Reklama

Być w Żywcu na bani

Być w Żywcu na bani

29.09.2007
Czyta się kilka minut
W świecie anglosaskim najbardziej znanymi polskimi słowami są "Solidarność i"Żywiec. To pierwsze zostało już zupełnie wyprane ze znaczenia przez polityczną nowomowę. To drugie wPolsce kojarzy się zpiwem. Na świecie jednak wykształceni ludzie znają je zinnego powodu: stanowi ono ostatnie hasło w"Encyclopaedia Britannica ijest wytłoczone złotą czcionką na grzbiecie tomu XII.
P

Położony "za górami, za lasami" Żywiec jest niewielkim miastem, które zdołało jeszcze do niedawna zachować urok, klimat i obyczaje z dawnych czasów. Lokowane w XIII wieku, przez stulecia stanowiło kilkutysięczną społeczność złączoną silnymi więzami za sprawą małżeństw zawieranych najczęściej w jej obrębie. Miało przy tym wyraźnie polski charakter. Choć wśród nazwisk putoszy (mieszczan z dziada pradziada) wiele ma rodowód niemiecki (jak Juliana Reimschüssela, dyrektora Miejskiego Gimnazjum Kupieckiego), węgierski (jak Andrzeja Niklasa, felczera z początku XIX w.) czy czeski (jak rodziny Nawratilów), a w okolicznych górach spotykamy nazwy wołoskie (jak Madohora), to w Żywcu przybysze szybko się polonizowali. Najbardziej wymownym przykładem są losy żywieckiej linii Habsburgów, od 1838 roku właścicieli okolicznych dóbr, z których ostatni, jako oficer wojska polskiego, był podczas II wojny więziony przez Niemców.

Świadomość narodowa Żywczaków pojawiła się wcześnie. W 1799 r. pisarz miejski Marcin Rybarski zanotował: "W tychże czasach krytycznych Królestwo Polskie w roku 1772 rozszarpane między Monarchów Cesarza, Prusa y Moskwy. Resztę odebrali i podzielili się w 1796 y zakończyła się Polska" (pisownia tu i w innych cytatach oryginalna). Jednocześnie mieszczanie cieszyli się z uzyskanych dzięki reformom józefińskim wolności (od ucisku przez właściciela Żywiecczyzny - rodzinę Wielopolskich), czego wyrazem jest hasło umieszczone na żywieckim rynku właśnie wtedy, gdy "kończyła się Polska", w 1795 roku: "Ciesz się żubrze, jarzmo zostało złamane" (głowa żubra - lub tura - jest elementem herbu Żywca).

Ten pragmatyczny, pełen dystansu stosunek do spraw wielkiej polityki przypomina z jednej strony dialogi z Wyspiańskiego ("Cóż tam, panie, w polityce?"), a z drugiej klimaty z Hrabala czy Kundery. Wójt Andrzej Komoniecki, spisując pod koniec XVII wieku "Chronografię albo dziejopis żywiecki", ani razu nie wspomina Jana III Sobieskiego i jego wiedeńskiej wiktorii, a przecież wojska polskie musiały maszerować jeśli nie przez miasto, to przez najbliższą okolicę. Widać to nie było na temat.

W tym prowincjonalnym mieście świadomość narodowa była pod koniec XIX wieku na tyle silna, że ulice w centrum nosiły nazwy: Jagiellońska, Kościuszki, Sienkiewicza, a w 1910 r. odsłonięto pomnik grunwaldzki. Działały organizacje "Sokół" i "Strzelec", co sprawiło, że w 1914 roku bić się o Polskę wyruszyło 778 ochotników z Żywca i pobliskiej Suchej. Nawet jeśli doliczyć okoliczne wioski, jest to ogromna liczba! Ochotnicy stanowili około 10 procent mieszkańców; to tak, jakby dziś Polska wystawiła czteromilionową armię!

Jak pisze Wikipedysta: "18 lutego 1918 r. w Żywcu miała miejsce manifestacja antyaustriacka. Strajkowały zakłady, szkoły i urzędy, mieszkańcy wzięli udział w pochodzie. Odśpiewane zostały pieśni patriotyczne pod pomnikiem grunwaldzkim. 30 października 1918 r. na sygnał z Krakowa grupa mieszczan rozbroiła magistrackich wartowników. Następnego dnia na rynku zebrał się spory tłum gotowy do walki. Po negocjacjach dowódcy wojsk austriackich złożyli broń. Fakt ten został przyjęty z wielką radością, zaś żołnierzom, a byli to głównie Rumuni i Węgrzy, wypłacono żołd i wydano zaprowiantowanie na 10 dni... W drugiej połowie listopada 1918 r. Żywiec wysłał 2 kompanie na odsiecz Lwowa i uformował oddziały ochrony pogranicza w Milówce, Istebnej i Zabłociu".

Pomimo położenia na styku kultur polskiej, węgierskiej, czeskiej, wołoskiej i śląskiej, do Żywca rzadko docierały echa światowych wydarzeń. Największymi kataklizmami były pożary i zarazy. Wojny o sukcesję węgierską, najazd Szwedów czy przemarsze wojsk rosyjskich tłumiących powstanie węgierskie stanowiły rzadkie epizody. Niestety, II wojna światowa nie ominęła miasta. Żywiecczyznę włączono do Rzeszy, ludność padła ofiarą deportacji. Żywiec, oblegany w 1945 r. przez kilka miesięcy, częściowo spłonął. Został zajęty przez Armię Czerwoną dopiero 5 kwietnia.

Pod koniec oblężenia mieszkańców miasta ewakuowano do okolicznych wsi. Co kilka dni wysyłano kogoś dla sprawdzenia sytuacji. Do Żabnicy, gdzie przebywała moja rodzina, wiadomość o zajęciu Żywca przez Rosjan przyniósł prezes sądu Rafał Bendke. Przekazał ją w słowach: "kurka jajko zniosła, ale jajko jest czerwone".

Tym, którzy byli w Żywcu, kojarzy się on zapewne z widokiem rynku, stojącą w jego rogu piękną, okazałą dzwonnicą i wysoką, renesansową wieżą kościelną z charakterystyczną attyką i działającym (co w Polsce nieczęste!) zegarem. Dziś miasto ma już inny charakter niż jeszcze 30 czy 40 lat temu: rozrosło się, liczba ludności wzrosła wielokrotnie. Dzisiejsi mieszkańcy w większości nie znają jego historii, niektórzy pewnie nie uważają jej za dostatecznie dramatyczną czy ważną. Urocza książka Mirosława Miodońskiego "Rynek w Żywcu przez wieki" dowodzi, jak fantastyczne, ciekawe, straszne, śmieszne, smutne, podniosłe i ważne bywają losy skromnego rynku w skromnym mieście.

Książka nie jest monografią historyczną, raczej zbiorem szkiców, dających jednak poczucie ciągłości narracji. Poznajemy nie tylko szczegółowo dzieje tego zakątka Polski, ale i setki zabawnych dykteryjek. Dowiadujemy się na przykład, że Żywiec miał swego Nerona! Dyscyplina była w żywieckiej szkole egzekwowana tak skutecznie, że jeden z uczniów tego nie wytrzymał: podpaliwszy w nocy drewnianą "budę", wszedł na dzwonnicę i napawał się widokiem pożaru. Schwytany, uratował szyję dzięki ojcu, który własnym sumptem naprawił szkody.

Ciekawe są statystyki dotyczące alkoholu. Na początku XVIII wieku mieszczanie produkowali około 0,6 litra gorzałki na gospodarstwo rocznie. Zważywszy na dużą liczbę domowników, nie są to przerażające ilości. Problemem był za to hazard: za jego sprawą niejedna kamienica przy żywieckim rynku zmieniła właściciela. Zdarzały się też "katastrofy budowlane". Jak opisuje w swej kronice Komoniecki: "Dnia 20 czerwca [1726 r.], we święto Bożego Ciała, (...) była procesyja około Rynku, z kościoła farnego (...). [P] o pierwszej stacyjej (...) na porzędzi zachodniej od dzwonnicy idąc (...) ksiądz Jan Turowiecki, proboszcz żywiecki, przed domem Jerzego Rydla, mieszczanina i pisarza skarbowego zamkowego, Miemca, nad piwnicą jego załamał się pował, upad [ł] wszy [z Najświętszym Sakramentem] do dziury z ludźmi, aż ksiądz Jakub Borowic (...) jego wyrwał". Okazało się, że załamały się drewniane dźwigary podtrzymujące strop piwnicy przed domem.

Dowiadujemy się, ile kosztowała budowa miejskiego ratusza i ile blachy miedzianej można było za to kupić, ile razy do roku kąpano się w miejskiej łaźni, ile kto przegrał w kasynie i wielu jeszcze innych rzeczy z dziejów miasta, którego mieszkańcy wytworzyli uroczą kulturę, nosili wspaniałe stroje - męskie, wzorowane na szlacheckich kontuszach, i damskie, zdobione koronkami - a wielu miało "szpicmiana": dodatki do nazwiska rodowego (częste także u górali tatrzańskich), związane z zawodem, fizyczną charakterystyką lub jakimś epizodem z życiorysu. Miasta, w którym w ostatki główną ulicę, Kościuszki, od Rynku do mostu na Sole, wypełniali (niczym w Wenecji w karnawale) przebierańcy - dostojni mieszczanie, tego wieczora bawiący się pod osłoną masek. Miasta, które dało Polsce nie tylko piwo, ale i sympatyczne określenie skutków jego nadużywania - "być na bani".

W "Przesłaniu do przyszłych pokoleń", dokumencie znalezionym w 2001 r. w metalowej puszce na wierzchołku dzwonnicy, czytamy: "W nocy o godzinie 11-tej, 25 sierpnia 1902 Józef Wiśniowski, cieśla z Żywca, wyszedł na banię, która jest umieszczona na dzwonnicy i tam sobie zaśpiewał". Jak pisze Miodoński: "Zatem być w Rynku na Bańce znaczy wdrapać się wysoko, zaśpiewać tam - i przeżyć". I nie oznacza to nic złego. W 1902 r. Wiśniowski miał 19 lat. W 1914 r., przy okazji kolejnego remontu dzwonnicy zanotowano, że pracujący na dachu Józef Wiśniowski to: "żywczanin, obywatel żywiecki", znany z "karkołomnych robót przy wieżach kościelnych".

"Nie ma zaściankowej historii; mogą być tylko zaściankowi badacze" - Miodoński cytuje krakowskiego historyka Stanisława Grodziskiego. Dlatego trzeba czytać książki o rynku w Żywcu, Krynkach czy Włodawie. Kiedyś w telewizji Franciszek Starowieyski rozwodził się nad znaczeniem, jakie w życiu każdego człowieka ma tradycja rodzinna. Bezradna dziennikarka wykrztusiła: "Panu to łatwo mówić, bo pan ma taką wspaniałą tradycję rodzinną, a co ma powiedzieć taki zwykły człowiek »z bloku«?". Malarz spojrzał na nią groźnie i odrzekł: "Proszę pani, tradycję rodzinną to ma każdy człowiek, ale jak ktoś nie wie, jak się z domu nazywała jego babka, to jest to straszne niechlujstwo!". ?

Mirosław Miodoński, "Rynek w Żywcu przez wieki", Żywiec 2006, Towarzystwo Miłośników Ziemi Żywieckiej, Społeczny Instytut Historyczny, Biblioteka Żywiecka Nr 7.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]