Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nie chcę, żeby padał deszcz

Nie chcę, żeby padał deszcz

03.07.2006
Czyta się kilka minut
Władimir Wojnowicz z Anną Łabuszewską /fot. P. Pięciak
A

ANNA ŁABUSZEWSKA: - Moje pierwsze spotkanie z Pana twórczością zawdzięczam wydawnictwom drugiego obiegu w PRL. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką sama przełożyłam, był Pana felieton z któregoś z emigracyjnych czasopism. Dopiero potem, również w drugim obiegu, udało mi się przeczytać Pańskie książki.

WŁADIMIR WOJNOWICZ: - A moje pierwsze spotkanie z "Tygodnikiem Powszechnym" też miało miejsce wiele lat temu, w czasach, kiedy stawiałem pierwsze kroki na emigracji. W ZSRR oczywiście nie publikowano moich utworów, a "Tygodnik" w latach 70. nie przestraszył się dysydenta. To było wtedy dla mnie bardzo ważne.

Jaki hymn, taki naród

- Chciałabym porozmawiać o dzisiejszej Rosji, a zacząć od sprawy hymnu. W latach 90. trwały poszukiwania jego nowej formuły: na uroczystościach państwowych wykonywano "Pieśń patriotyczną" Michaiła Glinki, bez słów. Putin wrócił do radzieckiej melodii. Słowa starego hymnu przerobił na nową modłę Siergiej Michałkow. Tekst jest podobny do starego, może dlatego nikt nie jest w stanie się go nauczyć. Byłam w szoku, kiedy niedawno przeczytałam, że 70 proc. Rosjan nie zna słów. Gdy pod koniec sesji deputowani Dumy śpiewają hymn, na ekranie wyświetlane są słowa. Pan swego czasu napisał nową wersję słów hymnu. Jest tam fraza: "Narod szagajet w razbrod" - "ludzie chodzą własnymi ścieżkami". Czy sądzi Pan, że naród idzie rzeczywiście własną drogą, na nic się nie ogląda i nie ma zamiaru zaakceptować tych symboli państwowości narzuconych z góry?

- Moja wersja hymnu była niejako odpowiedzią na wersję Michałkowa. Kiedy zaczęto dyskutować o hymnie, wydawało mi się, że jest jeszcze na to za wcześnie. W czasie, kiedy prezydent Putin dopiero doszedł do władzy, państwo rosyjskie jeszcze się nie sformowało, jeszcze nikt nie mógł określić, jakie ono jest. To była mieszanina elementów socjalistycznych, kapitalistycznych i innych.

Początkowo myślałem, że to jakaś niepoważna akcja, że nic z tego nie wyjdzie. Te elementy, z których lepiono państwo, wzajemnie się wykluczały, w ogóle do siebie nie pasowały. Mieliśmy komunistów, którzy na uroczystościach w cerkwi stali ze świeczkami w dłoniach, a jednocześnie protestowali przeciw wyniesieniu mumii Lenina z mauzoleum. A teraz na dodatek chcą Dzierżyńskiego znowu postawić na piedestał na placu Łubiańskim w Moskwie, gdzie stał przez wiele lat pod siedzibą KGB [pomnik Dzierżyńskiego został zdemontowany w 1991 r., znajduje się obecnie w parku socjalistycznych pomników nad rzeką Moskwą - red.].

Jednocześnie władze coś tam mówią o wolnym rynku i jeszcze o jakichś tam wartościach. Wtedy pomyślałem, że powinienem coś napisać. To znaczy, połączyć wszystkie te elementy najprzeróżniejsze i zobaczyć, co z tego połączenia wyjdzie. "Naród rosyjski pod trójkolorową flagą i orłem dwugłowym, w rytm radzieckiego hymnu kroczy w różne strony". Więc mamy tu i Związek Sowiecki, i kapitalizm. I cara z honorami chowają, czczą, i Lenina też czczą. "Dzisiaj i cara kochamy, i Lenina na wieki wysławiamy, niebawem Dzierżyńskiego na pomnik wrócimy, jak piękne jest życie tej nowej ojczyzny". Jednym słowem: mieszanina, kotłowanina, nie wiadomo co.

Rzadko liczę na to, że moje utwory do kogoś trafią, ale tym razem miałem szczerą nadzieję, że dzięki mojemu tekstowi góra zrozumie, że to strasznie śmieszne, że jeszcze nie nadszedł moment, żeby pisać hymn, że trzeba się wstrzymać. Ale nie, nie wstrzymali się, wzięli hymn Michałkowa. Naród nie jest w stanie nauczyć się słów, bo ten tekst jest martwy, toporny, kompletne beztalencie.

- Słowa obecnego hymnu są szalenie podobne do radzieckiego wariantu.

- Owszem, ale radziecki hymn odpowiadał duchowi Związku Radzieckiego, ideologii tego państwa. A ten niczemu nie odpowiada. To tekst pusty, głupi, pozbawiony sensu. To po prostu zestawienie przypadkowych słów. Poza tym to cyniczny zabieg, żeby wybrać tekst tego samego autora, który napisał tekst radzieckiego hymnu.

- Może nikt inny się nie zgłosił?

- Ależ zgłosiło się bardzo wielu ludzi. Można było ponadto rozpisać konkurs, wtedy byłoby jeszcze więcej zgłoszeń. Zdecydowano, że będzie muzyka Aleksandrowa. Wcześniej toczyła się dyskusja, jaka ma być melodia. "Pieśń" Glinki się nie przyjęła, rozważano "Boże, caria chrani". Osobiście byłem przeciwko przywracaniu muzyki Aleksandrowa, to był sowiecki hymn, a teraz ZSRR już nie ma, zatem hymn też powinien być nowy. Ale cynizm zwyciężył. Siergiej Michałkow najpierw napisał o Stalinie i Leninie, potem Stalina z hymnu wykreślono, został sam Lenin, a teraz w te same strofki zamiast Lenina wpisuje się Pana Boga i wszystko jest pięknie. Toteż wyśmiałem tę ideę. Ale to nic nie pomogło.

Proszę sobie wyobrazić, że kiedy w Dumie było głosowanie, który ze zgłoszonych tekstów wybrać, za moim wariantem zagłosowało 23 deputowanych. To niby mało, ale w parlamencie wpadli w popłoch, zaczęli mówić, że to skandal. Demokratyczny deputowany Siergiej Juszenkow złożył wniosek o zatwierdzenie mojego tekstu, a skoro deputowany oficjalnie wnioskuje, to rzecz trzeba poddać pod głosowanie.

Demokracja ulepszana

- Minęło już kilka lat, a hymn nie stał się symbolem, który jednoczy naród. A czy w ogóle jest coś, co go łączy? Hasła są wspaniałe. Pojawiła się nowa partia, która w nazwie ma jedność narodu: Jedinaja Rossija Putina. Powoli oczyszcza polityczną scenę, staje się jedynym graczem politycznym. Czy to naprawdę droga do jedności, czy tylko chwyt propagandowy? Czy znowu jest tak, że propaganda i oficjalny szyld sobie, a rzeczywistość sobie?

- Narodu nic nie jednoczy, może poza tym, że rzeczywiście wielkie rzesze narodu nie chcą żyć w warunkach demokracji. Rosjanie chcą, żeby był jeden człowiek, który wszystkim kieruje, jedna partia, wtedy wszystko jest na swoim miejscu.

- Wtedy reguły gry są dla wszystkich zrozumiałe.

- Rosja ma za sobą bardzo trudny okres. Wielu ludzi sądzi, że demokracja to zło. Z tym słowem kojarzy im się poniżenie: sklepy puste, pieniędzy brak. I dlatego ludzie znowu chcą, żeby wszystko było jasne i proste: jeden wódz, jedna partia. Człowiek przychodzi na "wybory", na karcie do głosowania figuruje jedno nazwisko, nie trzeba myśleć, nie trzeba wybierać, kartę wrzuca się do urny, można zakupić w bufecie obok parówki i spokojnie iść do domu.

- Powiedział Pan kiedyś, że Rosja nie dorosła do demokracji, że nie dała sobie z nią rady.

- W Rosji jest rzeczywiście bardzo niewielu ludzi, którzy rozumieją wartość demokracji. Przygniatająca większość nie rozumie, po co demokracja jest potrzebna.

- A czy taki system, w którym naród jest kierowany odgórnie, w którym zadowala się tymi parówkami z bufetu i niczego więcej nie pragnie, służy postępowi, pomaga rozwijać się Rosji?

- Mimo wszystko myślę, że Rosja z czasem nauczy się demokratycznych zasad, nauczy się budować demokratyczne instytucje, może stopniowo zaczną one działać. Ale na to trzeba dużo czasu.

- To bardzo optymistyczne spojrzenie. Instytucje demokratyczne, które powstały i stawiały pierwsze nieśmiałe kroki w jelcynowskiej Rosji, teraz są kasowane albo zastępowane imitacją demokracji. Przestrzeń wolności jest stopniowo ograniczana przez prezydenta Putina i jego otoczenie, wywodzące się w dużej części ze służb specjalnych.

- Tak, rzeczywiście pole wolności jest ograniczane. A demokracja bez wolności nie może istnieć. Oni, to znaczy prezydent i jego współpracownicy, są przekonani, że demokracja jest potrzebna. Ale taka, że tu by ją trzeba poprawić, i tu też... I że wtedy, taka poprawiona wedle naszych recept, niech sobie istnieje, proszę bardzo.

Za czasów Jelcyna było inaczej, można było nie tylko krytykować prezydenta, ale nawet go wyśmiewać. W telewizji były programy satyryczne, na przykład "Kukły". Wykpiwano to, że Jelcyn jest pijakiem i tak dalej.

- Jelcynowi było to nie w smak, ale jednak nie ograniczał wolności słowa. Nawet jeśli nie było wtedy pełnej swobody wypowiedzi, to w każdym razie był pluralizm poglądów. Krytyka prezydentowi Jelcynowi nie przeszkadzała.

- A Putinowi zaczęła przeszkadzać. Ani na poważnie, ani żartem nie można nic skrytykować. Telewizja jest całkowicie podporządkowana. Codziennie pokazują ten sam obrazek: Putin siedzi w gabinecie i troszczy się o to, żeby oficerowie dostali mieszkania, a emeryci emerytury. I cały czas się tylko troszczy i troszczy. Jak jest powódź, wzywa ministrów na dywanik i nakazuje zrobić to czy tamto.

Białoruś dzisiaj to Rosja jutro

- Ojciec narodu.

- Przedstawiany wyłącznie w pozytywnym świetle. Pozostało tylko kilka tytułów prasowych, które pozwalają sobie na krytykę. Na przykład "Nowaja Gazieta".

- Ukazują się tam nawet śmiałe materiały o jachtach Putina, o jego kontach w szwajcarskich bankach, o dawnych "przewałach" finansowych. To jak gdyby druga strona prezydenckiego medalu. Może do tego, żeby znosić krytykę pod swoim adresem, trzeba mieć poczucie humoru? Czy Putin je ma? Kiedy słucham jego wypowiedzi, szczególnie kiedy traci panowanie nad sobą i mówi emocjonalnie, wtedy pojawia się coś na kształt poczucia humoru. Choć dość specyficzny dowcip: raz mówi o dorwaniu Czeczenów w kiblu, to znów radzi dziennikarzowi francuskiemu, żeby przyjechał do Rosji, to tak mu to i owo wytną, że już nigdy nic mu nie odrośnie.

- Czasami prezydent potrafi powiedzieć coś dowcipnie i nawet mu się to udaje. Ale chodzi o coś innego. Putin nie za bardzo dorósł do roli, którą mu powierzono. Byłby zapewne świetnym szefem departamentu KGB albo dyrektorem fabryki. A rządzić krajem, a tym bardziej w takim przełomowym momencie, kiedy trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność i decydować, w jakim kierunku ma podążać Rosja, to dla niego za trudne. W takich czasach miejsce u steru powinien zająć człowiek formatu Thomasa Jeffersona, człowiek obdarzony umiejętnością filozoficznego sądu. Powinna istnieć koncepcja rozwoju kraju.

Tymczasem Putin bierze się za jakieś oddzielne sprawy. Na przykład stara się "ulepszyć" demokrację. No bo ludzie nieświadomi mogą zagłosować na jakiegoś bandytę i wybrać gangstera na gubernatora, no to już lepiej, jak ja będę mianował gubernatorów. Koncepcja jest taka: o, tu poprawię, tu skoryguję, i tu, i wszystko będzie dobrze. A dobrze wcale nie będzie. Kraj jakoś sobie radzi. Mamy ropę, gaz, diamenty, złoto. Ale poszukiwania roli Rosji w historii, dróg rozwoju - tego brakuje. Rosja nie ma wyraźnego oblicza.

- Czasy Jelcyna to burzliwy okres podziału własności. Teraz system to korporacja, która zarządza sferą ropy i gazu. Otoczenie prezydenta pracuje na to, aby zapewnić sobie sukcesję władzy po Putinie. Przecież w 2008 r. wyboru nie dokona naród przez demokratyczne głosowanie: wybory prezydenckie wygra ten, kogo wskaże korporacja jako następcę, a mechanizm wyborów zostanie jedynie użyty jako instrument zarządzania zasobami ludzkimi. Jedyna wątpliwość, jaka pozostała: czy Putin zostanie na trzecią kadencję, czy zostanie wybrany inny członek korporacji?

- Jeśli Putin miałby pozostać, trzeba by zmienić konstytucję. To będzie wielki krok wstecz. Będziemy Białorusią.

- Komentatorzy już tak mówią: że Białoruś dzisiaj to Rosja jutro. Mińsk to rodzaj poligonu, na którym wypróbowuje się różne polityczne pomysły. Łukaszenka przeprowadził dwa lata temu referendum, które dało mu możliwość startowania w wyborach po raz trzeci. Świat tego referendum nie uznał, Rosja uznała. Teraz wygrał wybory, które z demokracją nie miały nic wspólnego. Znowu świat wyborów nie uznał, Rosja uznała. Po co to Rosji?

- To się może przydać. Idea połączenia Rosji i Białorusi może okazać się potrzebna, żeby uzasadnić trzecią kadencję Putina. Aby mogło dojść do połączenia Rosji i Białorusi, w obu społeczeństwach, obu państwach powinny obowiązywać te same zasady. Gdyby Putin został po raz trzeci prezydentem Rosji, gdyby rozpisano referendum... A naród odda na niego głos, mogę Panią o tym zapewnić...

- Nawet nie trzeba będzie uciekać się do fałszowania wyników.

- Oczywiście. W Rosji nie trzeba fałszować wyników, wystarczy manipulacja. Nawet jeśli ogłosi się Putina carem, naród też będzie na niego głosował. A zatem gdyby odbyło się owo referendum, a potem Putin zostałby na trzecią kadencję, to połączenie Rosji i Białorusi byłoby naturalnym procesem zjednoczenia dwóch podobnych organizmów.

Ale nie jestem przekonany, że tak właśnie się stanie. To jeden z możliwych wariantów. Początkowo Putin odżegnywał się od projektów pozostania na trzecią kadencję, ale ostatnio jakoś przestał.

Kultura i życie

- Bardzo mi przypadło do gustu zdanie z jednej recenzji Pana twórczości, jeszcze z czasów ZSRR: "Wojnowicz popadł w obcą nam manierę przedstawiania życia takim, jakie ono jest". Chciałabym zapytać, czy dzisiejsze rosyjskie kino, zwłaszcza szeroko propagowane filmy, realizowane na zamówienie władz, są wyrazem ideologii, próbą ideologizacji pustki po ZSRR, czy starają się pokazywać "życie takim, jakie ono jest"? W latach 90. w Rosji masowo powstawały filmy o mafii, później przyszedł czas na obrazy o dzielnych czekistach, teraz mamy falę filmów historycznych czy heroicznych, mających wzmacniać ducha w narodzie. Mam na myśli nostalgiczne seriale o czasach stalinowskich, a także wojenne: "Karny batalion" czy ostatnio film Fiodora Bondarczuka "Dziewiąta kompania" o wojnie w Afganistanie.

- Różnie bywa z tymi filmami. Jeśli chodzi o "Karny batalion", to pokazuje on "życie takim, jakie ono jest". Ale to znacznie bardziej złożony problem. Wydaje mi się, że w żadnym społeczeństwie nie jest to jednoznaczne i jednowymiarowe. Weźmy Amerykę: tam w filmach policjanci zawsze okazują się dobrymi ludźmi, dobro zawsze zwycięża zło. W Rosji najpierw była cenzura. Potem cenzura przestała istnieć i zaczęła się tak zwana czernucha: wszystko źle, brud, wszystko w czarnych barwach. Potem wahadło wychyliło się w drugą stronę, powstało zapotrzebowanie na to, by pokazać, jakich mamy dzielnych milicjantów i wojskowych. Fala patriotycznych filmów powstaje na zamówienie góry. Ale wielu filmowców i bez odgórnej zachęty chce realizować takie filmy. Pojawienie się filmów "ku pokrzepieniu serc" uważam za rzecz naturalną. Państwo dopłaca do realizacji projektów, które mają patriotyczny rys.

- W Rosji nie ma wolności słowa, jeśli chodzi o media, dotyczy to zwłaszcza telewizji. Autorzy piszą zatem książki, gdzie cenzura jeszcze nie dotarła. Tacy pisarze jak Siergiej Dorienko, Aleksandr Prochanow czy Julia Łatynina piszą powieści polityczne: political fiction, non-fiction, polityczne thrillery, często książki te zawierają krytykę prezydenta i cieszą się wielkim wzięciem. A obok tego istnieje cała masa książek gloryfikujących Putina. Czy w ogóle w rosyjskiej literaturze dzieje się teraz coś ciekawego? Czy wszystko zjadła komercja?

- Ja sam nie lubię literatury politycznej. A książki o Putinie są dla mnie kompletnie nieinteresujące, nawet powieść, beletryzowana opowieść o życiu Putina, to też mnie nie pociąga.

Ale generalnie w literaturze mamy duży obszar swobody. Kiedyś, za czasów ZSRR, nie wolno było pisać na przykład o śmierci, było wiele zakazanych tematów, trzeba było pisać optymistycznie, musiał być bohater pozytywny. Obowiązywały poza tym niepisane reguły, np. bohater pozytywny musiał być Rosjaninem, a bohater negatywny powinien nosić podejrzane nazwisko. Teraz te reguły nie obowiązują. Nie ma żadnych przeszkód, żeby napisać powieść typu "Wojna i pokój" czy "Madame Bovary", o cierpieniu, o miłości.

- A czy powstają w Rosji takie powieści?

- Mamy wielu pisarzy, może niekoniecznie umieją oni pisać, niemniej piszą. Kiedyś myślałem, że jak nastanie wolność, to narodzi się wielka literatura. Ale tak się nie stało.

- Rosjanie nadal bardzo dużo czytają. Statystyki mówią, że najlepiej sprzedają się kryminały pisane przez kobiety. To siedem na dziesięć wydawanych książek. Ale na pewno są też pozycje, które mogą pretendować do miana nowej "Madame Bovary"?

- Osobiście takich książek nie znam. W pozaprzeszłym roku byłem jurorem rosyjskiego "Bookera", bodaj najbardziej prestiżowej nagrody literackiej. Przeczytałem wtedy sześćset powieści i takiej jak "Madame Bovary" wśród nich nie spotkałem.

Teraz za powieść może uchodzić wszystko. Ktoś zbierze w jeden tomik kilka opowiadań i daje tytuł: " Powieść w opowiadaniach". Albo tak: pewnego razu przyszedł do mnie literat, przyniósł sztukę teatralną, osiem-dziewięć stron, sztuka w trzech aktach. Pytam go: "Naprawdę chce Pan wystawić tę sztukę w teatrze?". "Tak". "Ale to nie wystarczy na pełnometrażowy spektakl". "To nic. Aktorzy będą robić długie pauzy".

Społeczeństwo bez namiętności

- Literatura, podobnie jak film i teatr, powinny uczestniczyć w dyskusji o najważniejszych problemach współczesności i przyszłości. Czy w Rosji jest taka płaszczyzna do rozmowy?

- Teraz nie ma klimatu do dyskusji. Nie ma wielkich sporów. Ludzie są znudzeni, nie chce im się dyskutować. Społeczeństwo nie wie, czego chce. Panuje apatia. Pojawiły się informacje, że gdzieś znowu mają postawić pomnik Stalina, a w społeczeństwie nie ma żadnej reakcji.

Kiedyś, za ZSRR, ludzie dyskutowali w swoich kuchniach, przeżywali, namiętności sięgały zenitu. Człowiek nie mógł wtedy otwarcie powiedzieć, że jest przeciwko władzy radzieckiej, ale przez to jego wybory nie były mniej dramatyczne: musiał dokonywać wyborów, choćby zdecydować, jak się od czegoś uchylić. A teraz żadnych namiętności nie ma, nikt nie dyskutuje, nie zastanawia się. Życie stało się dziwne. Ludzie giną na ulicy. I nic. Obojętność. Zabili kogoś, no i co? Jutro znowu kogoś zabiją. Ludziom jest wszystko jedno, czyj pomnik mają stawiać. A niech sobie stawiają.

Choćby taka prosta rzecz: socjalizmu dawno nie ma, budujemy kapitalizm, a główny wróg kapitalizmu, Włodzimierz Lenin, nadal spoczywa w mauzoleum i ludzie przychodzą mu się kłaniać.

Rolę dyskusji spełniają teraz telewizyjne talk-shows. Ale to nie są w żadnym razie poważne dyskusje, tylko pusta gadanina.

- Tam jest trochę ploteczek, jakieś sprawy bytowe. Tak, tego jest sporo. A dyskusja o tym, dokąd Putin prowadzi Rosję - tego jest mało albo wręcz nie ma wcale.

- Weźmy taki przykład. Tworzy się partia: Jedinaja Rossija. I ludzie wstępują w jej szeregi jak barany, stadnie. Bo myślą schematycznie, jak za czasów radzieckich: "Jesteś członkiem partii, to pewnie ci coś skapnie. Jak Jedinaja Rossija coś daje, to ja się zapiszę do partii i też mi dadzą". A kto jest przeciw, ten po prostu milczy.

- Ale w zeszłym roku jednak odbyła się dyskusja, która rozgrzała trochę umysły...

- O monetyzacji ulg? [Chodziło o zamianę darmowych przejazdów komunikacją miejską i innych przywilejów dla emerytów na ekwiwalenty pieniężne dodawane do emerytur - red.].

- Nie, mam na myśli coś innego. Chociaż dyskusja o monetyzacji ulg rzeczywiście do tego stopnia rozgrzała ludzi, że masowo wyszli protestować na ulice. Ale to dotyczyło ich kieszeni, i to na dodatek kieszeni, które są na ogół puste. Jeden z rosyjskich socjologów zauważył, że na całym świecie ludzie protestują, żeby coś zmienić, a w Rosji ludzie protestują, żeby broń Boże nic nie zmieniać. Ale chciałam zapytać o inną dyskusję: o kwestie historyczne. W zeszłym roku była 60. rocznica zakończenia II wojny światowej. Projekt rosyjskich władz polegał na tym, żeby pokazać, że Wielka Wojna Ojczyźniana to jedyny skarb, który pozostał, perła w historycznej koronie, krytyka była niedopuszczalna. A jeśli jakaś krytyka się pojawiała, wywoływała emocjonalne reakcje. Ktoś dowcipnie powiedział, że Rosja jest krajem o nieodgadnionej przeszłości. Więc jak to jest z tą historią? Trzeba ją pisać na nowo, czy może zapomnieć, że istnieje coś takiego jak historia? Spór historyczny między Rosją a Polską też wywołał ostre reakcje.

- Bo wy ciągle przypominacie: Katyń i Katyń. "Nasi już powiedzieli o tym raz i wystarczy. Po co znowu o tym mówić" - takie u nas panuje przekonanie. A to błąd, więcej - głupota. Zachowanie rosyjskich władz jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Jeśli doszliśmy do wniosku, że tamta, radziecka droga była zła, to trzeba się przyznać, że to było złe. Jeśli budujemy coś nowego, to od tamtego się odcinamy, a jeśli tamto było dobre, to dalej budujmy komunizm. I mówmy, że nie było żadnego Katynia, żadnego paktu z Ribbentropem i w ogóle wszystko było świetnie: Lenin był dobry i Stalin był dobry.

Moim zdaniem, w interesie Rosji jest uznać, że to było złe. Niektórzy mówią, że trzeba się pokajać, a ja myślę, że niekoniecznie. Trzeba po prostu powiedzieć: "Było to i to, zbrodnie, Katyń, łagry. Ale przecież to nie my zrobiliśmy". Bałtowie krzyczą: "Byliśmy pod okupacją", a nasi odpowiadają: "Ależ skądże znowu, to nie była żadna okupacja". A ja, gdybym był prezydentem, powiedziałbym: "Wszyscy byliśmy pod okupacją bolszewików: i Rosja, i Litwa". Ale obecne rosyjskie władze tak nie mówią, wręcz przeciwnie, one biorą odpowiedzialność za przeszłość. A skoro biorą za to odpowiedzialność, to powinny za wszystko odpowiadać. A jeśli chodzi o Katyń, powiedziałbym: "To była zbrodnia popełniona przez władzę radziecką. Ale władzy radzieckiej już nie ma". Potępiłbym zbrodnię i na tym koniec.

Moskwa 2042

- Od niedawna Pan również maluje. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że malarstwo jest niejako przedłużeniem pisania.

- Miałem 62 lata, kiedy zacząłem malować. Wtedy poczułem, że w literaturze doszedłem do ściany, a chciałem jeszcze wyrazić się w nowej formie. Malarstwo jest tą dziedziną sztuki, która wymaga większej dozy optymizmu. Książka może być ponura, mroczna, a obraz powinien być świetlisty, jasny. Człowiek powinien patrzeć na płótno i powinien się cieszyć. Kolorem, światłem. Po śmierci żony jednak zarzuciłem malowanie. Ale może do tego wrócę.

- Potrafi Pan formułować prognozy, które się sprawdzają. W powieści "Moskwa 2042" napisał Pan, że Rosją rządzić będzie "genialissimus": młody wódz, który wywodzi się z organów bezpieczeństwa, pracował w Niemczech jako funkcjonariusz wywiadu. Ta prognoza sprawdziła się. Co dalej? Rosja stanie się monarchią?

- Rosja zmierza w kierunku monarchii. I to monarchii absolutnej, no, może półabsolutnej. Car może nie będzie ścinać łbów, ale konstytucja na pewno nie będzie mu potrzebna. Monarchia konstytucyjna ma za dużo ograniczeń: parlament, ustawy.

- A kto będzie monarchą? Na Zachodzie żyje kilku przedstawicieli dynastii Romanowów, którzy wprawdzie z Rosją mają niewiele wspólnego, ale od czasu do czasu przypominają o swoim prawie do tronu. A może Putin zostanie carem?

- Przekształcenie Rosji w monarchię byłoby logicznym rozwiązaniem. Wiele znaczących osób opowiada się za takim ustrojem. Choćby Nikita Michałkow. A Putin już działa tak jak car. Demokratyczne struktury faktycznie nie istnieją. Co Putin powie, to święte. Jeszcze nie słyszałem, żeby Putin coś nakazał, a ktoś mu odmówił. Putin ma zawsze rację, jest dobry i sprawiedliwy. Jeśli zostanie carem, nie będzie się musiał martwić o trzecią kadencję.

Media przygotują grunt: ktoś napisze artykuł za monarchią, ktoś z nim zacznie polemizować, zrobi się kilka programów telewizyjnych pod hasłem "A Putin jest taki dobry". Nie ma znaczenia, że nie pochodzi z carskiego rodu, przecież nasza historia pękła, nie ma w niej ciągłości. Putin byłby lepszy od Romanowów. Na carskim referendum Putin dostanie 82 proc. poparcia. To zupełnie możliwe. Bo to logiczne. Ale uważam, że ta prognoza mimo wszystko się nie spełni. Zostało za mało czasu, w 2008 r. upływa druga kadencja.

Osobiście byłbym przeciwko takiemu rozwojowi wypadków. Kiedy przepowiadam, że będzie deszcz, to wcale nie oznacza, że chcę, żeby zaczął padać.

- Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Władimir Nikołajewicz Wojnowicz (ur. w 1932 r.), jest prozaikiem i poetą. W młodości pracował w kołchozach i na budowach, odbył służbę wojskową. Debiutował w 1958 r. W latach 60. opublikował kilka powieści i pracował nad najsłynniejszym swym dziełem: satyryczną powieścią "Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina", która w ZSRR i w PRL ukazać mogła się tylko nielegalnie (legalnie w ZSRR wydano ją dopiero w 1989 r.); to satyra na Armię Czerwoną w czasie II wojny światowej. W 1974 r. Wojnowicz został wyrzucony ze Związku Pisarzy ZSRR, a w 1980 r. wyemigrował na Zachód, gdzie pisał opowiadania, felietony i sztuki teatralne. Krytykował Sołżenicyna i jego zwrot ku rosyjskiemu nacjonalizmowi. W Polsce wydano szereg jego książek; tylko w tym roku ukazało się wznowienie przygód Czonkina i "Spiżowa miłość Agłai".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]