Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Kurier morski

Kurier morski

28.12.2012
Czyta się kilka minut
Po przepłynięciu Morza Czerwonego statek zawinął do Adenu, skąd wysłałem Giedroyciowi czek na kilka funtów i zamówiłem kolejne książki na Singapur.
Autor z Janem Nowakiem Jeziorańskim, 1994 r. Fot. Archiwum Józefa Gawłowicza
W

W czerwcu 1963 r. wypłynąłem z Gdyni w drugi rejs do Chin Ludowych. Z serdecznym kolegą Piotrem Kalusem pracowaliśmy w Polskich Liniach Oceanicznych na zaszczytnych stanowiskach starszych marynarzy (po angielsku able body – zdolne ciało), zarabiając według najwyższej, dalekowschodniej stawki 72 centy amerykańskie dziennie tzw. dodatku dewizowego. Statek ładnie się nazywał: m/s „Reymont”, zaś my, nie będąc członkami ZMS, partyjnego przedsionka dla młodzieży, trafiliśmy na najgorszą linię. Pierwszym portem było Utansjö, a kolejnym Londyn, skąd zabraliśmy ogromne rolki szwedzkiego i angielskiego papieru dla Mao Tse Tunga, aby mógł drukować na nim swoje złote myśli i broszury nawołujące do kolejnej zmiany porządku świata. Cumując w Londynie, dowiedziałem się, że w tej metropolii znajduje się również polski Londyn. Ustaliłem, że muszę wysiąść z metra przy South Kensington i dotrzeć do Ogniska Polskiego, gdzie zbiera się najczarniejsza reakcja nieuznająca komunizmu. Z dreszczykiem emocji otwierałem więc drzwi tego Ogniska, gdzie natrafiłem na rodzaj kiosku, ale tytuły na półkach niewiele mi mówiły. W końcu poprosiłem o „Doktora Żywago”, bo o tej książce słyszałem kiedyś z programu Wolnej Europy. Podczas zakupu natrafiłem w książce na niezwykły kartonik, który później odcisnął się na ćwierci wieku mojego życia.

Wybicie szyby Była to gotowa pocztówka o wychodzącym w Paryżu największym emigracyjnym miesięczniku „Kultura”, którego egzemplarz okazowy można zamówić do wybranego kraju świata, wraz z katalogiem wydawnictw książkowych. Wypełniłem zamówienie, podając adres naszego agenta w Port Saidzie, następnym porcie po Londynie. Otrzymałem tam kopertę opieczętowaną „Institut Littéraire”, z charakterystyczną kolumną jońską, a w niej katalog, wakacyjny numer „Kultury” oraz książkę tego samego formatu, w drobniutko kratkowanej jak papier milimetrowy okładce, zatytułowaną zagadkowo „Klub Krzywego Koła”. Miesięcznik był tak zajmujący, że połykałem stronę po stronie, zarywając sen w nocy niczym w szczenięcych latach podczas lektury „Wyspy skarbów” Stevensona. Artykuł Mieroszewskiego „Most na Rubikonie” – od którego zacząłem – zadziałał jak wybicie szyby w dawno niewietrzonym pokoju. Wkrótce zorientowałem się, że autor „Kroniki angielskiej” podpisujący się „Londyńczyk” to jedno i to samo pióro. Było tam omówienie dwu nowości wydawniczych Instytutu: wspomnień Wincentego Witosa oraz książki Jedlickiego otrzymanej w Port Saidzie. „Takich książek nie ma, takie książki mogą pisać tylko autorzy krajowi, którzy znalazłszy się na Zachodzie mogą nie obawiać się security” – pisał o niej Londyńczyk. A porównując treściwe pamiętniki Witosa z drętwą mową tomów przemówień Gomułki, publicysta przypomniał, że styl to człowiek. W tym samym numerze „Kultura” zamieściła także opracowanie „Władysław Gomułka” pióra Jerzego Monda. Ten życiorys był przykładem biograficznego majstersztyku o niezbyt barwnej przecież postaci działacza robotniczego, z podkreśleniem jego tępoty intelektualnej, ale też uczciwości osobistej.

Lektura w tropikach Przypomniałem sobie lekturę ze szkoły „Szpak, ptak wiosenny”, która była biografią rewolucjonisty i jako uczeń żałowałem, że nie mogę zostać kimś takim, tylko bardziej niż Szpak przebiegłym i nieuchwytnym. Teraz przemyt „Kultury” dawał mi taką szansę. Po przepłynięciu Morza Czerwonego statek zawinął do Adenu, skąd wysłałem Giedroyciowi czek na kilka funtów i zamówiłem kolejne książki na Singapur. W tropikalnym przelocie spaliśmy z Piotrem na materacach pod szalupami z powodu gorąca, zwłaszcza że w kajucie żarły nas pluskwy. Do Chin przeczytaliśmy wszystko, ale listy do Redaktora wysyłałem tylko z portów zgniłego kapitalizmu. Poczta od Redaktora była przykładem sztuki epistolograficznej i zawsze zawierała pytania o sytuację w kraju. Gdy podczas podróży powrotnej wysłałem kolejny czek, Giedroyc napisał: „Robi Pan niepotrzebne szaleństwo wysyłając pieniądze – zawsze chętnie przyślemy Panu książki. Ostatecznie po to tu jesteśmy”. A więc zostałem kurierem „Kultury” paryskiej! Tajnym kurierem jak „Szpak, ptak wiosenny”. W portach chińskich dostałem za darmo dwa kartony broszur propagandowych, a w drodze powrotnej, w Singapurze i Rotterdamie, otrzymałem kolejne przesyłki i listy od Giedroycia, któremu wysłałem mój tekst „Chińskie wędrówki”. W Gdyni ze statku wynosiłem bibułę partiami, przykrytą chińskimi wydawnictwami o rewolucji kulturalnej. Celnikom tłumaczyłem, że niosę je do KW PZPR, a dla porządku dawałem im w prezencie pomarańcze albo podłą brandy nazywaną koniakiem. Książki i „Kultura” wsiąkały w Trójmiasto jak deszcz w pustynny piasek, i chociaż prowadziłem dzienniczek wypożyczeń, niektóre ginęły bezpowrotnie. Zazwyczaj łańcuszek czytelników pożyczał je sobie na kolejne noce, stąd niektóre zaginięcia.

Cadillac ochmistrza W styczniu 1964 r. po urlopie przypadkowo awansowałem, bo upił się asystent przed wyjściem w morze statku „Oleśnica” na linii Afryki Wschodniej. Tam czytelnikami zostali III oficer Olgierd Romanowski oraz kapitan Witold Gorski, który poznał kiedyś Gombrowicza, pijąc z nim wódkę w Buenos Aires. Dostał od niego „Dziennik” z przewrotną dedykacją: „Mojemu wielkiemu imiennikowi – Gombro”, i bardzo cenił jego pióro. Prezent od Gombrowicza po kilku wypożyczeniach nie wrócił do kapitana, więc z transportu na skrytkę w Mombasie uzupełniłem mu ten brak. W rewanżu Gorski schował moją bibułę do kapitańskiego sejfu, i wydał mi ją, kiedy po tygodniu postoju celnicy już się statkiem nie interesowali, bo marynarski „biznes” (ortaliony i sweterki) był już wyniesiony. Ponadto wywiózł mnie (obładowanego bibułą) z portu samochodem. Na kolejnym statku „Polanica”, pływającym do Zatoki Meksykańskiej, zostałem kierownikiem praktyk dla studentów Szkoły Morskiej i zwerbowałem dalszych czytelników: Henryka Jabłońskiego i Jerzego Ananiewa oraz kapitana Zygmunta Truszczyńskiego. Na pierwszym rejsie bibułę odebrałem ze „skrytki” w Houston u doktora Kunikowskiego, ale w Nowym Orleanie otworzył moją pocztę ochmistrz, kiedy agent pod nieobecność kapitana przyniósł ją na statek. Kapitan Truszczyński, człowiek wielkiego serca, uratował mnie od wpadki, polecając przewieźć ochmistrzowi i odprawić celnie na swoją deklarację jego części do cadillaca. „Każdy ubek w naszym kraju lubi amerykańskie auta”– powiedział Truszczyński po tej operacji. Podarowałem mu wtedy dwie zakazane książki dla syna, który kończył polonistykę. W jednym z numerów miesięcznika Giedroyc zamieścił pod pseudonimem Adam Takubar moje „Chińskie wędrówki”, co zbiegło się z uznaniem Chin przez de Gaulle’a. Telefonicznie zapytałem Redaktora, czemu zawdzięczam anons tego tekstu na okładce. Odparł, że redaktor Grydzewski w Londynie stawia na pewniaków, a on na outsiderów: wtedy wygrane są wprawdzie rzadsze, lecz znacznie większe.

Nowe skrytki W Gdyni byłem już spalony, ale w Szczecinie działała już Szkoła Morska, którą kierował charyzmatyczny kapitan Zbigniew Szymański, potrzebujący właśnie kierownika praktyk. Statki szkolne nadawały się idealnie do przemytu bibuły, bo po każdym rejsie aranżowałem sztuczną wymianę biblioteki fachowej. Na pięciotysięczniku „Jan Żiżka” i czternastotysięczniku „Transportowiec” pływałem dwa lata, za każdym powrotem z rejsu wymieniając „bibliotekę fachową”. Dużym powodzeniem cieszyły się ciągle książki Gombrowicza, Mieroszewskiego i Mackiewicza oraz seria „Dokumenty” i „Archiwum Rewolucji”. Pomocników do przemytu dobierałem już z większą ostrożnością niż w latach gdyńskich. Najlepszymi w 1965 r. okazali się mechanik Kazimierz Dendura (późniejszy profesor Akademii Morskiej) oraz kapitan Józef Miłobędzki, conradysta, pisarz i ponadprzeciętny erudyta. Podczas rejsów ustanowiłem nowe skrytki u Tiny Cotez w Vera Cruz, u wybitnego malarza Davida Alfaro Siqueirosa w Manzanillo, oraz odnowiłem skrytkę u Maryli Cykowskiej w Casablance.

Eldorado Kolejnym statkiem, do którego się przywiązałem od wakacji 1966 r. na dłużej jako II oficer, był „Nawigator”, cumujący w Szczecinie przy Wałach Chrobrego. To było przemytnicze eldorado: statek każdego roku pływał ze studentami przez jedenaście miesięcy do portów zachodnich, a plan zawinięć znany był z wyprzedzeniem, bo uzgadniano go drogą dyplomatyczną. Mogłem więc powiadomić Paryż bardzo precyzyjnie, gdzie będę, i otrzymywałem po trzy paczki bibuły w każdym z portów. Dopuściłem do tajemnicy mechanika Kazimierza Drabika i nawigatora Zbigniewa Zdrowskiego, ale najbardziej aktywnym był ochmistrz Ludwik Grochowiecki, który pomagał chować bibułę, gdyż miał praktykę w „dołowaniu” przemytu marynarskiego. Każdą paczkę książek owijaliśmy folią i gdy stałem na czatach, Ludwik, zwinny szczuplak, wchodził pod rozkręconą podłogę gabinetu nawigacyjnego i umieszczał paczki w zęzach. Nota bene, prawie każdy z czternastu członków załogi tego małego statku miał swoją „dziuplę” przemytniczą. Zabieraliśmy w każdy rejs 26 studentów, a niektórzy z nich też korzystali z takich dziupli, aby nabrać wprawy na przyszłość. Popadłem w rodzaj uzależnienia, podobnego do nałogu, i pomimo ostrzeżeń kolegów nie byłem w stanie przestać. Przemyt na „Nawigatorze” był poza tym najbezpieczniejszy z dotychczasowych. Oprócz zaufanych przyjaciół, zostawiałem bibułę anonimowo w czytelni miejskiej biblioteki oraz w klubach studenckich „Kontrasty” i „Pinokio”.

Pierwsze spotkanie W wakacje 1970 r. wskoczyłem na statek „Elbląg”, żeby uzupełnić do dyplomu morskiego tzw. „Żeglugę wielką”, a po zawinięciu do Rouen odwiedziłem Maisons-Laffitte, poznając osobiście Redaktora i jego muszkieterów. Giedroyc przydzielił mi po siedmiu latach współpracy pseudonim „Brat Krzysztof”, dla niepoznaki, gdyż przyrzekłem odwiedzać Instytut rokrocznie. Z Kazimierzem Dendurą obserwowaliśmy z bliska przed świętami 1970 r. pożar Koloseum, czyli podpalenie Komitetu Wojewódzkiego PZPR na placu Żołnierza. A po zastrzeleniu grupy robotników (nazwanym obłudnie „wypadkami grudniowymi”) dołączył do nas prawnik Jerzy Zimowski – lewicujący, ale bez złudzeń wobec komunizmu. Wkrótce został bezcennym kolporterem bibuły wśród szczecińskiej palestry, a także inteligencji technicznej ze stoczni, gdzie później został doradcą. Niespełna rok później od niego to przewiozłem cenne materiały dla Redaktora. W wolnej Polsce został Zimowski wiceministrem spraw wewnętrznych, chociaż jego erudycja predestynowała go na ministra kultury. Był niezwykle dyskretny – do 1989 r. nikomu nie zdradził źródła, skąd pochodzi jego bibuła. Podpowiedział mi, żebym w razie wpadki oświadczał, że paczkę książek znalazłem w parku. – Nikt ci nie uwierzy, ale pierwszy raz do paki nie wsadzą. A gdyby nawet, to cię wybronię – mówił z chytrym uśmiechem. Wkrótce grupa zwana „Taternikami” dostała za przemyt „Kultury” drastyczne wyroki, więc w uzgodnieniu z Redaktorem zwiększyłem jeszcze przemyt, aby wypełnić powstałą lukę.

74 skrytki i nowe grzechy Gdy w 1973 r. zdałem egzaminy kapitańskie, zostałem chiefem (zastępcą starego) na statku szkolnym „Kapitan Ledóchowski”. Nowiutki statek ruszył w rejsy afrykańskie, więc założyłem skrytkę u Krystyny Kowalewskiej-Fanti w Santa Cruz, gdyż statek na Wyspach Kanaryjskich zawsze zawijał po paliwo. Tych skrytek w sumie uzbierało się 74 w różnych portach świata. Jako kapitan pierwszy raz płynąłem w czerwcu 1977 r. na parowcu „Zielona Góra” i w październiku znów z Rouen przyjechałem do Giedroycia. Namówił mnie do nowego grzechu – przemytu maszyny drukarskiej, nieco większej od maszyny do pisania. Wręczyłem ją w umówiony sposób w protestanckim kościele Svenska Sjömanskyrkan, przy alei Niepodległości w Szczecinie. Na hasło „Holm” odbiorca o skandynawskiej urodzie odparł „Hoganas” i zabrał walizeczkę. Nasunęło mi to pomysł, który podpowiedziałem Giedroyciowi: żeby drukarki wozili z Ystad do Świnoujścia szwedzcy kierowcy tirów. Polaka wsadzą za taką maszynę do paki, a Szwed dostanie najwyżej karę 200 koron. Napisałem o tym do Maisons-Laffitte, a Redaktor od razu podchwycił pomysł. Później doniósł, że wiele drukarek trafiło do Polski tym kanałem.

Kierunek Murmańsk W tych latach głównym nawigatorem (miał wpływ na obsadzanie statków) został partyjny politruk i po błahej różnicy zdań w sprawie redukcji załóg wysłał mnie na katorżniczą linię do Murmańska, statkiem „Hutnik”. Giedroyc miał w tym porcie również swojego człowieka, karnie przesiedlonego tam z Krymu i nienawidzącego komunistów. A więc w Cieśninach Duńskich odbierałem bibułę w języku rosyjskim: książki Sołżenicyna, Siniawskiego, Daniela oraz kwartalnik „Kontinient” i oczywiście rosyjskie numery „Kultury”. Te dwa gorące lata godne są osobnej noweli, ale Zosia Hertz kazała ten przemyt zastopować, żeby w razie wpadki nie zatłukli mnie „nieznani sprawcy”.

Mielonka W trzecim miesiącu stanu wojennego poznałem w Ijmuiden Jana Minkiewicza. Do upadku komuny dostawałem od niego oprócz „Kultury” publikacje „Aneksu” i „Pulsu”, a przede wszystkim wydawnictwa miniaturowe, drukowane na biblijnym papierze i umieszczane w puszkach (zaufany pan Przybylski pakował je fabrycznie). Takich 48 puszek mieścił ciężki karton, odprawiany potem oficjalnie w Urzędzie Celnym jako mielonka wieprzowa lub inne wędliny. Celnicy nie zatrzymali żadnego transportu aż do 1989 r. Dzisiaj, z perspektywy lat, uważam, że miałem absurdalne szczęście. Podobnie absurdalne jak znany z twórczości Borchardta kapitan Borkowski, bohater książki „Szaman morski”. Był jedenaście lat taksówkarzem w Paryżu, zapomniał zapewne, jak się prowadzi statek, a mimo to dowodził bezkolizyjnie najlepszymi statkami pasażerskimi pod polską banderą. Zaznaczam, że nigdy nie współpracowałem z tajnymi służbami i że jestem solidnie zlustrowany.  

Józef Gawłowicz jest kapitanem żeglugi wielkiej i pisarzem marynistą. W „Kulturze” pisał pod pseudonimami „Adam Tukubar”, „Sindbad Żeglarz”, „Paweł Sowa”. Dowodził wieloma statkami pod polską i obcymi banderami. Był wykładowcą Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie, jest szefem szczecińskiego koła Związku Literatów Polskich.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]