Dzwonek na selekcję

W raz z rozpoczęciem roku szkolnego wraca temat selekcji w polskich szkołach. W tym roku wywołał go "Dziennik" (z 8 września), opisując przypadki szkół, w których rodzice zapisanych dzieci muszą wypełniać szczegółowe ankiety, zawierające nie tylko standardowe pytania o najbliższą rodzinę czy miejsce pracy rodziców, ale też o zajmowane stanowisko i zarobki, o liczbę pokoi w mieszkaniu, a w przypadku rodziców bezrobotnych o to, czy mają prawo do zasiłku. Dyrektorzy tłumaczą, że ankiety mają służyć wyłowieniu dzieci, którym trzeba pomóc. Zdaniem rodziców jest to wstęp do segregowania dzieci: do jednej klasy zapisywane są te zamożniejsze, do drugiej - te, których sytuacja materialna jest gorsza, pochodzące z rodzin niepełnych lub wielodzietnych. "Dzień Ojca był w naszej klasie fikcją", skarży się jedna z matek. "Bo jak go zorganizować, kiedy 70 proc. dzieci wychowuje tylko mama?".
Czyta się kilka minut

Rodzice mają prawo żądać dla swego dziecka jak najlepszego wykształcenia. Szkoły mają prawo szukać takich rozwiązań, które to umożliwią. Selekcja wydaje się rozwiązaniem korzystnym dla wszystkich: dzieci uboższe lub wychowywane tylko przez mamę nie będą się wstydzić wobec zamożniejszych rówieśników swojej biedy czy sytuacji rodzinnej. Dzieci zamożniejsze i zdolniejsze nie będą "spowalniane" przez te mniej zdolne czy mające "słabsze zaplecze". Między dziećmi w jednej klasie nie będzie wyraźnych różnic, a to oznacza mniej okazji do konfliktów. Nauczycielom będzie się lepiej pracowało, a końcowy wynik szkoły też prawdopodobnie będzie lepszy.

A jednak coś się w nas burzy, gdy słyszymy: selekcja...

Instynktownie - a może także z doświadczenia - wiemy bowiem, że taki podział jak opisany powyżej oznacza, iż dzieci zakwalifikowane jako uboższe i mniej zdolne z góry skazane są na przegraną. Nauczyciele zdolniejsi, bardziej pomysłowi zostaną skierowani do pracy z "lepszymi"; "gorszym" zapewni się promocję do kolejnych klas, może nawet przyzwoite oceny, ale ich umiejętności tak naprawdę nie będą rozwijane. W rezultacie przepaść między jednymi i drugimi będzie z roku na rok się powiększać.

Ale czy stracą tylko "gorsi"? Problem w tym, że tam, gdzie usuwa się różnice, znika sama świadomość różnicy, a obraz świata ubożeje. Taka wyselekcjonowana "lepsza" klasa może nagle okazać się klasą nijaką. Albo, owszem, zdolną, może nawet ponadprzeciętnie zdolną w różnych dziedzinach wiedzy, lecz jednocześnie okaleczoną moralnie, pozbawioną czegoś bardzo istotnego, bez czego edukacja jest tylko - jak to ktoś powiedział - pakowaniem informacji na twardy dysk w głowie. Cytowana przez "Dziennik" pani psycholog zwraca na przykład uwagę, że "jeśli dziecko z rodziny zasobnej ma w klasie biedniejszych kolegów, to jest większa szansa, że będzie w życiu robić to, co jest zgodne z jego wrażliwością, a nie tylko z aspiracjami rodziców".

To daje do myślenia. Dlatego wrócę jeszcze do tego tematu za tydzień.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2008