Maní: nazwa tego miasteczka Majów, liczącego około 5 tysięcy mieszkańców i położonego w głębi półwyspu Jukatan, widnieje dumnie na głównym placu. Wypisana kolorowymi literami wielkości dorosłego człowieka. Jakby ktoś mógł trafić tu przypadkiem i dopiero dzięki napisowi wyczytać, gdzie się znajduje.
Bo aby tutaj dotrzeć, trzeba zjechać z autostrady – przy stacji benzynowej, 80 km za Méridą. Dalej wąska droga sprawia wrażenie, jakby wyżłobiono ją w subtropikalnym lesie.
Podpis na cokole mówi sam za siebie: „Miejsce, w którym wszystko się wydarzyło” („Maní: Lugar donde todo pasó”). Wszystko, czyli co dokładnie?
Podczas trzytygodniowej podróży po południowym Meksyku wielokrotnie wracam do Maní. Szukam inspiracji, ale i przestrogi dla nas w Europie Środkowej, którzy, jakby w zawieszeniu między przeszłością a przyszłością, mierzymy się ze współczesnymi wojnami, z przetasowaniami sojuszy. To, co wydarzyło się kiedyś w Maní, dociera do przybysza powoli.
Maní: czego szukają tutaj turyści
Za napisem odsłania się widok na dawny klasztor franciszkanów, z ogromnym pustym placem wytyczonym na cokole piramidy Majów. Klasztor wzniesiono w połowie XVI w., trzy dekady po tym, jak Hiszpanie rozpoczęli podbój terenów zamieszkałych przez Majów (obecnie południe Meksyku). Dziś dawny klasztorny kościół służy jako świątynia parafialna.

Po przeciwnej stronie znajduje się żółto-biały ratusz z fasadą ozdobioną arkadami. W ich cieniu powstaje lokalne rękodzieło. Można tu kupić haftowaną sukienkę albo miejscowy miód. Fasady okolicznych domów są kolorowe, jak przystało na tak zwaną „magiczną miejscowość”, pueblos mágicos, jedną z aktualnie siedmiu takich w stanie Jukatan.
To ma być zapewne zachęta, ma przyciągnąć turystów, tworzyć miejsca pracy i w ogóle, wiadomo, budować dobrobyt na prowincji.
Magia miejsc wymaga jednak powolnego czytania.
– Turyści szukają oryginalnych domków Majów – wyjaśnia Andy Interian Chan, pełnomocnik urzędu miasta do spraw turystyki. Andy towarzyszy mi od pierwszego dnia. – Ale co to niby miałoby być? Wszystkie domy, w których dziś mieszkamy, to oryginalna zabudowa Majów. Nie jesteśmy muzeum. To nasze życie.
Katecheta i szaman Majów. Życie z dwiema tradycjami
Od Andy’ego dowiaduję się, że z architektury domów w Maní można wyczytać sporo ciekawych rzeczy. Na przykład forma przedsionka wskazuje, czy ktoś z rodziny emigrował do USA i zainspirował się tamtą architekturą. Owszem, tu i ówdzie widać tradycyjne chaty ze spadzistymi dachami z liści palmowych. Często stoją na podwórku i są częścią zespołu mniejszych i większych budynków na jednej działce, między palmami bananowymi, drzewkami limonki i słynnymi roślinami medycyny naturalnej chaya.
Gdzieniegdzie zachował się też dom w stylu kolonialnym.
W jednym z takich domów mieści się popularna restauracja, do której zaprasza Iván Jimenez, katecheta katolicki i jednocześnie szaman Majów. Poznajemy się po niedzielnej mszy we wspomnianym kościele. Czekam, aż skończy prowadzić katechezę, a potem wybieramy się na spacer i regionalny obiad, wyśmienite poc chuc – wieprzowinę marynowaną w cytrusach i upieczoną na grillu.
– Podobno mieszkał tu sam inkwizytor Diego de Landa – twierdzi Iván, gdy czekamy w kolejce na stolik.
Iván chętnie opowiada o różnych aspektach swojej osobowości, które ktoś z zewnątrz mógłby uznać za ambiwalentne. – Chcesz mnie nazywać czarownikiem, proszę bardzo – mówi. – Kilka lat temu urzędował tu inny proboszcz. Miał z tym problem.
Iván opowiada o rodzaju przesłuchania, jakiemu poddał go ów ksiądz: czy bierzesz udział w rytuałach Majów? Czy znasz praktyki lecznicze Majów? Czy potrafisz czytać starożytne pismo Majów i uczysz tego?
– Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że tak – wspomina Iván. – Poza tym nie komentowałem. Po tej rozmowie zostałem zawieszony w obowiązkach katechety. Szczerze mówiąc, nie zawsze rozumiem, jak łączę jedno z drugim. Ale moje życie świadczy, że taka łączność jest możliwa. Co więcej, służy mnie i mojej wspólnocie. Zatem warto ją zaakceptować. Po co zaraz wszystko kwestionować i wyjaśniać do joty?
– Obecny proboszcz jest inny, stara się przywrócić dobre współżycie – Iván posługuje się nośnym dziś hiszpańskim słowem convivencia (współżycie, współistnienie, koegzystencja). – Odbyliśmy poważną rozmowę i wróciłem do zajęć w kościele. Zresztą kilka innych osób przeszło podobne doświadczenia.
Jezus o twarzy Majów
Starania proboszcza obserwuję w czasie niedzielnej mszy. „Tak jak w minione niedziele – mówi, rozpoczynając kazanie – przypominam, że mamy mikrofon. Ktoś chciałby o coś zapytać? Śmiało, bardzo proszę!”.
Rzeczywiście, ledwie proboszcz zdąży usiąść na krześle przed ołtarzem, a już pojawiają się pierwsi chętni.
Mam wrażenie, że ta jego równościowa, nastawiona na wzajemne uznanie komunikacja, koresponduje z wystrojem wnętrza dawnego klasztoru. Na przykład figura Jezusa na krzyżu, przy wejściu do nawy głównej, ma rysy twarzy charakterystyczne dla tutejszych mieszkańców.

Andy zwraca mi na to uwagę już pierwszego dnia. – Jezus ma niski wzrost, płaskie czoło, co w tradycji Majów jest szczególnie piękne – opowiada Andy. – Oczy też przypominają nasze. Rysy mieszkańców Śródziemnomorza są inne. Dotyczy to zresztą wielu figur przy ołtarzu i malowideł ściennych.
Jeśli chodzi o sam klasztor, to legenda głosi, że budowlę postawili tajemniczy giganci w ciągu jednej nocy. Miasto Maní konkurowało z Méridą o to, które z nich zostanie stolicą regionu. Kiedy zapiał kogut, Maní uznało się za zwycięzcę. Potem okazało się, że Mérida była jednak szybsza.
– Cóż, legendy też wymagają powolnego czytania – upomina Iván. – W gruncie rzeczy chodzi o to, że budynek powstał zadziwiająco sprawnie.
Inkwizytor i przemoc wobec Majów
Powolne czytanie dotyczy też innych aspektów przeszłości. Na przykład kwestia autodafé: obrzędu, który w 1562 r. poprowadził tu Diego de Landa.
W tamtym czasie był to rytuał publiczny, praktykowany w Hiszpanii i Portugalii, a także w tzw. Nowym Świecie, podbitym przez oba te kraje – wobec podejrzanych o herezję oraz niechrześcijan. Łączył akt wiary z ceremonią pokutną, często towarzyszyły mu różne formy przemocy, fizycznej i psychicznej.
– W czasie ostatniej wizyty u nas Galina Jerszowa chciała zainicjować wzniesienie pomnika franciszkańskiego inkwizytora – Iván opowiada o spotkaniu ze słynną antropolożką i ekspertką od Majów. – Ale my nie chcemy żadnego pomnika.
Z punktu widzenia Jerszowej inkwizytor wykonał bezcenną pracę. Około 80 lat temu sowiecki etnolog i jej mistrz naukowy, Jurij Knorozow, odnalazł w dziele Diega decydujące wskazówki pozwalające rozszyfrować starożytne pismo Majów. Jednak „Relację o sprawach Jukatanu” („Relación de las cosas de Yucatán”), autorstwa Diega de Landy, trudno nazwać dziełem powstałym z zamiłowania do nauki i świata Majów.
Napisał tę rozprawę, polemizując z oskarżeniami ze strony hiszpańskiej Królewskiej Rady Indii. Rada podejrzewała go o zbyt brutalne traktowanie miejscowych. Źródła mówią o torturowaniu ogromnej liczby Majów. Niektórych zamordowano, innych sprzedano w niewolę lub zmuszono do płacenia okupu.
Zniszczono też dziedzictwo materialne: przedmioty kultu i obiekty artystyczne zdewastowano, wytropione księgi (tzw. księgi prekolumbijskie) spalono co do jednej. Wielu Majów odebrało sobie później życie „ze zgryzoty”.
Dlaczego w Maní nie ma pomnika ofiar inkwizycji
Ale dlaczego w Maní nie ma pomnika ofiar autodafé? Wracam do tego pytania, stojąc na pustym i rozgrzanym słońcem placu, między dawnym klasztorem a ratuszem.
Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Mój dziadek nie wrócił z hitlerowskiego obozu. Od dziecka chodziłem ulicami pełnymi tablic, pomników i innych miejsc pamięci. Berlin, gdzie dziś mieszkam, także ma ich wiele. Wszechobecność materialnej pamięci obu tych miast jest przeciwieństwem Maní.
Wątpliwościami dzielę się z Gildą Segovią Chab, adwokatką, która obronę praw społeczności Majów uczyniła sensem swojej pracy zawodowej (sama się od nich wywodzi).
– Pomniki są dobre, ale te wznoszone w sercach ludzi – uważa Gilda. – W sercach i umysłach, nie z kamieni. Bo pomniki powinny pomagać w zabliźnianiu ran i powrocie do dobrostanu. Tymczasem kamienie wywołują różne emocje. U jednych dobre, u innych nie. Na przykład nienawiść. Słowem, niekoniecznie pomagają zagoić rany.
– Nie daliśmy się zredukować do tego jednego, tragicznego wydarzenia – mówi Andy, gdy poruszam temat nieistniejącego pomnika. I dodaje: – Liczy się pamięć, którą każdy z nas nosi w sobie. Mamy różne wspomnienia i słowa. A nie, że coś wyryję w kamieniu raz na zawsze. Zresztą, czy przyszłość nie jest ważniejsza niż przeszłość?
Legenda o końcu świata
Jeśli chodzi o przyszłość, Maní też jest miejscem szczególnym. Na Jukatanie znajduje się kilka tysięcy tzw. cenot: to studnie krasowe, połączone siecią jaskiń i wypełnione słodką wodą. Majowie wykorzystywali je jako naturalne zasoby wody, a niekiedy miejsca kultu. Obok ratusza w Maní też jest niewielka cenota.

Legenda mówi, że w okresie poprzedzającym Dzień Sądu Ostatecznego na całej planecie zabraknie wody. Cenota w Maní nie wyschnie jako jedyna. I tu jest haczyk. Na straży cenoty stanie bowiem pewna starsza kobieta. Za buteleczkę wodę zażąda ofiary: dziecka, które rzuci na pożarcie towarzyszącemu jej wężowi.
– Węża nie należy traktować dosłownie – tłumaczy Iván. – Dzień Sądu i zagłada Ziemi to przecież ludzkość, która do tego doprowadziła. W rzeczywistości starucha ratuje dzieci przed katastrofą, którą na nie sprowadziliśmy. Lepiej dla tych maluchów, prawda?
Jak do tej pory, Iván sam też pracuje nad odwleczeniem zagłady i „przywróceniem siły Matce Ziemi”. To znaczy: łączy rolnictwo ekologiczne z tradycyjnymi metodami upraw Majów. Konkretnie, od młodości pracuje w szkole rolniczej U Yits Ka’an (Rosa, który spada z nieba) na obrzeżach Maní.
Śmieci psują turystom wizerunek mitycznych Majów
– Współzałożycielami U Yits Ka’an było kilku księży katolickich, a działkę kupiliśmy ze środków katolickiej fundacji Misereor – opowiada Iván. – To swego rodzaju przeprosiny za autodafé. Tak to postrzegam. Szkoła jest ekumeniczna, każdy może podjąć naukę. Jednak w ciągu 30 lat od założenia nie zawsze mieliśmy łatwo z Kościołem.
Ołtarz w szkolnej kaplicy to przykład tego ekumenizmu i zadośćuczynienia. Obok figury Jezusa na krzyżu znajduje się drewniana tablica z napisem w języku Majów. To podziękowanie za „trzy dekady obfitych plonów, dla dobra Matki Ziemi i jej najuboższych córek i synów, z ludu Maní”.
– Pewnego razu przyjechała do nas delegacja – wspomina Andy. – W ramach programu „magicznych miejscowości” wiele nam obiecano. Poproszono też, żebyśmy się trochę dostosowali. Na przykład zamontowali kosze na śmieci na ulicach. I nie rzucali śmieci na ziemię podczas festynów. Podobno śmieci psują turystom wizerunek mitycznych Majów. Sorry, wolimy sprzątać po wszystkim. Czy to aż taki problem?
„Nie musimy się odradzać”
„Odrodzenie Majów” (Renaciemiento Maya) to motto jukatańskiej transformacji wdrażanej w latach 2024-2030. Bliska ludziom polityka, dobrobyt społeczny, ochrona zdrowia, gospodarka partycypacyjna i krzewienie kultury pokoju – to ma zasilić region i mieszkańców. Realizowane są też projekty infrastrukturalne. Należy do nich tzw. Tren Maya: niedawno uruchomiona linia kolejowa, obejmująca cały ogromny półwysep.
Co tu dużo mówić, polityka humanistyczna, gospodarka partycypacyjna i kultura pokoju – jestem zachwycony. Jednak wielu patrzy na tę transformację inaczej.
– Tren Maya służy głównie turystom – uważa José Iván Borges, historyk i aktywista. – Trasę i stacje projektowano bez uwzględnienia naszych potrzeb. Denerwuje mnie całe to odrodzenie. Aby się odrodzić, trzeba najpierw umrzeć, prawda? My nigdy nie umarliśmy.
Rzeczywiście, myślę, choć to chyba jakiś cud, po autodafé, cierpieniu i przemocy na przestrzeni wieków. W Maní raz po raz przypominają mi się warszawskie rozstrzeliwania, berlińskie deportacje.
Jednak Iván nie daje za wygraną. – Nie mam urazy wobec Kościoła katolickiego – objaśnia. – Ani wobec Diego de Landa. Czerpię inspirację z natury. Jak wiesz, nasze rolnictwo, tzw. milpa, kieruje się zasadami partycypacji i samowystarczalności. Nie musimy ekspandować, mnożyć zysków, czegoś udowadniać. Podstawą milpy są kukurydza, fasola i dynia, a milpa ma swoje cykle. Co 7-8 lat wypalamy ziemię, aby sadzić i zbierać nowe plony.
– Wiesz, Iván, z perspektywy Warszawy i Berlina chciałbym mieć takie podejście – chcę powiedzieć Ivánowi. Ale nie mówię.
STANISŁAW STRASBURGER jest pisarzem, podróżnikiem i menadżerem kultury. Autor książek „Opętanie. Liban” i „Handlarz wspomnień”. Mieszka na przemian w Berlinie, Warszawie i Granadzie. Niemiecka wersja tekstu powstała dla miesięcznika „Publik-Forum EXTRA LEBEN”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





