Janusz Drzewucki: Ostatnia sobota czerwca

Wracałem z Kruszwicy
Czyta się kilka minut

do Warszawy

i jak zawsze

zatrzymałem się

w Płocku,

koniec czerwca,

początek wakacji,

sobota, wieczór,

wcale nie taki późny

wieczór.

Przeszedłem się

koło katedry,

której drzwi zawarte

były na głucho,

w muzeum secesji

w aksamitnej ciszy

spływały

z wieszaków

suknie i fraki,

łyżki, noże i widelce

leżały w mroku

obok talerzy

płytkich i głębokich

jak stawy i jeziora.

W ciemnościach

przeglądały się lustra

w złoconych ramach.

Po Ostrowie Tumskim

snuły się

pary zakochanych

zapatrzone

w płynącą na północ

jak zawsze, od zawsze

Wisłę.

Minąłem pomnik

Ludwika Krzywickiego

w ciężkiej jak upał

czapce,

surowe budynki sądu,

po których

pętała się

ślepa sprawiedliwość.

Wszedłem

na rynek.

Pod ratuszem

kłębiły się tłumy

dziewcząt i chłopców,

wszyscy

w wieku mojego syna,

zachowywali się

hałaśliwie,

ostentacyjnie i

prowokacyjnie,

mimo wszystko,

na przekór wszystkim,

przeciw

całemu światu,

przeciwko mnie.

Tak, także

przeciwko mnie,

przeciwko

takim jak ja.

Krzyczeli do siebie,

do stojących po drugiej

stronie ulicy,

przekrzykiwali się

nawzajem

przekrzykiwali siebie

samych,

nie przebierali

w słowach,

słowa miłości

mieszały się ze słowami

nienawiści.

Nie zważając na nic,

schodzili z chodników

na jezdnie,

wygrażali

przejeżdżającym

samochodom,

nie przejmowali się

niczym,

niczym głupcy,

którym wydaje się,

że całe miasto,

cała Polska należy

do nich,

tylko

i wyłącznie

do nich.

I chociaż

nie czułem się

dobrze

między nimi,

w końcu budzili

we mnie

lęk,

nie tylko lęk,

także obcość,

by nie powiedzieć

niechęć,

jednego nie mogłem

im odmówić,

że wszystko co robili

i jak robili,

mieli do tego

pełne prawo,

świat

w tym momencie

należał do nich,

byli u siebie,

tylko

i wyłącznie u siebie.

U siebie,

ze sobą

i dla siebie,

mieli prawo

do wszystkiego,

także do tych

przekleństw,

których nie szczędzili

swoim rodzicom,

winiąc ich za wszystko,

co ich w życiu

spotkało i spotka.

Całe życie

było przed nimi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 25/2005