Reklama

Mówić, by zmieniać

Mówić, by zmieniać

14.09.2020
Czyta się kilka minut
EMILIE PINE: Żyjemy w epoce wojen kulturowych i skrajnej polaryzacji. Racjonalne argumenty przestały działać. Dlatego napisałam książkę o swoim życiu i emocjach. Tylko tak można przełamać impas w debacie publicznej.
RUTH CONNOLLY / MATERIAŁY PRASOWE
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: „O tym się nie mówi” to książka o rzeczach, które dla wielu osób pozostają nieuchwytne, przezroczyste – w pewnym sensie niewidzialne.

EMILIE PINE: Ukrywamy nasze osobiste historie. Taki mamy odruch. „Wszystko w porządku”, odpowiadamy zazwyczaj, gdy ktoś zagadnie, co u nas słychać. A to często kłamstwo, które wciskamy również sobie. Niektórzy przez całe życie. Jednak czasem przychodzi impuls, gwałtowny wstrząs i nagle mamy dość, nie chcemy dłużej pozostawać niewidzialni. Tak było w moim przypadku.

Co dokładnie postanowiłaś uczynić widzialnym?

Rzeczy wstydliwe, bolesne, wręcz traumatyczne. Głęboko skrywane doświadczenia, które mocno wpłynęły na moje życie. W każdym eseju opowiadam o innym fragmencie życia. Wiele z nich długo taiłam nawet przed najbliższymi. Piszę o alkoholizmie ojca. O nastoletnim buncie, gdy sama piłam, ćpałam, a także uprawiałam przypadkowy seks z nieznajomymi, co mnie prawie zabiło. O problemach z zajściem w ciążę i o poronieniach. Są też wątki bardziej uniwersalne: wstyd menstruacji, który kultura i społeczeństwo wbudowują każdej kobiecie od najwcześniejszych lat. Piszę też o pracoholizmie, czyli kompulsywnej potrzebie ciągłego poprawiania własnej wydajności, co przypłaca się utratą kontaktu z rzeczywistością, czasem także depresją.

Wcześniej bałaś się o tym mówić?

Wszyscy pragniemy akceptacji. Strach, że możemy ją utracić, zmusza do wielu rzeczy. Każe chować głęboko wszystko, co nie pasuje do społecznych standardów, które są w dużej mierze projekcją indywidualnych lęków. Błędne koło, które można przerwać poprzez konfrontację z samym strachem. Najlepiej przez pisanie. Po wydaniu książki poczułam się bardziej akceptowana i kochana niż kiedykolwiek w życiu.

W recenzjach często pada słowo „odwaga”.

Nie czuję się odważna. Mam stabilną pozycję społeczną i ekonomiczną, a także ogromne wsparcie ze strony mojego partnera i całej rodziny. Ryzykowałam niewiele. Bardziej pasowałoby tu słowo „gniew”. Byłam wściekła, buzowało we mnie, aż w końcu się przelało.

Niektórzy przyklejają Ci łatkę „kronikarki kobiecego doświadczenia”.

Niektóre teksty, np. o menstruacji, pasują do tego określenia, ale tylko częściowo. Bo mężczyźni, choć sami nie krwawią, mają przecież partnerki, matki, siostry, córki, przyjaciółki – osoby bardzo im bliskie, które muszą na co dzień mierzyć się z opresyjną kulturą wstydu. Nie można zawężać tego doświadczenia wyłącznie do kategorii płci biologicznej. Powinniśmy więcej i bardziej otwarcie mówić o naszych ciałach, dzielić się swoimi doświadczeniami, uczyć się od siebie nawzajem. Wiele kobiet mówiło mi, że lektura mojej książki była dla nich wyzwalająca, że pozwoliła im poczuć się lepiej we własnym ciele, co mnie ogromnie ucieszyło. Jednak zawsze podkreślam, że z dyskursu genderowego nie można wykluczać mężczyzn. Patriarchalne wzorce męskości mogą być również skrajnie toksyczne i opresyjne. Trzeba znosić wszystkie szkodliwe ograniczenia. Kobiety nie powinny być niewidzialne dla mężczyzn i na odwrót.

Kto decyduje, co jest widzialne, a co nie?

W Irlandii, w Polsce jest zresztą podobnie, przez lata problem stanowiła legislacja. Prawodawca, który całkowicie zakazuje aborcji, próbuje przekonać społeczeństwo, że zjawisko nie istnieje. Kobiety, które jeździły do Wielkiej Brytanii albo Holandii, żeby usunąć ciążę – już nieważne, z jakiego powodu – z punktu widzenia państwa były niewidzialne. W pewnym momencie powiedzieliśmy: dość. Koniec z udawaniem. Zerwaliśmy z fikcją, w której przez lata tkwiliśmy. Nie jesteśmy przecież małymi dziećmi, które zasłaniają sobie oczy i udają, że świat dookoła znika. Te kobiety zawsze były widzialne, żyły tuż obok. Tyle że w narzuconej nam opowieści nie było dla nich miejsca.

Opowieści można zmieniać. Tylko jak?

Jedyna droga to mówienie prawdy o ludzkim cierpieniu. Na przykład o dzieciach, które były brutalnie wykorzystywane przez katolickich księży. W Irlandii ten temat jest obecny w debacie publicznej od dawna, dlatego powoli przeniknął do zbiorowej świadomości, a to zrodziło empatię.

To wystarczy?

Empatia to dziwny stan. Budzi silne emocje, ale zazwyczaj pasywne. Jednak w niektórych przypadkach potrafi zmienić sposób patrzenia na świat. To powolny proces, ale z czasem wywraca nasz światopogląd. Kilka dekad temu oskarżenie księdza o molestowanie albo gwałt było nie do pomyślenia. Dzisiaj większość ludzi nie pojmuje, jak takie tabu mogło w ogóle istnieć.

Czyli proste i szczere opowieści mogą zmienić świat?

Ta myśl przyświecała mi podczas pisania książki. Unikałam metafor i innych środków stylistycznych – chciałam, żeby moje historie były dosłowne. Osobiste wyznanie pozwala zadać celny cios. W tym tkwi siła pisarstwa non-fiction.

Fikcja nie ma tej mocy?

Powieść oczywiście też może wpływać na rzeczywistość, robi to jednak subtelniej. Fikcja kształtuje naszą wyobraźnię, co również ma fundamentalne znaczenie, ale to proces dużo wolniejszy. Bywa, że nie ma na to czasu.

Dlatego skupiasz się na wątkach osobistych, często wręcz intymnych?

Prywatne jest polityczne – to jedno z kluczowych haseł feminizmu. Żyjemy w epoce wojen kulturowych, skrajnej polaryzacji debaty publicznej. Racjonalne argumenty, odwołujące się do abstrakcyjnych pojęć, przestały działać. Dlatego postanowiłam napisać książkę o swoim życiu i emocjach. I podziałało. Wiele osób odnalazło się w tych historiach, a przecież to pełne konkretnych szczegółów opowieści z mojego życia. Ciekawy paradoks, że im historia jest bardziej wyjątkowa i jednostkowa, tym większy ma potencjał uniwersalistyczny.

Argumenty z emocji pozwalają przełamać impas w debacie publicznej?

Tak, bo nasze dyskusje stają się coraz bardziej jałowe, a używane argumenty płytkie i powierzchowne, więc coraz trudniej zakorzenić w nich swoje doświadczenia. Ludzie chcą czegoś więcej. Dlatego mocniej reagują na osobistą opowieść niż zbitkę wyświechtanych frazesów i abstrakcyjnych pojęć.

Myślisz, że potrzebujemy nowej definicji tego, co prywatne i publiczne?

Na co dzień piszę książki i artykuły naukowe, więc używam języka akademickiego. Nagle zaczęłam opowiadać o ciele, emocjach i traumach, i to w zupełnie inny sposób. Na początku miałam opory, ale gdy zaczęłam, nie mogłam przestać. Czułam przymus opowiedzenia tych historii do końca.

Zaczęło się od mojego ojca alkoholika. Parę lat temu trafił w ciężkim stanie do szpitala z powodu ostrej niewydolności wątroby. Przez całe życie widziałam, jak pije, jak niszczy swoje zdrowie i życie. A mimo to w mojej rodzinie nigdy nie padło słowo „alkoholizm”. Gdy otarł się o śmierć, poczułam potworny gniew. Jak mogliśmy przez tyle lat udawać, że nie ma problemu? Wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałam, że ciągłe uciekanie w intymność jest wyjątkowo toksyczne. O problemach trzeba mówić otwartym tekstem.

A miejsce na intymność?

Minęły dwa lata od premiery książki i jestem już mocno zmęczona. Cieszę się, że powoli wycofuję się ze świecznika. Z drugiej strony wiele osób zapomina, że cały czas pozostawałam pisarką. Owszem, moja książka jest bardzo intymna, ale to nie jest surowy zapis wydarty wprost z mojej codzienności. To nie dziennik, który ktoś mi wykradł. Spędziłam dużo czasu, szlifując tę opowieść. W trakcie redakcji sporo rzeczy wypadło, długo też myślałam nad ustawieniem poszczególnych elementów. Owszem, to prawdziwy opis moich doświadczeń, niemniej przepuszczony przez wiele filtrów.

Wspomniałaś o uniwersalności opisywanych doświadczeń. A co z kontekstem historycznym?

Żaden tekst nie powstaje w próżni. Gdybym wydała swoją książkę dziesięć lat wcześniej, na pewno miałaby inny odbiór, szczególnie w Irlandii. Premiera odbyła się dwa miesiące po referendum, które zalegalizowało w naszym kraju aborcję. Cztery lata wcześniej referendum umożliwiło śluby osobom tej samej płci. Irlandia w ostatnich latach szybko się zmienia. W Stanach książki podobne do mojej pojawiają się od lat, podobnie w Wielkiej Brytanii. W Irlandii to był jeden z pierwszych głosów. Teraz na szczęście jest ich coraz więcej. Jestem tylko niewielką częścią dużo szerszego zjawiska.

„O tym się nie mówi” to opowieść o dorastaniu w konserwatywnym, katolickim kraju.

To opis konkretnej, bardzo zamkniętej i patriarchalnej kultury. Dlatego tak zdziwiła mnie reakcja szwedzkich czy francuskich czytelników i czytelniczek. Przez lata żyłam w przekonaniu, że rzeczywistość w krajach, które tak często stawiamy sobie za wzór, wygląda inaczej. A na spotkaniach autorskich w Paryżu czy Sztokholmie bardzo często słyszałam „u nas jest tak samo”. Jak to? Przecież wy już dawno powinniście uporać się z tymi problemami! To tylko pokazuje, że feminizm zmienia świat bardzo powoli. A rzeczy, które w pewnym momencie udało się uczynić widzialnymi, często na powrót stają się niewidzialne.

Skąd to gwałtowne przyspieszenie zmian w Irlandii?

Powodów jest wiele. Najogólniej rzecz biorąc, przez ponad sto lat żyliśmy w bardzo konserwatywnym i opresyjnym systemie społecznym. Na przykład samotne matki był umieszczane w specjalnych instytucjach dla „upadłych kobiet”, a ostatnią taką placówkę zamknięto dopiero pod koniec lat 90.! Rozwody zalegalizowano w referendum z 1996 r. Różnica głosów wyniosła wtedy niespełna dziesięć tysięcy. Strona konserwatywna argumentowała, że to doprowadzi do rozpadu instytucji rodziny, co oczywiście okazało się bzdurą. To był impuls do dalszych zmian, empiryczny argument, że nie ma się czego bać. Dlatego w kolejnych głosowaniach strona progresywna zyskiwała coraz większe poparcie. I znowu – kluczowe okazały się osobiste historie. Szczególnie w przypadku legalizacji ­aborcji. Tysiące kobiet opowiadały o piekle, przez które musiały przechodzić. Irlandia to mały kraj, dlatego łatwiej nam budować wspólnotę doświadczeń. Prawie każdy znał kogoś, kto ucierpiał z powodu skrajnie konserwatywnego prawa.

Referendum w kwestii podstawowych praw człowieka może być bronią obosieczną.

Powszechne głosowanie ma ten plus, że buduje ogólnospołeczny konsensus, dający silną legitymizację zmian. Choć masz rację, to także potencjalnie droga dla konserwatystów chcących przywrócić poprzedni porządek. Prawicowych populistów, gdy już dorwą się do władzy, nic nie jest w stanie powstrzymać, co niestety widać dzisiaj w Polsce. Na szczęście w XXI w. już nie tak łatwo odebrać prawa obywatelom. Wasz Czarny Protest sprzed paru lat to najlepszy przykład, a Strajk Kobiet był inspiracją dla wielu osób, także w Irlandii. Umiejętność stawiania oporu opresyjnej władzy jest równie ważna, co wprowadzanie pozytywnych zmian.

Z czasem zaczyna brakować siły. Ludzie są zmęczeni walką o podstawowe prawa i swobody, chcieliby zająć się czymś innym. Jesteś specjalistką od Becketta. Nie wolałabyś zajmować się awangardowym teatrem?

Pewnie, choć akurat Beckett to bardzo ciekawy punkt wyjścia do walki o prawa człowieka.

Akademickie zaplecze nie utrudniało Ci pisania „O tym się nie mówi”?

Uwielbiam swoją pracę, bardzo lubię też uczyć. Jednak żeby napisać tę książkę, musiałam na jakiś czas zrezygnować z obowiązków zawodowych. Zbiegło się to z chwilowym kryzysem mojej wiary w akademię jako taką. I nawet nie chodziło o przerośniętą biurokrację czy liczne patologie systemu grantowego, który wyrządził olbrzymią krzywdę całej nauce. Byłam zmęczona abstrakcyjnym językiem i naiwną wiarą w obiektywny opis świata. Zajmuję się teatrem, o którym mówi się często, że buduje etyczną wspólnotę. Każda sztuka bazuje na wymianie intelektualnej, ale jednocześnie jest fizyczna, cielesna. Nie można pomijać materialności naszego doświadczenia. „O tym się nie mówi” to także odtrutka na język pełen popisów erudycyjnych, niepotrzebnie skomplikowany, a przez to niewiele wnoszący do naszego rozumienia świata. Straciłam cierpliwość do wysublimowanych teorii. Jeżeli nie potrafisz wyrazić swojej myśli bez akademickiej ornamentyki, to właściwie dla kogo piszesz? Taka postawa jest z gruntu antydemokratyczna.

Potrzebujemy jeszcze akademii?

Wielu akademików to także aktywiści i to połączenie bywa interesujące. Uniwersytety wymagają strukturalnych zmian, przede wszystkim w kwestii finansowania, bo to rodzi największe patologie. Ich obecność jest jednak niezbędna. Weźmy choćby feminizm. W 2017 r. powstał ruch #metoo, którego znaczenie trudno przecenić. Jednak aby w pełni zrozumieć to zjawisko oraz nie zmarnować jego potencjału, konieczne jest zbudowanie odpowiedniego aparatu pojęciowego. Specjalizuję się w dramacie i wielu moich kolegów oraz koleżanek pisało o performatywnej naturze tego ruchu. Taka rama teoretyczna pozwala zobaczyć wiele rzeczy w nowym świetle. Akademia ma sens, jeżeli nieustannie odnosi się do rzeczywistości. Bez tego staje się martwa.

Czy #metoo udało się coś zmienić?

To była kolejna odsłona walki, którą od dekad toczą kobiety, bo przecież molestowanie seksualne nie jest niczym nowym. Tym razem udało się uczynić problem widzialnym, i to na szeroką skalę, a tego nie da się już cofnąć. Gdy walczymy z nierównościami albo opresją, potencjalne zmiany mogą mieć dwojaki charakter: kulturowy oraz strukturalny. Ruchy społeczne działają w obrębie tego pierwszego pola – możemy tworzyć nowe opowieści, wpływać na powszechną wrażliwość i wyobraźnię. Zmiany strukturalne, czyli kolejny etap, to zadanie dla polityków. Ważne, żebyśmy o tym pamiętali i odpowiednio adresowali nasze oczekiwania.

Krytyczny dyskurs przydaje się również w bieżących sporach politycznych.

Szczególnie w przypadku języka populistów i skrajnej prawicy. Jeżeli Trump mówi „uczyńmy Amerykę znów wielką”, to co właściwie znaczy ten slogan? Czym jest „wielkość”? Do jakiego momentu w historii USA odnosi się słowo „znów”? Naszym zadaniem jest rozbrajanie podobnych bomb, bo ich siła rażenia jest ogromna.

Wierzysz w postęp?

Rozwój technologii dał nam fałszywe przekonanie, że ciągle ulepszamy naszą cywilizację. Owszem, świat cały czas się zmienia, ale nie zawsze jest to zmiana na lepsze. Gdy przechodzimy od punktu A do punktu B, coś zyskujemy, ale jednocześnie coś tracimy. Współczesna ekologia dobrze to pokazuje, bo odziera nas z iluzji, że rozwijamy się we właściwym kierunku. Musimy zwolnić. To jedyna szansa, żeby zbudować sensowny system wartości, który będzie pasował do naszego świata. ©℗

EMILIE PINE (ur. 1977) – wykłada wiedzę o dramacie współczesnym na University College w Dublinie. Publikowała jako naukowczyni i krytyczka literacka. „O tym się nie mówi” to jej pierwsza książka. Została nagrodzona m.in. The Butler Literary Award 2018.

25 października z EMILIE PINE na Festiwalu Conrada porozmawia Anna Kowalcze-Pawlik.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]