Gwałty sowieckie

„TP” 43/13
Czyta się kilka minut

W tekście „Frau, komm!”, pisząc o sporze wokół gdańskiego pomnika kobiet zgwałconych przez Armię Czerwoną – i polemizując z moim komentarzem w „Gazecie Wyborczej” – Wojciech Pięciak napisał: „Albo Górlikowski jest ignorantem, albo cynikiem, który twierdzi, że czarne jest białe”. Jedno zdanie, dwie inwektywy. Za co? Za to, że krytykując autora tego pomnika, napisałem, zdaniem Pięciaka, że „przecież podczas II wojny światowej wszyscy gwałcili – nie tylko Sowieci, ale też żołnierze amerykańscy, polscy...”. Nie napisałem, że wszyscy, nie użyłem słowa „Sowieci” (bo spłaszcza poszczególnych żołnierzy do ideologicznej masy), ale pal to licho. W swoim tekście Pięciak nie znalazł miejsca, by napisać choćby zdania, że gwałty na kobietach miały miejsce również we Włoszech, w Normandii, że raporty mówią o 501 gwałtach w kwietniu i 241 w maju 1945 roku, których dopuścili się żołnierze US Army na terenie Niemiec. Choć to rzeczywiście margines w porównaniu z tym, co robiła Armia Czerwona.

Pięciak przemilcza, że napisałem również, iż „gwałty nie tylko w Gdańsku w 1945 roku to fakt historyczny. Po wejściu Armii Czerwonej na całym Pomorzu, Mazurach, Śląsku i innych terenach gwałcono zarówno 9-letnie dziewczynki, jak i kobiety do 80. roku życia. Nie ma statystyk miarodajnych, mówi się o zgwałconych 2 milionach niemieckich kobiet i 100 tysiącach polskich. Część zabijała własne córki i popełniała samobójstwa. Ponad 40 procent kobiet, jakie pozostały w wyzwolonym Gdańsku, było zarażonych chorobami zakaźnymi, w tym wenerycznymi. Wiele z nich było też w ciąży. Problem był tak duży, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż przysłał po wojnie do miasta z zagranicy specjalne ekipy lekarzy i pielęgniarek”.

Nawet gdybym w sprawie gwałtów chciał być ignorantem i cynikiem, jak nazywa mnie Pięciak, miałbym z tym kłopot. Moja babcia Kaszubka ukrywała się z siostrą w piwnicy, gdy weszła Armia Czerwona. Nie mówiła wprost o gwałtach, ale opowiedziała mi o oficerze lekarzu, który stacjonował u nich w domu i wywiesił kartkę ze swoją pieczątką, że panuje tam tyfus, by chronić kobiety przed żołnierzami swej armii.



OD AUTORA:

Moja krytyka Pańskiego komentarza w „Gazecie Wyborczej” dotyczyła jednego konkretnego punktu: że – pisząc istotnie o gwałtach Armii Czerwonej – dokonał Pan równocześnie (świadomie lub nie; czytając teraz Pana list, dochodzę do wniosku, że chyba nieświadomie) relatywizacji sowieckich gwałtów i ich wyjątkowego, systemowego charakteru, który sprawia, że nie można porównywać ich z gwałtami, do których dochodziło np. na froncie zachodnim. Relatywizacja polegała – moim zdaniem – na tym, że napisał Pan, iż podczas II wojny światowej gwałcili także żołnierze amerykańscy, polscy itd. Nie wiem, czy taki był Pana cel (znów: po lekturze Pana listu jestem skłonny sądzić, że nie), ale to nie ma znaczenia: efekt był taki, jakby nie było specjalnej różnicy między zjawiskiem gwałtów sowieckich a gwałtami popełnianymi na innych frontach. Tego dotyczyło polemiczne zdanie mojego tekstu.

Ponieważ tekst ten dotyczył sowieckich gwałtów i ich wyjątkowego charakteru, nie pisałem o gwałtach np. w Normandii. Jest fundamentalna różnica między tym, co działo się na froncie wschodnim – gdzie doszło do kilkunastu, może kilkudziesięciu milionów gwałtów (2 mln Niemek, z których każda, jak pokazują badania, była gwałcona przeciętnie po kilkanaście razy; do tego kilkaset tysięcy Węgierek) – a sytuacją na froncie zachodnim. Różnica polega też na tym, że skoro – przytaczając tych kilkaset przypadków gwałtów, dokonanych w 1945 r. przez Amerykanów – używa Pan sformułowania „raporty mówią”, to można sądzić, iż były one ścigane przez sądownictwo wojskowe USA (albo że przynajmniej uważano je za problem). Tymczasem na froncie wschodnim nikt gwałcicieli nie stawiał do raportu, przeciwnie (a ludzki odruch lekarza, który chronił Pana babcię, był – przyzna Pan – wyjątkiem, nie regułą). Także tego dotyczył mój tekst, gdzie mowa była o tezie rosyjskiego historyka Marka Sołonina, iż gwałty i mordy na niemieckich cywilach były częścią systemu: przemyślaną strategią Stalina.

WOJCIECH PIĘCIAK

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 45/2013