Dźwięk z gestem

Marc Minkowski /fot. M. Vega

20.02.2007

Czyta się kilka minut

PATRYCJA KUJAWSKA: - Podczas poprzedniego pobytu w Polsce odwiedził Pan miejsca związane ze swoją rodzinną przeszłością.

MARC MINKOWSKI: - Mój pradziadek August był sławnym bankierem i właścicielem paru kamienic w Warszawie. Miał czterech synów: Eugeniusza - psychiatrę, Mieczysława - neurologa, Pawła - dyplomatę, czwarty syn Anatol był zasłużonym generałem w polskiej armii. Dziadek Eugeniusz dość wcześnie wyemigrował. Najpierw do Szwajcarii, na studia, potem do Francji, gdzie walczył na froncie I wojny światowej w armii francuskiej. Kiedy odkrył, że jego rodzina mieszka we Francji, zdecydował się zostać tam na stałe. Moja matka była Amerykanką, jej ojciec z kolei Czechem. A ja? Tak się złożyło, że urodziłem się Francuzem.

- Czuje się Pan choć trochę Polakiem?

- Nie, nie znam nawet słowa po polsku. Mój ojciec nie władał tym językiem zbyt dobrze, podobnie ciotka. Oboje rzadko bywali w Warszawie, Polska była wtedy tak daleko...

- Zaczynając karierę był Pan postrzegany jako specjalista od muzyki barokowej. Z drugiej strony, dość wcześnie zajął się Pan muzyką klasyczną, neoklasyczną, nawet współczesną.

- Moje muzyczne początki to gra na fagocie w orkiestrze, w zespołach kameralnych, siłą rzeczy wykonywałem więc muzykę różnych epok. Oczywiście barok był moją pierwszą miłością, wokół niego wykreowałem przecież moją orkiestrę; z drugiej strony jednak zawsze chciałem wyrażać się poprzez muzykę różnego rodzaju. Dzięki współpracy z rozmaitymi teatrami, reżyserami podróżowałem z jednej epoki do drugiej. To ważne w mojej pracy, bo pomaga utrzymać świeżość spojrzenia. Ale faktycznie - mój katalog nagraniowy pełen był muzyki barokowej i pewnie stąd to zaszufladkowanie. Chciałbym być muzycznym kameleonem, wciąż zmieniać kolory, języki... Nagrywam Mozarta, Offenbacha, wkrótce - Beethovena i - mam nadzieję -Wagnera. Być może przyjadę do Polski z Mszą h-moll Bacha. Myślę też o pewnym naprawdę szalonym projekcie, ale nie mogę wszystkiego wyjawić. Pozwólmy sobie na trochę suspensu.

Z jednego jednak jestem szczególnie dumny. W maju będę dyrygował "Peleasem i Melizandą" Debussy'ego w obsadzie francusko-rosyjskiej, we współpracy ze znakomitym francuskim reżyserem Olivierem Py. To będzie pierwsze wykonanie w Moskwie - sto lat po paryskiej prapremierze. Ponoć spektakl ten był wystawiany w Sankt Petersburgu (a i to nic pewnego), ale nigdy w Moskwie. Trudno w to uwierzyć, zważywszy na ogromne zainteresowanie Debussy'ego Musorgskim, zwłaszcza jego "Borysem Godunowem".

- Za młodu chciał Pan być francuskim Nicolasem Harnoncourtem.

- Nie chodziło mi o naśladownictwo, raczej o pewnego rodzaju pokrewieństwo. Po trosze jestem dziś francuskim Harnoncour­tem. Przyznam, że czasami bardziej niż muzycy fascynują mnie wielcy przedstawiciele innych profesji - np. aktorzy. Gdybym chciał być do kogoś podobny, to pewnie do Bustera Keatona albo Brigitte Bardot (choć mam świadomość, że dzieli nas przepaść). I oczywiście dyrygenci, zwłaszcza przedstawiciele starej szkoły: Leopold Stokowski, Fritz Reiner, Wilhelm Furtwängler, a dzisiaj: Harnoncourt, Simon Rattle, to oni mnie ukształtowali.

- Nagrał Pan ostatnio symfonie Mozarta. Repertuar polskiego tourneé też ograniczy się do tego kompozytora.

- Sporo grałem Mozarta w czasach studenckich - w orkiestrze, w zespołach kameralnych. Jako dyrygent zainteresowałem się tym kompozytorem bardzo wcześnie. Szczęśliwie miałem okazję grać jego wszystkie najważniejsze opery: "Don Giovanniego", "Wesele Figara", "Idomeneo", "Mitrydatesa", "Uprowadzenie z Seraju". Myślę, że to muzyka, która potrzebuje konkretnej i - przede wszystkim - dojrzałej koncepcji. Nawet dziś, kiedy jestem pewien swojej wizji, ciągle jeszcze ćwiczę ją, testuję. Dlatego jestem bardzo ciekawy współpracy z Sinfoniettą Cracovia, o której słyszałem same superlatywy.

Wracając do Mozarta, chyba najważniejsze jest, by nie grać go zbyt ciężko, na sposób romantyczny. Nie lubię tej rafinady, manieryzmów, zbytniej pielęgnacji. Wszyscy chcą grać stylowo, tymczasem nadmiar stylu zabija Mozarta. Jego muzyka jest żywa, teatralna, liryczna i jednocześnie skontrastowana na niespotykaną skalę. Rzecz w tym, by zrozumieć ten język i pozwolić mu się prowadzić. Na pewno mój Mozart z orkiestrą krakowską będzie inny od tego, który gram z Les Musiciens du Louvre. Nie chcę tworzyć swojej własnej karykatury - trzeba umieć się zaadaptować. Ważnym elementem jest też spontaniczność. Dlatego rzadko nagrywam w studio. Zrobiłem wyjątek dla Cecilii Bartoli, ale ona jest tak żywiołowa, że nie słychać różnicy.

- Można by się spodziewać próby implementowania barokowego brzmienia do współczesnej orkiestry, jaką jest Sinfonietta. Czyni tak wielu dyrygentów specjalizujących się w muzyce dawnej: Charles Maccerras, Roger Norrington.

- Styl jest najważniejszy, ale niekoniecznie musi oznaczać imitowanie brzmienia dawnych instrumentów. Tu niezbędny jest pewien margines wolności. Nie lubię pedantycznego, historycznego podejścia. Nie potrzebujemy przecież wiedzieć, że tego a tego dnia Mozart wstał o 6.00, wypił kawę, a już o 7.15 miał takie a takie kłopoty. Nie mam też czasu szperać w bibliotekach, prowadzić własnych badań. Nie jestem typem naukowca, choć mam świadomość, że muzykologii nie można ignorować. Słucham więc rad przyjaciół-muzykologów, czytam publikacje na ten temat. Tworzę z tego własną "sałatkę".

- Jak układała się współpraca z Krzysztofem Warlikowskim przy okazji wystawienia "Ifigenii na Taurydzie" Glucka w Paryżu? Akceptuje Pan jego awangardowe podejście?

- Muszę uczciwie wyznać, że bardzo bałem się tej współpracy, choć z drugiej strony byłem również ciekawy. Nasze spotkanie było bardzo ekscytujące - udało nam się przygotować fascynujący show, dość kontrowersyjny, a na pewnym poziomie wręcz skandaliczny.

Krzysztof okazał się wyjątkowym człowiekiem. Podziwiam sposób, w jaki w czasie prób komunikował się ze śpiewakami, próbując portretować charaktery, oddać ludzkie emocje, dramaturgię. Jego styl -współczesny i nowatorski - jest zarazem prawdziwy i - co bardzo ważne - efektywny. Próby z Krzysztofem pamiętam dużo lepiej niż samo przedstawienie.

- Ewa Podleś tak opisała współpracę z Panem: "on nie myśli o muzyce, po prostu powołuje ją do życia". Czym jest dla Pana muzyka?

- Boże, pytanie raczej ze sfery filozoficznej. Mogę tylko powiedzieć, że muzyka jest całym moim życiem, żyję z muzyki: nie mam wyjścia - tylko to potrafię robić. Oddycham jej rytmem.

Muzyka jest gestem dźwięku i dramaturgii. Każdy kompozytor jest w części dramaturgiem i eksponowanie wyłącznie piękna brzmienia - bez ukazania sensu i prawdziwego znaczenia - to coś, z czym nieustannie walczę. Na szczęście nie muszę tego robić zbyt często, z reguły muzycy to rozumieją.

A Ewa Podleś to nie jedyna polska artystka, z którą współpracuję. Ostatnio poznałem quasi-polską śpiewaczkę Olgę Pasiecznik. Quasi - bo jest przecież w połowie Ukrainką. Słyszałem ją w "Don Giovannim" pod René Jacobsem - była fantastyczna! W kwietniu będziemy wystawiać w Sali Pleyel "Il trionfo" Händla. W paryskiej operze śpiewa też Aleksandra Zamojska - świetny, lekki sopran, i Wojtek Śmiłek. Współpracowałem z Bartkiem Niziołem - był koncertmistrzem w orkiestrze, z którą poprowadziłem "Fidelio". To bardzo miły człowiek, jest potwierdzeniem mojej tezy, że aby być świetnym muzykiem, agresja i dominacja nie są wcale potrzebne.

- Jakie znaczenie ma osobowość dyrygenta? Czy powinna być słyszalna w interpretacjach?

- Sprawa jest złożona. Kiedy słyszymy kompozytorów dyrygujących swoimi kompozycjami, np. Igora Strawińskiego, Richarda Straussa czy choćby Benjamina Brittena, to okazuje się, że efekt, jaki daje interpretowanie swoich własnych utworów, jest niebywale zaskakujący. Akt interpretacji to suma osobowości oraz szacunku i wierności w stosunku do tekstu, czyli konkretnej wizji kompozytora. Lecz - okazuje się - nawet w przypadkach wyżej wymienionych te elementy nie muszą być tożsame.

- A czy istnieje osobowość orkiestry? Na przykład takiej jak Musiciens du Louvre.

- Powstawanie osobowości orkiestry to skomplikowany proces, zależy od bardzo wielu czynników. Trudno mi opisywać mój zespół. Ale jeśli muszę coś o nich powiedzieć... To ludzie młodzi, dynamiczni, doskonale zaznajomieni z moim sposobem pracy. Są jak trupa teatralna, nawet ci najmłodsi czytają moje intencje tak, że nie muszę już niczego wyjaśniać (przynajmniej niezbyt długo). Grają bardzo ciepłym dźwiękiem, potrafią śpiewać na instrumentach, dysponują rytmiczną wirtuozerią. I lubią operę - co chyba słychać.

- Marzy Pan o własnym teatrze operowym?

- Ludzie nie bardzo w to wierzą. Pewnie doczekam się tego w późnej starości. Zobaczymy.

Marc Minkowski (ur. 1962) - wybitny francuski dyrygent. Rozpoczynał muzyczną karierę jako fagocista, występując m.in. z zespołami Les Arts Florissants i La Chapelle Royale. W 1982 roku powołał kapelę Les Musiciens du Louvre (obecnie mającą siedzibę w Grenoble), słynącą ze znakomitych wykonań na instrumentach z epoki utworów Rameau ("Hippolyte et Aricie", "Dardanus", "Une Symphonie imaginaire"), Händla ("Ariodante", "Hercules", "Giulio Cesare") czy Glucka ("Armide", "Iphigénie en Tauride", "Orphée et Eurydice")... Jego najnowsze płyty to nagranie 40. i 41. symfonii Mozarta oraz recenzowany w tym numerze "Tygodnika" wybór dzieł Offenbacha. O Minkowskim pisali w "TP" m.in. Piotr Kamiński i Stefan Rieger. Zdobywca licznych nagród spotka się z polską publicznością na trzech koncertach w Krakowie, Warszawie i Gdańsku (21-23 lutego), dyrygując w Mozartowskim repertuarze orkiestrą Sinfonietta Cracovia.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2007