dotarło, wszyscy w ­patchworku mogli tylko spróbować ograniczyć wywołane tym straty, kierując się nadrzędną dla nich wartością, jaką było na szczęście dobro dziecka.

Problem w tym, że w rodzinie ­patchworkowej nie wystarczy działać reaktywnie, na bieżąco reagować na problemy i zagrożenia. Trzeba przewidywać pewne scenariusze i jak w szachach – zapobiegać im z odpowiednim wyprzedzeniem.

W tradycyjnej rodzinie to też lepsza strategia od gaszenia kolejnych pożarów.

Jasne. Ale będąc aktywnym, biologicznym rodzicem, będzie pan miał zawsze większy margines błędu. Autorytet przybranego rodzica ma krótszą metrykę i może się szybko zużyć, gdy jego posiadacz nie będzie inwestować w relację z dzieckiem. Podobnie będzie z weekendowym tatą, który szybko może stać się dla dziecka kimś w rodzaju starszego kolegi.

Z relacją między dorosłymi partnerami nie jest przypadkiem podobnie? I czy fakt, że polska wizja rodziny jest tak mocno wysycona doktryną katolicką, nie stanowi dodatkowego psychicznego obciążenia dla osób tworzących nowy patchwork? W końcu „co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”.

Nie wykluczam oczywiście, że w konkretnych przypadkach aspekt religijny staje się dodatkowym balastem. Nie podzielam jednak pańskiego przekonania, że coś, co moglibyśmy nazwać polską wizją rodziny, jest nadal okrzepłe. Przeciwnie: wydaje mi się, że ten wzorzec jest właśnie na zakręcie. Mam wręcz problem z samą definicją, bo nie wiem, czy „tradycyjnej polskiej rodzinie” bliżej obecnie do wyobrażeń konserwatywnych, czy może bardziej liberalnych.

Badania CBOS nie pozostawiają wątpliwości: dla większości Polaków rodzina to związek kobiety i mężczyzny, sformalizowany lub potwierdzony ceremonią religijną. Plus oczywiście dzieci. Jednocześnie w tych samych badaniach widać szybko rosnącą akceptację dla alternatywnych modeli rodziny, np. samotnych matek, związków jednopłciowych i oczywiście rodzin patchworkowych. Wartością nadrzędną dla respondentów staje się wspólnota, miłość, troska o siebie nawzajem.

Gdybym miał przenieść na płaszczyznę psychoterapii to, co pan teraz opisuje językiem socjologii, powiedziałbym, że mówimy o jednym z najczęstszych strachów współczesności, jakim jest obawa przed samotnością. Trudno mi natomiast uwierzyć, że wizja tradycyjnej rodziny ­opartej na małżeństwie jest nadal tym, co łączy i porządkuje polskie społeczeństwo, skoro odsetek małżeństw zakończonych rozwodem przekroczył już 30 proc. W sferze czystych deklaracji budowanych na przyzwyczajeniach i sentymentach być może tak jest. Wzorce kulturowe robią jednak swoje i wydaje mi się, że model liberalny bierze powoli górę nad konserwatywnym.


CO BÓG ZŁĄCZYŁ

KS. ADAM BONIECKI: W Polsce jest dzisiaj ponad milion rodzin patchworkowych zwanych u nas rodzinami zrekonstruowanymi. W znacznym stopniu są one efektem rozwodów.


I w tym momencie wróciłbym do początku rozmowy, kiedy zaznaczyłem, że spotykam się jedynie z rodzinami, które już wiedzą, że mają jakiś problem. Otóż dla pewnej części zwolenników, nazwijmy to, liberalnej wizji porządków społecznych, fakt rozpadu małżeństwa nie jest wcale sygnałem alarmowym. Rozpadło się, trudno, założę sobie nową rodzinę.

W domyśle – lepszą.

Tyle że to myślenie czysto życzeniowe, bo jeśli śmierci poprzedniego związku nie potraktuje pan w kategoriach własnej porażki, uzna za coś niejako naturalnego, zmaleją też szanse, że zobaczy pan swoje błędy. Ich dostrzeżenie pozwoli nie popełnić ich kolejny raz. Uniknie się wtedy podążania utartą, znaną ścieżką i powielania starych zachowań, które już raz doprowadziły do opłakanych rezultatów.

Tylko dla porządku zauważę, że coś, co nie zadziałało w relacji z jednym partnerem, może się sprawdzić z innym.

Oczywiście. Ale pan już mówi o sytuacji, w której partnerzy są jakoś uwrażliwieni na wzajemne potrzeby. Mnie chodzi o czysto pasożytniczą relację bazującą na założeniu, że nie trzeba w sobie niczego korygować, ulepszać w taki sposób, by zapewnić przestrzeń i komfort partnerowi lub partnerce oraz dzieciom. Taka postawa może wykoleić tradycyjną rodzinę, a tym bardziej patchworkową, która jest na tego typu ciosy znacznie mniej odporna.

Bo tę tradycyjną spajają mocno więzi biologiczne?

Nie przesadzajmy z siłą tych biologicznych fundamentów. Gdyby były faktycznie tak trwałe, nie mielibyśmy tylu rozwodów i rodzinnych patologii. Nie byłoby również tylu szczęśliwych rodzin ­adopcyjnych, które współczucie dla porzuconego dziecka potrafią przekuć w głęboką miłość.

Czyli patchwork jest delikatniejszy, bo po prostu jest patchworkiem?

Dokładnie tak. Więcej miejsc narażonych jest na rozerwanie. Związek dwojga ludzi, którzy nie mieli wcześniej rodziny, oznacza start mniej więcej z tego samego punktu. W patchworku tworzący go partnerzy mają najczęściej inne bagaże doświadczeń funkcjonowania w związku, np. niezamężna dotychczas dziewczyna i starszy od niej mężczyzna po rozwodzie, który ma już dzieci. Z poprzednich relacji można też przenieść do nowych traumy i uprzedzenia, choćby nieufność względem partnera, bo poprzedni oszukiwał lub bił dzieci.

Pamiętam wyjątkowo trudny przypadek ojca, który miał dzieci z kilku wcześniejszych związków, a ten ostatni, wciąż trwający, również zaowocował potomstwem. Był to mężczyzna tragicznie wręcz zaplątany w poczucie lojalności wobec aktualnej partnerki oraz oczekiwania tych poprzednich. Próbował im sprostać, zarówno finansowo, jak i pod względem samej obecności w życiu każdego z dzieci, co było oczywiście z góry skazane na porażkę, bo doba ma tylko 24 godziny. W tradycyjnych rodzinach również dochodzi do rywalizacji pomiędzy rodzeństwem o względy rodziców, ale tu emocje były spotęgowane przez poczucie krzywdy każdego dziecka, które akurat w tym momencie nie było z ojcem.


CZYTAJ TAKŻE

Reportaż MARKA RABIJA o rodzinach patchworkowych: Szczęście w rekonstrukcji>>>


Nie lekceważyłbym wreszcie metryki. Jeśli z pierwszym małżeństwem startujemy coraz częściej po trzydziestce, to łatwo obliczyć, że większość związków ­patchworkowych tworzą ludzie koło czterdziestki, czyli w wieku, w którym już trudniej porzucić stare przyzwyczajenia i przystosować się do partnera lub partnerki.

Co najbardziej szkodzi rodzinie patchworkowej?

To pańskie „najbardziej” znów biorę w cudzysłów, bo jak mówiłem, w mojej pracy nie posługuję się takimi kwantyfikatorami.

Ale niech będzie, w pewnym uproszczeniu mogę powiedzieć, że o nowy początek „najtrudniej” chyba tam, gdzie wcześniej doszło do gry dziećmi pomiędzy rozstającymi się małżonkami. Pół biedy – o ile mogę tak powiedzieć – jeśli taka rozgrywka odbywa się z uchylonymi przyłbicami. Najczęściej odbywa się to jednak, niestety, w bardziej kameralnej atmosferze, np. w obecności wnuka babcia wtrąci niewinne dwa zdania dosadnego komentarza pod adresem biologicznego ojca. Albo mama zacznie nagle krytykować jakieś zachowania eksmałżonka, których wcześniej nawet nie dostrzegała. W dziecku narasta wtedy poczucie zagrożenia połączone z przekonaniem, że relacje między dorosłymi zawsze mają drugie dno. Staje się przeczulone lub przeciwnie – zaczyna budować wokół siebie mur, przez który potem trudno przedostać się nowym członkom rodziny.

Równie opłakane skutki niesie otwarta wojna między rodzicami biologicznymi, już bez gry dzieckiem, ale wciąż pełna złych emocji, a często wręcz agresji.

Złe emocje mogą pojawić się także już po rozstaniu, kiedy któreś z małżonków zakłada nową rodzinę i dotychczasowy trójkąt dwojga rodziców i potomstwa zmienia się w czworokąt lub jeszcze bardziej rozbudowaną figurę.

To prawda. Zazdrość i poczucie odrzucenia potrafią nieoczekiwanie pojawić się także tam, gdzie wcześniej dawno nie było żadnych emocji.

Mój znajomy długo nie potrafił zaakceptować, że jego córkę będzie odwozić do szkoły nowy partner jego żony – mimo że to on wcześniej porzucił rodzinę. Próbował to sobie racjonalizować. Nic z tego.

Ale pański znajomy przynajmniej zdawał sobie sprawę z tego, że nie reaguje adekwatnie do sytuacji. Mógłby tymczasem – to się niestety często zdarza – próbować sobie zracjonalizować to poczucie odrzucenia i przekuć je w przekonanie, że córce coś zagraża ze strony tego nowego. Łatwiej przecież spojrzeć na siebie samego jak na kogoś, kto broni czci własnego dziecka, a nie ulega narcystycznym frustracjom.

Jak nie wpaść w taką pułapkę?

Przede wszystkim – zastanów się, co czujesz. Co robisz i co mówisz. Przemyśl sobie, jak twoje zachowanie zostanie odebrane przez najbliższych. Wszyscy mamy skłonność do faworyzowania własnych emocji, ocen i decyzji. Wchodząc świadomie w patchworkowy układ, trzeba tymczasem przyznać emocjom pozostałych członków rodziny swoistą klauzulę najwyższego uprzywilejowania: źle mi w danej sytuacji, ale przyjmuję do wiadomości, że inni też mogą czuć się podobnie. W ten sposób zostawimy sobie dużo przestrzeni na kompromisy i nie ugrzęźniemy w festiwalu wzajemnych pretensji.

Druga sprawa to dystans do własnych wyobrażeń czy intuicji. Nie twierdzę, że należy je lekceważyć, ale warto, przynajmniej na początku związku, wręcz narzucić sobie większy margines błędu. Mężczyzna, u boku którego dziecko wzrastało przez kilka pierwszych lat życia, może wciąż trafnie odczytywać jego emocje – mimo że już z nim nie mieszka. I w drugą stronę: nadal jestem biologicznym ojcem dziecka, ale widuję je teraz co drugi weekend, może więc osoba, która przebywa z nim na co dzień, akurat ma rację sygnalizując jakiś problem?

Nowi partnerzy miewają problemy nie tylko z poprzednikami. Często trudno o akceptację ze strony rodziny partnerki – nie mówiąc już o rodzicach tamtego, którzy po rozwodzie syna nie przestali być dziadkami.

Dlatego podczas terapii często rysuję z pacjentami schemat ich patchworku, zaznaczając na nim bliższe i dalsze kręgi – żeby zdali sobie sprawę z tego, że relacja między partnerami w związku czy między nimi i ich dziećmi powinna być jednak traktowana priorytetowo.

W klasycznej wielopokoleniowej rodzinie istnieją wyraźnie wyznaczone granice międzypokoleniowe. Wiadomo z góry, że zdanie rodziców znaczy więcej od opinii dziadków.

W rodzinie ­patchworkowej czasem dochodzi do zakłóceń w tej hierarchii, choćby takich, o jakich pan wspomniał, kiedy dziadkowie nie chcą uznać prymatu wychowawczego nowego partnera. Albo powstaje niebezpieczna dla związku diada matki i córki, którą nowy partner zaczyna, nierzadko podświadomie, atakować. One się bronią, on czuje się wyobcowany, odsuwa się w pracę, a w końcu odchodzi. Dla dobra rodziny lepiej pogodzić się z faktem, że nie da się wyeliminować wszystkich napięć i niesnasek.

Ktoś będzie niezadowolony?

I lepiej, żeby była to np. pańska matka niż żona. Mama wybaczy panu prędzej czy później, bo w tę relację opartą na miłości bezwarunkowej mechanizm przebaczenia jest wpisany na stałe. Żona kochać bezwarunkowo nie będzie. Ale przyzna pan, że mówimy o tym, co może się zdarzyć, a nie o tym, jak zawsze jest. ©℗

PROF. BOGDAN DE BARBARO jest psychiatrą i psychoterapeutą, przez wiele lat był pracownikiem Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2021