Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Książka to ja

Książka to ja

04.07.2011
Czyta się kilka minut
Janusz Rudnicki: Wywiad do "Powszechnego"? Mój pierwszy tekst wyszedł co prawda w "Polityce", ale to był felieton, o domach kultury. Drugi za to, literacki reportaż, a więc literacko pierwszy w kraju, właśnie w "Tygodniku Powszechnym"! W stanie wojennym. Taka relacja z planu filmowego, kiedy byłem statystą. Mocno ten tekst podziurawiony był ingerencjami cenzury, tymi numerami z dziennika ustaw, co go bardzo przecież nobilitowało. Jak ser z dziurami wyglądał. Fajna pamiątka. Gdzieś go mam, na jakimś strychu, ale na którym? Widzisz, to koszta życia wagabundy. Rozmawiała Agnieszka Wolny-Hamkało
A

Agnieszka Wolny-Hamkało: Podróżujący pisarz to figura mocno wrośnięta w kulturalny krajobraz. Stymuluje Cię intelektualnie zmiana perspektyw, podcięte korzonki, samotność w podróży?

Janusz Rudnicki: Intelektualnie mniej, stymuluje mnie emocjonalnie. To ciągłe opuszczanie, odjeżdżanie, zostawianie za sobą... Jakaś postępowa melancholizacja mnie ogarnia. I sentymentalnieję. Łapię się na tym, że jestem jak sentymentalna koza, która stoi u drogi i trochę tępawo przeżuwa czas przeszły. "Ocknij się, Rudnicki, ocknij", mówię wtedy do siebie.

Gdzie się zaczęła ta podróż? Jakie są Twoje najważniejsze miejsca źródłowe?

Jestem hybrydą. Od strony matki mieszczaństwo, dziadek był wysokim urzędnikiem pocztowym we Lwowie, a po wojnie naczelnikiem poczty w Kędzierzynie-Koźlu. Mama wyszła za przystojnego, pięknego żołnierza, dla którego Koźle było dużym miastem, bo sam był ze wsi. Dziadek się temu mezaliansowi sprzeciwiał, i miał rację. Mój ojciec, po wojsku kierowca, zginął w wypadku samochodowym, miałem osiem lub dziewięć lat i prawie go nie pamiętam. To był taki trochę chuligan, urwis, ale z wdziękiem. Kiedy był trzeźwy. Domyślasz się, że rzadko miał wdzięk. Mieszkaliśmy więc z mamą i bratem na osiedlu Moskwa. Moskwa, bo sami niemalże przesiedleńcy ze wschodu. Dzicz, kartofle trzymali w wannie, dla nich ten jałtański porządek był rzeczywiście awansem. Są tacy ludzie, wiesz, że człowiek od razu czuje się jak antropolog. A wcześniej mieszkaliśmy w samym sercu miasta, zaraz obok kościoła. I dużo jeździłem do Koźla, do rodziny, mieszkali pod samymi koszarami, do których przeskakiwałem przez płot. W kuchni pracowała tam moja ciotka, dawała mi zupę. Masz więc Trójcę Przenajświętszą mojego dzieciństwa: to koszary z torem przeszkód, kościół i jego straszne dzwony rano oraz poczta, bo chodziłem do dziadka do pracy, żeby wyciągać od niego pieniądze na lody "Bambino", które miały taki szorstki patyk. Jakby lizać PRL, tak mi się dzisiaj wydaje. Trzy obrazy więc, strefy: jedna materialna i urzędowa, druga sakralna, trzecia, koszary, egzystencjalna.

Jaki obraz z tamtego czasu zapamiętałeś szczególnie intensywnie?

Mama pracowała, a my z bratem siedzieliśmy w przedszkolu i czekali, aż po nas przyjdzie.

Wychowawczyni wywoływała mnie zawsze po nazwisku, a potem dodawała: "do domu", więc przez jakiś czas, kiedy ktoś pytał mnie, jak się nazywam, odpowiadałem: "Anju Nićki-do-domu", myślałem, że to pełne moje nazwisko.

Teraz Anju Nićki został literackim przemysłowcem. Trudno Cię namówić na rozmowę, kiedy cały świat zamówił u Ciebie sto tysięcy tekstów. Masz jeszcze szansę naprawdę się skupić?

No, rzeczywiście, tysiąc i jeden tekstów. Taki okres. Zastanawiałem się dzisiaj właśnie, czy korzystać z koniunktury i, tekst po tekście, czyli cegła po cegle, budować sobie nazwisko, czy usiąść gdzieś na dupie i pisać nową książkę. Nie umiem, poza tym, pisać kilku tekstów równocześnie, piszę tak, jak się doi krowę, jedna po drugiej, więc dochodzi stres związany z terminami. Do tego jeszcze moje przemieszczanie się, te podróże, które kradną tyle czasu. I zawsze mi się wydaje, że prowadząc samochód, wymyślę coś po drodze i nagram to na dyktafon, nic jednak z tego nie wychodzi, nigdy.

"Writer" w krajach anglosaskich to zawód taki jak doktor czy fryzjer. W Polsce pisarz to nadal trochę mit, trochę rola społeczna. Czujesz, że to zaczyna się zmieniać, ciążyć w stronę modelu anglosaskiego?

"Mit Pisarza"? Ten przecież, razem ze swoją społeczną rolą, dawno już tam, gdzie jego miejsce, w Muzeum Literatury. Tak, zawód jak każdy inny, z tą uwagą, że od niektórych innych mniej ważny. Doktor lub fryzjer są nawet ważniejsi, w końcu lepiej chodzić po świecie nieoczytanym niż zarośniętym.

Masz zatem czasem wrażenie zbędności tego, co robisz?

Nie, nie, dlaczego zbędności? Potrzebny przecież zawód. Zawód, po prostu, a nie, broń Boże, misja. Ja do ludzi z pewnym... Nie, nie ludzi, publiczności raczej, do publiczności z pewnym określonym towarem, to jest, występem. Ze spektaklem literackim. Z literackim show, jeśli wolisz, tego określenia też bym się nie bał.

Mówisz o sobie, że masz ADHD, i chyba tak jest! Ostatnio panuje moda na posiadanie ADHD. To ma być cecha gwiazd, królów życia, którzy zarżną konkurencję olbrzymią ilością siebie - jak to oceniasz?

To moje ADHD jest okazjonalne, ono wiąże się z moimi okazjonalnymi właśnie pobytami w kraju. Gdybym mieszkał w nim na stałe, spokojny byłbym jak woda Pięciu Stawów Tatrzańskich, a tak, mając świadomość, że zaraz znowu wyjadę, wiruję po tych różnych festiwalach jak nakręcony bączek. Tyś chyba za młoda, żeby wiedzieć, co to jest. Pół dzieciństwa zeszło mi na gapieniu się na pewną kręcącą się rzecz, którą wcześniej sam wprawiłem w ruch, nieprawdopodobne, jak mało byliśmy wymagający. A to... Jak to było? Zarżnąć konkurencję olbrzymią ilością siebie? Kusząca perspektywa. Taka siła rażenia jak bomba kasetowa. Ale mnie jest za mało, a jej za dużo.

Jest jakiś moment, kiedy nieruchomiejesz?

Jest. Kiedy opuszczam kolejne miejsce pobytu. Ostatnio to praskie. Kiedy już mam wszystko spakowane i zniosłem to do auta, wtedy wracam. Żeby sprawdzić, czy niczego nie zapomniałem. Zapomnę, oczywiście, ale ważniejszy ten moment, kiedy stoję, dłuższą chwilę, w miejscu. W zupełnej ciszy i pustce, tylko nagie meble. Stoję i słucham, słyszę głosy. Tych, którzy mnie tu odwiedzali, i mój własny. Śmiechy, okrzyki, szepty. I postacie. Ten siedział tu, ta siedziała tu... Dom zmarłych. Zamknięta, kolejna sekwencja filmu mojego života. Który daleko już za połową.

To jest jakiś brak czy nadmiar, który powoduje, że piszesz?

Nadmiar. Zachwytu. Empatii. Melancholii. Welt­schmerzu. Euforii. Spleenu. I założenie, że tak a nie inaczej zrobię to tylko ja, niepowtarzalnie. To założenie, tę presumpcję dodatnią o własnej wyjątkowości, prowadzącą, a jakże, do narcyzmu, narzucam sobie sztucznie, wmawiam sobie samemu. Nie wiem, czy bez tej przesłanki chciałoby mi się pisać.

Takie wokół siebie chodzenie ma też ciemny rewers - neurozę, nadwrażliwość, brak dystansu.

To jedyny poważny minus tej literackiej roboty. Jestem skazany na samego siebie, własnym swoim więźniem jestem i siedzę, zapudłowany w celi w postaci własnej głowy. Ja jako ja, ja jako nie ja, ale i tak ja, ja i ja, zwariować można od siebie samego. Dlatego błogosławieństwem są dla mnie na przykład filmy, dwie godziny urlopu, ucieczki od siebie samego, co za komfortowy luksus. Filmy niekoniecznie ważne, bo tu znowu pułapka, bo wypadałoby przecież o nich napisać.

Powiedziałeś, że literatura jest zbijaniem gorączki - byłaby więc jakimś zabiegiem higienicznym, spuszczaniem z krzyża? Skąd masz tę gorączkę?

Cholera wie, z jakiegoś metafizycznego przeciągu? Z talentu, który ją powoduje?

Jesteś literackim łobuzem, lubisz trochę pobluzgać, wysłać do kilku redakcji podobny tekst, wywodzący się z tego samego zdarzenia. Czytałam kilka Twoich felietonów, których centrum stanowiła Twoja wizyta na dywanie w mieszkaniu Adama Wiedemanna!

No widzisz? To jest ten chaos, o którym mówiłem ci na początku. Wiem, że to poszło w "Twórczości", w liście o Białoszewskim, ale gdzie jeszcze? Nie mam pojęcia. Przyznam ci się, że zdarzyło mi się ostatnio wysłać do dwóch redakcji zapytanie, jaki ja tekst im wcześniej wysłałem...

Jaki jest Twój łobuzerski manifest? Uważasz, że normatywne zachowania są nudne? Że zasady są frajerskie, że savoir vivre to mieszczańska nuda?

Nie, nie. To byłoby jakieś takie za młodzieżowe, łobuzerskie właśnie. Chociaż, czasami, zdarzają mi się takie przewroty towarzyskie, ale myślę, mam nadzieję, że robię to z wdziękiem. W każdym razie nie pamiętam, żeby ktoś się ostatnio obraził. Nawet ksiądz Andrzej Luter, wiesz, ten z "Więzi", przełknął to jakoś bez popicia, kiedy palnąłem... Więc było tak, że wyjeżdżaliśmy w czwórkę spod Czytelnika na jakąś imprezę, a ksiądz chciał się wziąć z nami, tym bardziej że lało, a samochód był mały i zarejestrowany tylko na cztery osoby, i nie wiedzieliśmy, co zrobić, więc powiedziałem, żeby ksiądz zabrał się z nami, staropolskim, dobrym zwyczajem, w bagażniku.

Od razu widać, że jesteś bardziej artystą niż mieszczaninem.

Artystą. W rozumieniu dostarczyciela emocji.

Z czego zrezygnowałeś, wybierając tę drogę?

Ona była, jest, jedynie słuszna. A danina to ta jednoosobowa cela, o której mówiłem.

Jak sprawić, żeby proza była seksowna?

Trzeba zbudować jej ponętne ciało frazeologiczne.

Tak, żeby była delikatna i subtelna czy ostra i nieobliczalna?

Ostra, nieobliczalna, wyuzdana, sprośna. Zmysłowa, ale tak brzytwą po zmysłach, a nie pędzelkiem. Lascywna, jednym słowem. Wiem, takiego słowa nie mamy, ale miejmy. Niemcy wzięli z łaciny, to my weźmy od Niemców.

Progresywność jest wartością w literaturze?

Jakżeby miała nią nie być? To tak, jakbyś zapytała, czy postęp w technice ma wpływ na technikę. Przy czym, jeśli ty mówisz "progresywność", to rozumiesz "postępowość", "nowoczesność", tak? No widzisz, ja zaś widzę ten schleglowski gar, z którego ulatuje jednocześnie zapach poezji, prozy, filozofii i eseju. Konstelację fragmentów, progresywną poezję uniwersalną. Lecz jeśli musiałbym wybrać jedną tylko określającą mnie legitymację, to wylegitymowałbym się prozą sylwiczną. Prawda plus zmyślenie równa się prawdziwe zmyślenie. A więc literatura z faktu, nie faktu. Często pakt autobiograficzny, to jest tożsamość autora, narratora i bohatera. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Książka to ja. Proza dywersyfikacyjna, też by tak można powiedzieć, ale nie lubię o tym gadać, to jakby nie moja broszka.

Czujesz, że jako pisarz masz inny słownik niż reszta świata? Że masz inny słownik niż pani Jola ze sklepu, niż profesor Kowalski?

To taki tort przekładany dwoma warstwami, sklepu i uniwersytetu. Sklepowej, szczególnie w sklepie warzywnym, która zdrabnia każdy Bogu ducha winny rzeczownik, powiem na przykład, żeby tak nie napierdalała tymi diminutiwami.

Lub wyrażenie "wyładowania atmosferyczne" użyję do kłótni partnerskiej. Lubię przenosić słowa z jednego ich gniazda do drugiego, uwalniać je z frazeologicznego gipsu, żonglować nimi. Ale nie każ mi już mówić o tym więcej.

Kusi Cię czasem, żeby się zabrać za temat społecznie pożądany albo kontrowersyjny, który z miejsca, jak to się mówi, "zażre", który przyprawi Cię o popularność totalną?

Nie kusi... Nie umiałbym znaleźć już chyba tematu, który byłby rzeczywiście kontrowersyjny tak, że wzbudziłby taki rezonans, który przyniósłby autorowi szaloną popularność. Wszelkie tematy tabu, jak kości, zostały chyba rzucone...

Pisarz jest podobno od wchodzenia na margines kultury, od transgresji, łamania tabu.

On by złamał, jeśli takowe dzisiaj by jeszcze istniało. Ona zna jakieś?

Papież, obrzeża ciała, matka, polityczna poprawność.

Papieżem byłem już w "Męce kartoflanej". Ciało? Przenicowane w tę i we wtę. Matka? Moja jeszcze za młoda, urodziła mnie w wieku lat dziewiętnastu, ale miała już parę dużych wejść, w "Odwiedzinach" i "Chodźcie, idziemy" na przykład. Poprawność polityczna? Droczę się z nią przecież czasami jak mogę.

Pisarz jest w Polsce polityczny bardzo - jesteś zwierzęciem społecznym, politycznym? Podpisujesz się pod listami? Bierzesz udział w dyskusjach o homofobii, aborcji? Dotykają Cię te tematy?

Czasami coś podpisuję, tak. Czasami wyślę też coś do "Krytyki Politycznej". Dotykają mnie te tematy, jasne. Homofobia? Aborcja? Tu jestem po lewej stronie lewicy. Mówię "lewicy", ale wiesz, jeśli potraktować scenę polityczną jak mózg, to miała ona kiedyś dwie półkule wzajemnie się odpychające. Kiedyś. Dziś przyciągają się one tak, że zgaduj-zgadula, która to lewa, a która to prawa półkula. Dwie tylko rzeczy zostały, które je różnią: stosunek do mniejszości seksualnych i do Boga, prawica ciągle jeszcze deklaruje, że wierzy w jego transcendentność...

Omijam otaczającą nas rzeczywistość społeczno-polityczną, jak by powiedział krytyk lub recenzent. Rzeczywistość ta ma płaski tyłek i polega mniej więcej na tym, że człowiek, jak się dorwie do koryta, to jak świnia. A ludzie to jak kłębowisko żmij. A starzy to łamią swoje ideały za młodu, a młodzi to złamią swoje ideały, jak będą starzy. Ja nie jestem, że się powtórzę, żelazkiem do prasowania oczywistości. I mało mnie obchodzi Polska w okresie jakiegoś tam przełomu. Mnie kręcą sytuacje, spiętrzenia sytuacyjne, ja wolę archeologię dnia powszedniego.

Ale nie przepadasz za diagnozami, jednoznacznością, raczej to tu naświetlisz jakiś element rzeczywistości, to tam.

Jest tak, że omijam rzeczy elementarne, a przynajmniej staram się nie nazywać ich po imieniu. One przecież dane już są każdemu czytelnikowi, on ma przecież świadomość, że rodzimy się, trwamy i trwać przestajemy. Życie jako palący się papieros, coraz więcej i więcej popiołu, aż w końcu tląca się starość i koniec, zostaje sam tylko martwy filtr.

Twoje felietony, prozy są "wznoszące", iskrzą dowcipem, są dynamiczne, już na poziomie zdania aż rwą się do czytelnika. A jednak mają swój smutny rewers. Komik, klaun, satyryk jest tak naprawdę najsmutniejszy?

Nie ma awersu bez rewersu. Podoba ci się ta odkrywkowa myśl? Łzy na twarzy klauna są bardziej przejmujące niż na twarzy człowieka, który siedzi na samym dnie studni rozpaczy.

Coś Ci "pomaga" pisać? Alkohol? On podkręca emocje, potęguje je.

Przeciwnie. Nic jeszcze nie napisałem pod wpływem alkoholu. Próbowałem, oczywiście, ale wychodziły mi rzeczy okropne. Czasami, na wypitym, nagrywam się na dyktafon, a na drugi dzień boję się tego odsłuchać. Alkohol potęguje, ale donikąd. Ale ja go chętnie używam jako tłumika na nadwrażliwość.

Wystarcza Ci dobry słuch językowy, radar? Czy czujesz, że pisarz musi być raczej kimś w rodzaju filozofa albo szamana piorącego brudy kultury?

Ten radar, a więc uszy, fonia, i oczy, a więc wizja. Jakoś to musi przecież wyglądać, to, co się pisze. Filozof? Szaman? Nic naprzeciwko ich dyskretnej obecności. Taki pakiet, wszystko w jednym.

Tyle się mówi o rzekomym schyłku książki, wyporności internetu. A może książka nie jest wcale jakąś nadrzędną wartością, tylko zwykłym medium? Wcale nie lepszym niż telewizja?

Otóż to. Koniec z jej statusem świętej krowy. Zwykłe medium, które stanąć ma grzecznie obok innych. Obok, nie nad. I nie występować przed szereg. Jeśli książka miałaby być rzeczywiście królową kultury, to Czesi byliby jej wcieleniem. Bo mają rekord w Europie w liczbie przeczytanych egzemplarzy na głowę. U nas w ubiegłym roku 44 procent sięgnęło po co najmniej jedną książkę, u nich 83. Tymczasem, no umówmy się, nie widzę specjalnej różnicy między przeciętnym Czechem a Polakiem.

Jakiego widzisz po drugiej stronie czytelnika? To ktoś podobny do Ciebie - z podobnym bagażem lektur, czy raczej piękna kobieta, Twój ojciec, kumpel - kto?

To dziwne, ale nikt, absolutnie. W ogóle nie myślę o żadnym czytelniku, pod żadną postacią. Piszę do jakiejś bezosobowej publiczności. Jakbym siedział na scenie oślepiony reflektorami. Wtedy też jej przecież nie widać.

Janusz Rudnicki jest prozaikiem i eseistą. Był działaczem Solidarności, internowany po wprowadzeniu stanu wojennego, na emigracji od 1983 roku. Współpracownik "Twórczości". Ostatnio opublikował: "Mój Wehrmacht" (Warszawa 2004), "Chodźcie, idziemy" (Warszawa 2007), "Śmierć czeskiego psa" (Warszawa 2009).

Agnieszka Wolny-Hamkało jest poetką, krytyczką literacką i publicystką. Opublikowała sześć książek poetyckich. Ostatnio ukazał się tom "Nicon i leica"

(Poznań 2010).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]