Reklama

Dziennikarz jest świadkiem

Dziennikarz jest świadkiem

03.06.2009
Czyta się kilka minut
W tych reportażach pozostają kwestie niewypowiedziane i tajemnicze, co świadczy o przekonaniu autorów, że żadnego człowieka, jakkolwiek nieznaczącego, nie można zamknąć w jednej formule albo uczynić wyłącznie pokazowym przykładem.
W

W sierpniu 1934 r. Harry Martinson* - pokonując mdłości - uczestniczy w kongresie pisarzy w Moskwie. Dyskusja przebiega zgodnie z dewizą Lenina "poeta jest inżynierem ludzkiej duszy". Wszystkie przemówienia kończy złożeniem hołdu Józefowi Stalinowi, potem zagraniczni goście udają się na wycieczkę samolotem.

"Tam z góry, z lotu ptaka, perspektywa jest płaska, jak na taniej pocztówce, która jest wrogiem wyobraźni. Domy wyglądają jak żółwie, bo tak naprawdę widać tylko dachy, żółwie skorupy. Nie słychać śpiewu ptaków i nie sposób wyobrazić sobie, ile straszliwego wysiłku kosztowało wykopanie studni trzydziestometrowej głębokości w twardej ziemi... Z wysokości nawet najpiękniejsze i najgłębsze wieczorne jeziora zdają się niczym śledziowe łuski. Wszystko ulega degradacji".

Myślę, że Harry’emu Martinsonowi podobałaby się książka, którą trzymasz, czytelniku, w ręce. Uroniłby łzy nad losem matki Mejry, prostytuującej się wbrew własnej woli Birkute, a być może i nad żołnierzem doskonałym Asłanem Maschadowem, bo w nich wszystkich rozpoznałby siebie. Znalazłby bratnią duszę w młodym reporterze Mariuszu Szczygle, który w opowieści o pewnym szewcu przypomina o tych skłonnościach duszy ludzkiej, które Martinsona najbardziej przerażały. Ale najwyżej ceniłby sobie wszystko to, co w tych reportażach niewypowiedziane i tajemnicze, i co świadczy o przekonaniu autorów, że żadnego człowieka, jakkolwiek nieznaczącego, nie można zamknąć w jednej formule albo uczynić wyłącznie pokazowym przykładem.

Atak Martinsona na perspektywę z lotu ptaka był także protestem poety przeciwko erze techniki, która tak utrudniła mówienie o człowieku. Epoka ta przemawiała językiem męskim i mechanicznym: "Nasza nieumiejętność wypowiedzenia rzeczywistego i wielowymiarowego życia sprawia, że kończymy albo w namaszczeniu i sentymentalizmie, albo też w żargonowym świecie postaw", pisał w 1940 r. To diagnoza, która dziś wydaje się bardziej alarmująca niż wtedy, gdy została postawiona. Jesteśmy zalewani informacją i wydaje się nam, że wiemy więcej niż którekolwiek z poprzednich pokoleń. Ale to nieludzka informacja, gdzie ludzkie losy prawie nigdy nie pojawiają się na własnych prawach. Stają się tylko winietami zjawisk socjologicznych, pretekstami do pisania rzewnych opowieści albo marionetkami w teatrze perswazji.

Dlatego też przyjemnością było złożenie tej książki, która dowodzi, że inny sposób opowiadania jest nie tylko możliwy, ale nawet daje się sprzedać. Reportaże to kosztowne produkty dziennikarskie, owoce wielomiesięcznej pracy. A jednak, jak widać, redaktorzy nie mogli ich sobie odmówić. Okazuje się, że polscy czytelnicy gazet zaraz po najnowszych wiadomościach biorą się za te długie wszak i niepokojące opowieści - czyniąc to wbrew większości teorii mówiących, czego domaga się zestresowany konsument mediów.

Czy coś specjalnego wyróżnia polskich czytelników gazet?

Niektórzy twierdzą, że tak. Ponoć - tak jak to jest w innych postkomunistycznych społeczeństwach - mieli oni już dość karmienia ideologią i pożądali ludzi z krwi i kości. Być może rzeczywiście coś w tym jest, ale osobiście nie wydaje mi się, żeby ich pragnienie było tak bardzo inne od naszego. Kiedyś, w latach 70., kiedy rozwój mediów w eterze nabrał prędkości, dziennikarstwo prasowe zaczęło naśladować telewizję. Trzeba było prześcignąć innych w dostarczaniu doniesień o ostatnich wydarzeniach i twardych faktów, a bardziej miękkie świadectwa i panoramiczne opisy, które nie potrafiły dowieść swojej nieodzownej aktualności, pozostawione zostały - no właśnie, komu?

Od tamtych czasów nieustannie słychać narzekania na pisarzy, którzy nie dbają o powieść współczesną. A dlaczego mieliby dbać? Współczesność to nie fikcja. Jej opisanie z pewnością wymaga artystycznej wyobraźni, ale nie trzeba jej wymyślać. Każda epoka potrzebuje swoich piszących świadków, swojego Herodota, swojego Bartolomea de Las Casas, Victora Hugo, Jacka Londona i Johna Reeda, swojego Ernesta Hemingwaya, George’a Orwella, Egona Erwina Kischa, Stiga Dagermana, Ryszarda Kapuścińskiego czy Barbro Alving, ludzi o wrażliwości na niuanse i poczuciu językowym jak u pisarzy, ale o dokładności w opisie tego, co widzieli, jaka cechuje naocznych świadków, i o właściwym poetom szacunku wobec tego, czego zrozumieć nie sposób.

Gazety - w których sufrażystka Lady Constance Lytton, w przebraniu kobiety z klas niższych, opisywała, jak w 1910 r. w Walton Gaol karmiono ją siłą, czy w których pięćdziesiąt lat później Barbro Alving opisywała proces Eichmana - już nie istnieją. Ale ich teksty przeżyły i jeszcze za sto lat nadal będą nam miały coś do opowiedzenia. Nie dlatego, że uwodzą stylistycznym wyszukaniem, ale dlatego, że to prawdziwe historie o ważnych rzeczach, opowiedziane przez świadków, którzy nie myślą, że istnieje coś takiego, jak "obiektywny reportaż". Każdy z nas zwraca uwagę na inne rzeczy, trzeba dokonać wyboru, żadna wyższa instancja nie oceni za nas, czy miny Eichmana są ważne, czy nie, każda metafora oznacza przyjęcie osobistej postawy. Tylko reportaże napisane z pozycji tej pokory wobec względności osobistych prawd mają szanse na przetrwanie gazet, w których są drukowane.

Polscy reporterzy, których teksty znalazły się w tym zbiorze, są być może w tej kwestii wyjątkowo wrażliwi. Istnieją powody, aby powiedzieć, dlaczego i jak to się stało. Wyjątkowa jakość polskiego reportażu - do tej pory znanego w Szwecji tylko z książek Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego - jest paradoksalnie konsekwencją cenzury, która przez ponad czterdzieści lat czyniła z dziennikarstwa zajęcie dla paziów i agentów.

W krajach demokratycznych dziennikarze konkurują o to, kto pierwszy dostarczy wiadomość. Ale w tamtych czasach autentyczne wiadomości się nie zdarzały. Przecież nie istnieli skorumpowani politycy, nie było bezrobocia, przypadków nadużycia władzy, bandyckich przedsiębiorstw, żadnych konfliktów politycznych czy niezadowolonych pielęgniarek. Z czasem nawet wypadki kolejowe czy katastrofy naturalne były skąpo racjonowane, ze względu na dobro pędzącego naprzód postępu. Dlatego istniały w gruncie rzeczy tylko dwa obszary, na których młodzi ambitni dziennikarze mogli ze sobą konkurować. Pierwszym było - jak zwykle - zabieganie o względy władzy. Drugim była sztuka wyprowadzania w pole cenzury. Teksty newsowe nie nadawały się oczywiście do tego kunsztu, nadawał się za to przyziemny reportaż. Dopóki tylko trzymał się ziemi, marginalnych nieprawidłowości w jakiejś zapomnianej dziurze, dopóki nie wyciągał ogólnych wniosków, uważany był przez władze komunistyczne za mało szkodliwy i mógł się ukazać.

Aż stało się tak, że wielu dziennikarzy z talentem do analizy społecznej zaczęło pisać o emerytowanych maszynistach, zmartwieniach żon górników i wątpliwych sierżantach na prowincji. Wytworzyli oni specyficzne spojrzenie na wyrazisty i mówiący szczegół, i poczucie językowe, które pozwoliło ich symboliczno-realistycznemu produktowi przejść przez cenzurę, a wyuczony czytelnik rozumiał to, co miał rozumieć. Ponieważ sami nie mogli wypowiadać rzeczy, które nie były budujące, młodzi reporterzy konstruowali często swoje teksty tak jak sztuki teatralne, gdzie sama diagnoza pojawiała się, migocząc w spotkaniach między autentycznymi scenami i replikami. I w taki to sposób cenzura nieświadomie wyswatała reportaż z literaturą i teatrem.

W Polsce istnieje pojęcie na określenie tego typu artykułów: "mały realizm". Jego niezwyciężoną mistrzynią jest Hanna Krall i przynajmniej dwóch spośród współautorów tego wyboru - Wojciech Tochman i Mariusz Szczygieł - chętnie podkreśla, że to od niej uczyli się fachu.

Sądzono, że demokracja uczyni reportaż "literacki" niepotrzebnym. Kiedy nie ma cenzury, można przecież nazywać rzeczy po imieniu, tak jak to robią w Ameryce czy w Szwecji. Na przykład: "każdego roku miliony uchodźców przejeżdżają przez Polskę na Zachód. Policja wydaje się bezsilna". Ale wydaje się, że oto zarówno czytelnicy, jak i reporterzy uzależnili się od tych rozległych obrazów z ich niezliczonym bogactwem detali. Chcą wiedzieć, kto ucieka i dlaczego, chcą słyszeć rozmowy przemytników i przechodzić przez bród w rzece razem z uchodźcami. "Co zrobiłbym, gdybym był Irańczykiem, przemytnikiem - czy może policjantem?".

Będąca własnością dziennikarzy "Gazeta Wyborcza", największy dzisiaj dziennik w kraju, powstała w 1989 r. z ruchu praw obywatelskich Solidarność, a od 1995 r. zdobywa niemal wszystkie polskie nagrody w dziedzinie reportażu. To właśnie "Gazeta Wyborcza" prawie samodzielnie (z pewnym wsparciem ze strony radia publicznego) jest odpowiedzialna za polski boom reporterski. Myślę, że Harry Martinson przytaknąłby Adamowi Michnikowi w jego deklaracji programowej:

"W reportażu szukam tego, co odrębne, szczególne i konkretne, a nie tego, co uogólnione. Bowiem świat składa się z istnień poszczególnych, a uogólnienie jest naturalnym wrogiem człowieka. Dramat ludzi zawsze ma wymiary indywidualne. Reportaż jest spotkaniem z tym dramatem. A przecież tylko spotkanie jego wewnętrznego cierpienia jest warte wysiłku autora i czytelnika. Kto kocha całą ludzkość, a ignoruje tego jedynego, wyjątkowego, niepowtarzalnego człowieka - ten nie powinien czytać tych reportaży, bowiem te reportaże są zawsze po stronie tego, co jednostkowe i konkretne; są wyzwolone od doktryn, uogólnień, terroru Wielkich Liczb. Tak jak cała nasza gazeta".

W tym miejscu ktoś mógłby wtrącić, że renesansowe przekonanie o pojedynczym ludzkim losie jako mierze społeczeństwa może utrudnić spostrzeżenie wielkich linii historycznych i struktur, których potrzebujemy, by rozumieć świat. Nie zgodzę się. Myślę, wręcz przeciwnie, że owe wielkie linie, przeciągane przez CNN albo przez którąś z kończących się na "-izm" ideologii, są najczęściej wygodną wymówką, by nie obcować z rzeczywistością. Linie mogą z pewnością się przydawać, byle tylko nie zapominać, że świat co jakiś czas trzeba odkrywać na nowo. A ta podróż zaczyna się w odrapanym czynszowym pokoju w Berlinie i w kopalni w Bośni, a nigdy na pokładzie samolotu czy w sali seminaryjnej o podobnej panoramie.

Większość reporterów, obecnych na stronach tego tomu, to mężczyźni. To fakt nieco mylący i spowodowany wyłącznie zbiegiem okoliczności. Polski reportaż jest w rzeczy samej zajęciem bardzo kobiecym. Więcej niż połowa gwiazd dziennikarskich "Gazety Wyborczej" to kobiety. Podobnie wszyscy redaktorzy, którzy od 1989 roku kształcą i wynajdują przyszłych laureatów nagród reporterskich, to kobiety. W kolejności są to: Hanna Krall i Małgorzata Szejnert. Oczywiście może to być kwestia przypadku. Nie sądzę jednak, i - podobnie jak Harry Martinson - mojego przekonania wyjaśnić nie potrafię. W 1937 r. pisał on tak:

"Język tkwi w nas nienarodzony i mówi: idziemy ku nowym wypowiedzeniom dopiero na wpół obudzonych myśli i przeczuć. A może to właśnie kobiety podniosą ten język z mroku i w ten sposób całkiem przemienią powierzchnię życia i poglądy dominujące w umysłach.

Że tak się stanie, wierzę i przeczuwam. Ale wypowiedzieć tego nie potrafię".

Przełożył Grzegorz Sokół

Maciej Zaremba jest szwedzkim dziennikarzem. Współpracuje z "Dagens Nyheter". W Polsce ukazał się ostatnio zbiór jego reportaży "Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji".Tekst jest przedmową do wydanej w Szwecji książki pt. "Ouvertyr till livet" ("Uwertura do życia"), będącej wyborem polskich reportaży literackich.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]