Kaganek się tli

Odpowiedź na pytanie, czy Polska jest krajem ludzi uczących się, wydaje się oczywista.

07.03.2004

Czyta się kilka minut

 /
/

Jeśli w szkołach wyższych studiuje blisko dwa miliony słuchaczy (to co dwudziesty Polak; mamy więc wyższy wskaźnik niż Niemcy), jeśli obowiązkiem szkolnym objęta jest cała polska młodzież, to tak - nasz kraj zamieszkują ludzie uczący się. Czy jednak uczą się oni zgodnie ze standardami wymaganymi we współczesnym świecie? Jeśli wziąć pod uwagę opinie o jakości tej edukacji, można zacząć zastanawiać się nad korektą tej prostej odpowiedzi.

Mantra polityczna

Krytycy stanu nauczania w Polsce zwracają uwagę na jego patologie, np. negatywną selekcję do stanu nauczycielskiego, charakterystyczną dla PRL-u, a także niskie wynagrodzenie, wykorzystywanie kadry nauczycielskiej przy najróżniejszych politycznych posługach, niedokształcenie wykładających. Wszystko to wywołało dwa zjawiska: obniżenie rangi zawodu, spadek prestiżu społecznego nauczycieli i ich zawodowego przygotowania oraz - w konsekwencji - wypuszczanie w świat młodzieży niezbyt dobrze przygotowanej do życia zawodowego.

---ramka 324712|prawo|1---Pozycja nauczyciela w hierarchii prestiżu społecznego w Polsce zdegradowała się. W środowisku uniwersyteckim znana jest anegdota o rozmowie pewnego krakowskiego uczonego, wywodzącego się z utytułowanego rodu, z mieszkańcami wsi, niegdyś do niego należącej: “Cieszymy się, panie hrabio, że jest pan znów między nami". “Ja też się cieszę, ale nie mówcie mi »panie hrabio«, już nie te czasy". “To jakże mamy mówić?". “No, na przykład, »panie profesorze«". “Oj, to już wolelibyśmy »panie magistrze«". Wyjaśniając współczesnym pokoleniom sens tej odpowiedzi: “profesor" w języku potocznym oznaczał nauczyciela, “magister" - farmaceutę. Nie należy jednak pochopnie wysnuwać z tej anegdoty wniosku o niskim statusie pedagogów, którzy zawsze przecież należeli do miejscowej elity intelektualnej.

Ich pozycja nie zawsze jednak odpowiadała znaczeniu, jakie chcielibyśmy przypisywać nosicielom “kaganka oświaty". Ostatni raport sprzed zmiany ustroju w 1989 r., sporządzony przez ekspertów kierowanych przez prof. Czesława Kupisiewicza (pedagoga, zajmującego się m.in. badaniem efektywności pracy szkoły) stwierdzał, że z prawie 700 tys. pedagogów aż 70 tys. nie miało należytego przygotowania merytorycznego. Drugie tyle (jeśli nie więcej) nie posiadało niezbędnych predyspozycji psychicznych do wykonywania tego zawodu, traktując go jak dopust Boży (“Nie cierpię tych bachorów" - miał się wyrazić jeden z ankietowanych pedagogów).

Do mankamentów edukacji należał też zakres i sposób przekazywania wiedzy. Programy nauczania kładły nacisk przede wszystkim na wielość przekazywanej informacji, erudycję i powtarzanie wiadomości, niekiedy już niezbyt aktualnych. Można pominąć indoktrynację polityczną, jako że w późnym PRL-u jej znaczenie sprowadzało się do formy mantry, zaklęcia, którego sens umykał i uczonym, i uczącym. Natomiast z wyuczonych, gotowych formuł stanowiących podstawę edukacji nic nie wynikało. Co gorsza, nie były one w stanie zainteresować ucznia, dać mu pożywki do przemyśleń, wprowadzić w zasady metodologii właściwej poszczególnym naukom. W takim stanie rzeczy przybywało szkół zawodowych, wdrażających uczniów do określonych czynności, niekiedy dość tradycyjnie wykonywanych. System społeczny zaś zapewniał im znalezienie pracy. Czy takie szkoły sprzyjały rozwojowi intelektualnemu? Czy kształciły ludzi zdolnych do odnajdywania się w zmieniającym się świecie? Odpowiedź musi być negatywna.

Nauczanie w PRL-u nie prowadziło jednak wyłącznie do takich skutków. Wiedza faktograficzna wyniesiona ze szkoły przez uczniów zdolnych, inteligentnych, ambitnych, a także znajomość procedur i metod badawczych, była niejednokrotnie szersza niż u ich rówieśników z innych krajów. Jednostkom, co prawda nielicznym, pozwalała robić karierę i ułatwiała studia w kraju czy za granicą.

Nie jest aż tak źle

Czy ten dość czarny obraz polskiej edukacji należy przenosić na współczesność? Na pewno nie. Nawet w przeszłości zdarzały się dobre szkoły, jakich teraz powstaje coraz więcej. Na ile zasadne są opinie o fatalnym stanie nauczania w Polsce, ilustrowane przykładami niekompetencji nauczycieli, braku wyposażenia materialnego szkół, zaniku w nauczaniu koniecznych wartości etycznych? Znowu odpowiedź nie jest jednoznaczna. Nigdy i nigdzie nie wolno stosować zasady odpowiedzialności zbiorowej, także wobec polskiej szkoły. I dziś są szkoły znakomite, których uczniowie mają stały udział w imprezach międzynarodowych, uczą się według nowoczesnych programów autorskich, dobrze poznają języki obce. O jakości szkoły decyduje przecież jej kadra nauczająca.

Niepotrzebnie przyczerniamy obraz dzisiejszej szkoły. Zawsze były wśród nich dobre i złe, tak jak zawsze istnieli nauczyciele, którzy, jak preceptor Prusowego Antka używali rózgi nie dla nauki “ino dla rozgrzewki".

Lata PRL-u nie należały do dobrych okresów w dziejach naszej szkoły. Obecnie, mimo różnych mankamentów, łatwo dostrzec poprawę, choć nie brakuje kłopotów, nawet dużych. Uposażenia nauczycieli, acz uległy poprawie, nadal są niskie. Jeśli młody człowiek po studiach zostaje nauczycielem, może liczyć na mizerną płacę. W warunkach urządzania sobie “dorosłego życia", zakładania rodziny, nie kusi to nawet tych, którzy chcieliby z powołania poświęcić się nauczaniu. Stan materialny młodych nauczycieli skłania ich do poszukiwania dodatkowej pracy. W ten sposób pogłębia się zjawisko, które jest nieszczęściem także w uczelniach. Praca nauczycielska, tak samo jak naukowa, wymaga przecież czasu na stałe dokształcanie się, lektury i refleksję. Wymaga też odpoczynku. Dodatkowe obciążenia zawodowe nie pozwalają ani na jedno, ani na drugie.

Ten stan rzeczy doprowadza też do “stabilizacji posiadanej wiedzy". Dawniej nauczyciela musiała zaakceptować władza polityczna. Obecnie, w teorii, powoływany jest do zawodu w oparciu o posiadane kwalifikacje. W dużych miastach na ogół się tego przestrzega. W małych i na wsiach, bezrobocie prowadzi do nowej patologii - kumoterstwa, wykorzystywania powiązań dla zapewnienia miejsca krewnym i znajomym. Żeby jeszcze ci znajomi znali się na rzeczy! Zdarza się jednak, że nauczycielem zostaje osoba mało, można rzec: coraz mniej, przygotowana do tego zawodu. Z tym wiąże się kolejny problem.

Nauka przeżywa stałe, a obecnie coraz szybsze zmiany. Nie można, jak bywało w odleglejszych epokach, powtarzać co roku tego samego materiału, korzystać z tych samych pomocy naukowych, podawać te same przykłady i dokonywać tych samych doświadczeń. Nauczanie łatwo staje się rutyną, nie pozwalającą uzupełniać wiedzy i umiejętności. Właśnie rutyna jest wrogiem numer jeden nauczania. Nauczyciele (dodajmy, także akademiccy) wykorzystują zdobyte na studiach wykształcenie, nie zawsze zdając sobie sprawę z jego dezaktualizacji. Niełatwo jest odejść od schematów, szczególnie, gdy zmęczenie codziennymi troskami odwraca uwagę od nowości.

Do tego dochodzi rewolucja cywilizacyjna (nie jest przesadą to określenie) związana z rozwojem informatyki i przyspieszeniem metod badawczych nauk. W tej rewolucji mieści się też powstawanie nowych kierunków badań, zaczynających odgrywać ważniejszą rolę od dotychczasowych. Trudno dzisiaj nie łączyć wiedzy socjologicznej z historią, ekonomią, estetyką czy psychologią. Trudno wyznaczyć ścisłe granice między fizyką, chemią, biologią. Określić treść atrakcyjnych i potrzebnych dziedzin wiedzy, dotyczących ochrony środowiska, nauk politycznych, kulturoznawstwa.

Z rewolucją w nauce łączą się zmiany w komunikacji międzyludzkiej. Jak nigdy w historii, nauka staje się powszechna i możliwa do uprawiania w powiązaniu ogólnoświatowym. Stwierdzenie to jest prawdziwe nie tylko w odniesieniu do nauk ścisłych. Nie powinno też budzić wątpliwości w odniesieniu do historii, ekonomii, socjologii. Tak samo ważne pozostają jednak badania i upowszechnianie ich wyników w skali regionalnej czy lokalnej. Nauczanie o własnej ziemi czy lokalnej społeczności jest zaspokajaniem potrzeby wiedzy o sobie samym i swojej wspólnocie. Przez pryzmat ziarnka ryżu można przecież, jak pisał Fernand Braudel, poznawać przemiany zachodzące w świecie. Czasy współczesne, gdy wydarzenia pozornie lokalne dają rezonans na wszystkich kontynentach, ułatwiają zrozumienie tego.

Zmiany zachodzące na świecie wymagają innego wykształcenia ucznia oraz innego przygotowania nauczyciela. Po pierwsze, wiedza tego ostatniego nie może być zbiorem zamkniętym. Tak w sensie specjalizacji w jednej dziedzinie, jak ograniczonego do stałej sumy faktów. Po drugie, co jest konsekwencją poprzedniej uwagi, musi stale, nawet po najdłuższej praktyce, uzupełniać wiedzę najnowszymi ustaleniami nauki. Po trzecie, nauczanie w większym niż dotychczas stopniu powinno kłaść nacisk na wyrabianie w uczniach samodzielności myślenia. Nie jest ważne jedynie uczenie faktów i przygotowywanie do zawodu (acz, oczywiście, nie należy z tej edukacji rezygnować!), lecz również kształcenie możliwie wszechstronnej sprawności intelektualnej. W niedalekiej przyszłości dadzą sobie w życiu radę ci, którzy będą potrafili przystosować się do warunków dziś trudnych do przewidzenia.

Dowód uporu i wytrwałości

Reformy nauczania, szczególnie podjęte przez ekipę ministra edukacji Mirosława Handtkego w 1999 r., zmierzają we właściwym kierunku. “Nowa matura", która ma powszechnie obowiązywać od 2005 r., zakłada ocenę ucznia, nie uzależnioną od stosunków lokalnych. Na pewno nie jest to rozwiązanie idealne - może tracić z pola widzenia jednostki, które nie mieszczą się w standardach ocen. Pozwala jednak wykazać się podczas egzaminu inwencją, umiejętnością myślenia, erudycją. Pozwala też odejść od “najgorszej formy uzyskiwania indeksów" (jak chcą niektórzy pedagodzy uniwersyteccy) - egzaminów wstępnych.

Ważną częścią szkolnej edukacji, od dawna istniejącą, są olimpiady przedmiotowe. To nie tylko chwała polskiej szkoły. Wyniki olimpiad widzimy też w liczbie miejsc, przyznawanych na uczelniach laureatom tych konkursów. Bez wątpienia, w warunkach niedoboru bezpłatnych miejsc, rekrutacja na poszczególne kierunki przez organizowanie olimpiad jest lepszym sposobem zdobywania indeksów niż egzaminy wstępne, a nawet konkursy matur.

Nowe programy nauczania zakładają wprowadzenie “ścieżek międzyprzedmiotowych", łączących przedmioty i ułatwiających absolwentom szkół średnich wybór najwłaściwszej dla nich drogi życiowej. Podjęto prace nad nowymi podręcznikami i założeniami programowymi. Przez ćwiczenia sprawdzające nie tylko wiadomości, lecz także umiejętność samodzielnego myślenia, próbuje się bardziej obiektywnie oceniać uczniów.

Czy te działania już niedługo zmienią polską szkołę? Nie jestem przekonany. Czas uderzyć się we własne piersi i uznać odpowiedzialność uczelni za sposób przygotowywania absolwentów do zawodu nauczycielskiego. Konieczne jest unowocześnienie kształcenia nauczycieli: zmian w szkołach wyższych, ich strukturach (mamy już dobre rezultaty w wielu uczelniach) i programach nauczania (tu chyba tkwią największe zaległości). Nie można dokształcania nauczycieli prowadzić w “starym stylu", czyli jedynie przekazując uzupełnienia do zestawu wiadomości. Ważniejsza jest niekiedy refleksja metodologiczna, pokazanie innego niż znany sposobu badania czy myślenia.

To truizm twierdzić, że człowiek uczy się całe życie. Pozostawmy na boku sprawę dokształcania emerytów (choć też jest to problem niebagatelny, biorąc pod uwagę, że będzie ich w Polsce coraz więcej) czy ludzi czynnych zawodowo. Młodym Polakom często nie wystarcza już wykształcenie podstawowe, średnie czy zawodowe. Imponująca liczba studentów, wspomniana na wstępie, jest optymistycznym znakiem nowych czasów. Warto bowiem zwrócić uwagę, że są to głównie (wbrew konstytucji) studia płatne. Świadczy to jednak nie tyle o zamożności społeczeństwa, ile jest dowodem poświęcenia niewielkiego dochodu rodziny, czasu, a nierzadko dodatkowej pracy zarobkowej podjętej przez słuchaczy. Dwa miliony studiujących potwierdza znaczenie wiedzy i możliwości zrobienia kariery dzięki wykształceniu.

Kilka niedobrych zjawisk

Nie zawsze jednak ten obraz jest tak piękny. Jeśli wiedza nabrała wartości, stając się cennym towarem, można i należy ją sprzedawać. Jak zawsze w handlu, obok produktów wartościowych sprzedaje się tandetę. “Jesiotr drugiej świeżości" - można byłoby napisać jak Bułhakow, oceniając jakość towaru oferowanego przez niektóre uczelnie. Cała nadzieja w Państwowej Komisji Akredytacyjnej i jej uczelnianych odpowiednikach, badających jakość dydaktyki i kwalifikacje wykładowców.

Zawodowy historyk może powiedzieć, że tak bywało zawsze: obok znakomitych uczelni bywały i “ciemnogródki"; każde uczelnie, nawet najbardziej zasłużone w rozwoju oświaty, miewały wielkie i mniej wielkie okresy (w Polsce, 200 lat po śmierci Mikołaja Kopernika, broniono tezy doktorskiej o błędności teorii heliocentrycznej i prawdziwości założeń Ptolomeusza). Być może jest to spowodowane niedoborem kadry nauczającej, uzupełnianej w sposób, który jest bolączką polskich uczelni - wieloetatowością.

Nie jest naganne ani troszczenie się o własny budżet, ani branie na swe barki wielu obowiązków. Jaka jednak jest jakość pracy wykładowców, pracujących w kilku uczelniach (są tytani pracy, działający nawet w sześciu placówkach)? Otóż kształcenie studentów, szczególnie w szkołach akademickich, powinno być oparte o wyniki stale prowadzonych badań. Trudno uwierzyć, by wykładowca, jeżdżący niekiedy do odległych miejscowości i pracujący w paru uczelniach, miał czas na twórczą działalność. Można tym samym wątpić w jakość jego zajęć.

Jest też, co w warunkach gospodarki rynkowej zdarza się wszędzie, inne niedobre zjawisko. Z powodu braku specjalistów niektóre uczelnie zatrudniają pracowników, których kompetencje co najmniej budzą wątpliwości. Ich dorobek naukowy (jeśli w ogóle istnieje) nie dotyczy wykładanej dziedziny, zaś stan wiedzy zatrzymał się w odległych czasach.

Trzeci filar światowego porządku

Nie ulega wątpliwości, że w szkolnictwie średnim, jak i - przede wszystkim - wyższym wiele z tych ułomności nauczania będzie usuwane przez coraz bliższe kontakty naszego kraju ze światem. Nie tylko kontakty naukowe utrzymywane przez badaczy, ale i dydaktyczne. Liczba polskich studentów za granicą rośnie z każdym rokiem. Podobnie zwiększa się grupa studiujących w Polsce przybyszów ze Wschodu i Zachodu. Co więcej, spora liczba uczniów szkół średnich kształci się za granicą, bądź w liceach i gimnazjach międzynarodowych w Polsce. To stwarza warunki dla twórczej konkurencji, umożliwia porównywanie ocen i wyników nauczania. Trzeba dbać o zachowanie różnorodności metod dydaktycznych i programów autorskich, nie utrącać indywidualności. Natomiast wejście do międzynarodowej wspólnoty wiedzy na pewno pomoże utrzymać pożądany poziom nauczania.

Ponad tysiąc lat temu intelektualiści Europy głosili, że nauka, obok władzy duchownej i władzy świeckiej, to trzeci filar, na którym zbudowany winien być porządek świata. Była to - i jest nadal - iluzja, by świat był rządzony przez ludzi mądrych. Pragnienie pozostaje jednak jak najbardziej aktualne. Ludzie mądrzy, ludzie wykształceni - dodajmy do tych określeń jeszcze ich walory etyczne - są największym bogactwem narodu. “Pozycja numer jeden w budżecie każdego państwa" - jak pisał Roger Mols, wybitny demograf.

Polska jest krajem ludzi uczących się. Nie zawsze dobrze i nie zawsze świadomych, że w zdobywanej wiedzy muszą znaleźć się wartości niekiedy pomijane w edukacji: odpowiedzialność, uczciwość, rzetelność. Można jednak mieć nadzieję, że w nadchodzących czasach rzeczownik “Polak" będzie się kojarzył z przymiotnikiem “światły".

PROF. HENRYK SAMSONOWICZ (ur. 1930) jest historykiem-mediewistą z Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem PAU i PAN. W latach 1980-82 był rektorem UW. W grudniu 1988 r. został członkiem Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ “Solidarność" Lechu Wałęsie, gdzie kierował sekcją nauki i oświaty, przygotowującą tematy do rozmów przy Okrągłym Stole. Był ministrem edukacji w pierwszym rządzie pokomunistycznym (1989-91). Napisał m.in.: “Złota jesień polskiego średniowiecza", “Historia Polski do roku 1795", “Dzieje miast i mieszczaństwa w Polsce przedrozbiorowej".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 10/2004