W nawiązaniu do tekstu „Na tropie wielkiej powieści. Małgorzata i Michał Kuźmińscy" autorstwa Ziemowita Szczerka, chciałbym podjąć polemikę, która w gęstwinie tropów być może nieco rozjaśni poplątane losy polskiej powieści współczesnej. Proszę wybaczyć śmiałość, ale szukanie wielkiej powieści europejskiej w najlepszej nawet prozie gatunkowej brzmi jak jawna kapitulacja literatury polskiej.
Wielka powieść, dziecko europejskiej myśli oświeceniowo-romantycznej, najtrafniej chyba sformułowana przez Milana Kunderę w „Sztuce powieści" – wykracza poza wszelkie bańki tożsamościowo-tematyczne. Wydaje się właściwie, że ten sztandarowy koncept europejskiej literatury, oprócz precyzyjnej i porywającej zdolności do mapowania baniek, ma chyba także zdolność do ich kreowania.
Proza gatunkowa – a już zwłaszcza polska proza gatunkowa, w przewadze dość jednak sztampowa – jest nie tylko bańką gatunku, ale przede wszystkim stylu (konwencji). Schemat konstruowania powieści kryminalnej – bez względu na to, czy jest to kryminał psychologiczny, body, noir, sensacyjny, detektywistyczno-logiczny, czy inny – pozostaje raczej niezmienny (ktoś zginął, ktoś zgaduje, kto zabił). Nawet przy całej eksploracji pozostałego pola literackiego.
Nawet powieści „liminalne” (np. „Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk), czyli grające z konwencją, próbujące ją od środka czy to rozsadzić, czy przedefiniować, koniec końców i tak ugną się przed tej konwencji kodem (trup i zagadka). Przez to więc nawet śladowe wpasowanie w pewien strukturalny schemat – narzucający jednakowoż „zaspokojenie” rozrywkowej potrzeby czytelnika – sprawia, że piszącemu zwykle trudno uchwycić zeitgeist, ducha dziejów.
Taki wyłom w świadomości czytających – np. wyjście poza utarte chwyty narracyjne, konstrukty wyobrażeniowe itd. – jest często właśnie „kompatybilnością” wielkiej powieści z czasem i miejscem, w których powstaje. Dużo obszerniejsza powieść obyczajowa będzie prawie zawsze miała przewagę nad usystematyzowną (wg. popkultury) powieścią gatunkową.
Zaczynając czytać „Czarodziejską górę” Tomasza Manna albo „Schron przeciwczasowy” Georgi Gospodinova nie wiadomo, ani czego się spodziewać, ani jak zakończy się fabuła. Ten element spasowania fabuły z narracją, która uwolniona z gorsetu reguł może eksperymentować, można przyjąć za przynajmniej jeden z wyznaczników „wielkości” dzieła literackiego.
Żeby zobrazować, jak można odróżnić niespełnioną próbę zbudowania wielkości, posłużę się filmowym przykładem. Porównując dwa dość świeże filmy o sporym rozmachu – „Diunę II” i „Brutalistę” – łatwo odczuć, że tylko to pierwsze dzieło jest monumentalne: solidne jak piramida, o podstawie i szczegółach konstrukcji dopracowanej w każdym detalu. Szerokie plany i malarskie kadrowanie, dramatyczne światłocienie, namacalna niemal fizyczność materiałów, czy maestria w udźwiękowieniu – to niektóre cechy, dzięki którym „Diuna” jest wielka i dźwiga ciężar swojej wielkości. Drugiemu z dzieł, poza godnymi szacunku staraniami, nie udało się chyba jednak wyjść poza otarcie się o wielkość, umiejętnie konstruowaną filmowymi dekoracjami.
Ziemowitowi Szczerkowi w jego poszukiwaniach wielkiej powieści zdaje się wystarczyć to właśnie decorum, w dodatku dość zbieżne z jego bańką (dziennikarze i media, podziały prowincja-centrum, charakterystyka jego pokolenia itd.). Nie wydaje się jednak, żeby znajomość żargonu branżowego (służby), pospolitych codzienności (śmiecenie), czy choćby nieustanne zapętlenie tematyczne polskiej prozy (Żydzi, wojna, nietolerancja, bieda, wykluczenie) – sprawiły, iż powstanie większa i całościowa prawda o naszych czasach. Prawda wielopoziomowa: społeczna, gospodarcza, psychologiczna, duchowa; prawda o wspólnocie, o jednostce, o czasach.
Przeciętny Europejczyk czy Europejka, czytając najlepszą nawet prozę gatunkową, dowie się jedynie tyle, że Polska jest w zasadzie jakoś podobna do reszty świata. Tak samo ma zabójstwa, przekręty, polityków, policję, prokuraturę; ludzie podobnie mają swoje codzienne problemy w drodze do/i z pracy, czy w rodzinie. Coś tam myślą, coś tam czują, coś robią. To oczywiście też jest jakaś prawda, ale z całym szacunkiem, „mała” prawda (lub ewentualnie zbiór małych prawd).
Taki czytelnik nie dowie się natomiast, że gdzieś jakiś Polak albo Polka, pisarz czy pisarka mierzy się z ponadnarodowymi wyzwaniami (katastrofa klimatu, kryzys kultury, prekaryzacja pracy, populizm polityki, zagrożenie nuklearne, ekologiczne, rewolucja AI itd.), które w dodatku rezonują z uniwersalnymi dylematami człowieka jako bytu. Parafrazując bodajże Agatę Sikorę twierdzącą, że „autobiografikcja może być najwyżej archipelagiem, nigdy kontynentem" – proza gatunkowa może otrzeć się o wielkość, ale raczej jej nie uniesie.
Zostaje zadać ważkie pytanie: czy polska powieść współczesna ma przynajmniej w swoim lokalnym katalogowaniu świata (tak pełnym zachwytów Szczerka) coś, co wnosi jakiś ekwiwalent do myśli europejskiej albo światowej – a co nie zostało już powiedziane, porzucone, a następnie zapomniane przez innych? Lub też zupełnie to samo, ale powiedziane w sposób oryginalny i porywający? Czy przeciętny Polak, Polka naprawdę na co dzień żyją zabójstwami, wypadkami i zaginięciami, czy raczej zmagają się w codzienności z bardziej prozaicznymi – a jakoś nieszczególnie znajdującymi odbicia w kulturze – problemami?
Laureat Paszportu Polityki Jul Łyskawa ostatnio stwierdził, że polska proza jest nieco prowincjonalna. Nie chciałbym tu diagnozować, dlaczego tak jest, ale wydaje się, że jeśli polska powieść współczesna rzeczywiście nie przebija się znacząco do europejskiej i światowej świadomości, to wcale jeszcze nie oznacza, że polska kultura nie ma ciekawych opowieści do zaproponowania. Znów przytoczę sukces Olgi Tokarczuk – otóż włączając się w ekologiczny dyskurs globalny i zarażając agentów zachodnich (tłumacze), można zdobywać najzaszczytniejsze laury z jednej strony, a z drugiej zainteresować przeciętnego, ale i wpływowego czytającego (np. Dua Lipa). Szlak jest więc od jakiegoś czasu przetarty – dziwne tylko, że nikt nim nie poszedł.
Może też warto wreszcie posłuchać życzliwej diagnozy z zewnątrz na nasz temat. Nieoceniony w popularyzowaniu Polski sir Norman Davies w niedawnym wywiadzie wskazał, że nie czytają nas, bo nas nie znają. A nie znają, bo nie dbamy, żeby nas znali (slawistyka na światowych uniwersytetach spetryfikowana literaturą rosyjską jest). Jeśli jednak sami wycofujemy się do – bądź co bądź wygodnej – niszy literatury gatunkowej, to wypada życzyć powodzenia. Wybieramy kiszenie się we własnym sosie, w którym literatura fabularna od dawna traktowana jest już niesamodzielnie, jawnie umizgując się do serialu czy filmu, i będąc de facto ubogą przybudówką popkultury (a później pomstując, że w serialu czy filmie nie wyszło jak mogło/powinno). Nie wiem, czego potrzeba bohaterom i bohaterkom polskiej powieści, ale chyba głównie tematycznego update’u i systemowej sanacji (czyli decyzji i pieniędzy).
Na potwierdzenie tej nieco smutnej konstatacji wyznam, że zamiast sprokurowania dyskusji na temat kondycji i planów uzdrowienia polskiej literatury współczesnej, spodziewam się raczej personalnego ataku lub wręcz zwykłego hejtu. Dlatego na koniec chciałbym podziękować Ziemowitowi Szczerkowi za dobry artykuł (prawie bez wulgaryzmów), który być może wywoła ferment wśród tej części środowiska, której najbardziej powinno zależeć na jakości polskiej prozy współczesnej. Czyli powieściopisarzom, powieściopisarkom, tłumaczom i tłumaczkom.
Trochę to dziwne, że dyskusję taką rozpoczyna człowiek, który fabuł z reguły nie pisze, ale to też coś mówi o stanie polskiej powieści w czasach dzisiejszych.
Jędrzej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













