Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Żychiewicz się nie starzeje

Żychiewicz się nie starzeje

17.01.2012
Czyta się kilka minut
S. Małgorzata Borkowska, benedyktynka, pisarka: Szukał i tym poszukiwaniem aż płonął; i potrafił czytelników rozpalić. Tomiki „Poczty ojca Malachiasza” były jedną z rzeczy, które przydały się mojemu ojcu, kiedy wracał do Boga.
A

ARTUR SPORNIAK: Kiedy Siostra poznała Tadeusza Żychiewicza?

S. MAŁGORZATA BORKOWSKA OSB: Należał do mojego pokolenia. Najpierw, w latach sześćdziesiątych, poznałam go jako czytelniczka, co w klasztorze żarnowieckim było wtedy oczywiste, gdyż odkąd pamiętam, czytało się „Tygodnik Powszechny” podczas obiadów w refektarzu. Zaczynałyśmy od „Obrazu tygodnia”, potem czytana była „Kronika kościelna” i po kolei artykuły. Gdy padało nazwisko Tadeusza Żychiewicza, wszystkie główki podnosiły się znad talerzy, bo jego artykułów słuchało się z zapartym tchem. Żychiewicz miał niesłychanie żywy styl, łatwo trafiający do czytelników.

Bliższy kontakt z Żychiewiczem nawiązałam pod koniec lat siedemdziesiątych dzięki polemice z nim. Wtedy to, wychodząc z popularnego, a nie przemyślanego obrazu życia zakonnego, napisał on jakiś tekścik do „Tygodnika”. Chodziło o organizację zajęć w klasztorach. Uważał, że tam dzieje się niesprawiedliwość, gdyż na jedne siostry spada cięższa praca np. fizyczna, a inne zajmują się pracą lżejszą. Żychiewicz zawsze był Don Kichotem broniącym uciśnionych; gdy znalazł kogoś, kto mu się wydawał prześladowany, natychmiast stawał w obronie. W liście do redakcji usiłowałam wyjaśnić, że podział prac można wprawdzie w niejednym przypadku ulepszyć, ale nie da się go całkiem skasować, bo on uwzględnia możliwości i przygotowanie poszczególnych osób. Jeśli np. jakaś siostra skończyła szkołę gastronomiczną, to prawdopodobnie nie będzie szczęśliwa, pracując jako sekretarka, choć to ze świeckiego punktu widzenia „wyższe” zajęcie! Już nie pamiętam, czy Żychiewicz odpowiedział na to jakimś gromem, jak to miał w zwyczaju.

Wkrótce później spotkałam się z nim w Tyńcu. Pomagałam wtedy benedyktynom opracowywać posoborowy brewiarz monastyczny. Żychiewicz zjawił się z racji jakiejś imprezy organizowanej przez opactwo. Pamiętam, że rozmawialiśmy, on i ja, z ojcem Piotrem Rostworowskim, choć nie pamiętam, na jaki temat. W każdym razie nagle zrozumiałam, że w tej rozmowie Żychiewicz uznał mnie za kolejną „uciśnioną”, której trzeba bronić. To było dość zabawne, ale tak się zaczęła nasza bezpośrednia znajomość.

Z czasem tak jakoś się ustaliło, że gdy Żychiewicz wydał nową książkę, to ja pisałam jej recenzję. Pisałam z radością, gdyż Żychiewicz był dla mnie wzorem nieliczenia się z nudną sztampą, obowiązującą w ówczesnym piśmiennictwie religijnym i naukowym. Dziś jeszcze miejscami pokutuje przekonanie, że im coś jest nudniej napisane, tym bardziej jest wiarygodne, a rzeczy dobrze napisane są podejrzane. Żychiewicz był wówczas głównym bojownikiem o żywą formę – o to, żeby nie robić nudy z tego, co jest w rzeczywistości ciekawe i ważne.

Rzadko trafiały się nam okazje spotkań, gdyż nieczęsto bywałam w Krakowie. Ale z Żychiewiczem byłam w kontakcie korespondencyjnym. Do dzisiaj w brewiarzu trzymam kartkę od niego ze ślicznym zimowym pejzażem.

A co jest na odwrocie?

Przypomnienie, że nie napisałam jeszcze recenzji z którejś z jego książek. Bardzo w jego stylu sformułowane! W każdym razie był on pisarzem, do którego miałam ogromne zaufanie – i do jego rozumu, i do serca.

Jednak bywał też krytykowany...

Miał, jak to nazywał, impet ormiański. Nieraz wiele rzeczy powiedział mocniej, niż myślał. Czasami była to świadoma technika wstrząsu, a czasami wynikało to po prostu z zacietrzewienia. Ale umiał się przyznać do błędu, jeżeli błąd stwierdził. Na przykład gdy spierał się z późniejszym opatem tynieckim ojcem Augustynem Jankowskim o posoborową liturgię. Zachwycił się nią dopiero wtedy, gdy na własne oczy zobaczył ją w Tyńcu.

Ale co do przekładu „Ojcze nasz” w Biblii Tynieckiej, do końca nie ustąpił. Pamiętam jego cudny tekst w tej sprawie. Bardzo żałował wtedy tej archaicznej formy „Bądź wola Twoja” zamienionej na bardziej współczesne „niech będzie wola Twoja”. Z tym „niech” w „Ojcze nasz” – pisał – jest jak w anegdocie o hrabinie, która przyjmowała kandydatkę na guwernantkę: „Angielski posiada? Francuskim włada? To niech siada!”.

Można było się z nim nie zgadzać, ale nie dało się nie śmiać z jego świetnego poczucia humoru. Jego teksty pobudzały do myślenia. Czy mamy cenić, kochać, przyjaźnić się tylko z tymi ludźmi, z którymi się pod każdym względem zgadzamy? Przecież nie ma takich.

Irytował go entuzjazm wobec posoborowych zmian. Czy to znaczy, że był konserwatystą?

Żychiewicz nie znosił etykietek. Nie był ani konserwatystą, ani progresistą. Był po prostu człowiekiem myślącym, któremu nie wystarczały frazesy, a frazesów po soborze pojawiło się sporo. Napisał cudny artykuł „Ja dialoguję, ty dialogujesz, on dialoguje”, w którym ironizował, że teraz wszystko w Kościele nazywa się dialogiem, np. odbył się dialog biskupa z księżmi: ksiądz biskup mówił, a księża go chwalili.

Potrafił być krytyczny zarówno wobec Kościoła przedsoborowego, jak i posoborowego Skąd czerpał inspirację – z Biblii?

Na pewno. Dla niego Pismo Święte było żywe i wypracował swój sposób czytania Biblii. Inaczej może by nie interpretował np. historii biblijnego Józefa tak, jak to robił. Ale to nie zmieniało faktu, że dawał do myślenia. Zarażał tym swoim podejściem – zarażał całym sobą, nie tylko samym rozumem, nie tylko samym uczuciem.

Bibliści zarzucali mu, że ignorował osiągnięcia współczesnej biblistyki, np. przyjmował jednego autora Księgi Izajasza, gdy tymczasem dziś wiadomo, że autorów było kilku.

Księga Izajasza była mu bliska, dostrzegał w niej przede wszystkim jej wewnętrzną harmonię, dlatego uważał, że miała jednego autora, choć wcale tak w rzeczywistości nie musiało być. A z drugiej strony, nie wszystkie argumenty biblistów od razu muszą mnie przekonać. Pamiętam pewnego biblistę, który na wykładach mówił, że skoro trudno sobie wyobrazić, iż Pan Jezus opowiadał apostołom przebieg swojego kuszenia, to wnioskujemy, że tego kuszenia w rzeczywistości nie było. Od kiedy to brak wyobraźni jest argumentem teologicznym?

Co na Siostrze robiło największe wrażenie w jego pisarstwie?

Umiejętność pisania biografii. Uwielbiam jego „Żywoty”. Żychiewicz pisał tylko o tych postaciach, czy to biblijnych, czy późniejszych, z którymi potrafił się zaprzyjaźnić. Nie pisał o postaciach, których nie rozumiał, albo z którymi by się nie porozumiał. Pisał np. o Awakumie ze wszystkimi jego krętymi drogami myślowo-teologicznymi, natomiast nie potrafił napisać o jakimś polskim księdzu, kandydacie na ołtarze, który podczas wojny prowadził duchowy dziennik i nic go więcej nie interesowało. Tego Żychiewicz nie mógł zrozumieć i tej postaci nie umiał pokazać. A ponieważ spędziłam dotychczasowe życie na próbach zrozumienia ludzi, o których sama pisałam, podejście Żychiewicza jest mi bliskie. On był wzorem człowieka, który przyjaźnił się nie tylko z tymi, z którymi miał wszystkie poglądy dokładnie zbieżne. Dzisiaj jest taka moda, że jeśli się idzie do szewca, to pyta się go najpierw, co sądzi o aborcji, bo jeżeli myśli inaczej niż ja, to idę do konkurencji.

Ciętym językiem robił sobie wrogów. To chyba nie najlepsza metoda zjednywania ludzi dla królestwa niebieskiego?

Jego adwersarze, jeśli mieli poczucie humoru, śmiali się razem z nim. Możliwe, że wśród jego licznych zalet brakowało taktu. Ale w życiu przecież nie chodzi o to, żeby sobie nie narobić wrogów.

Dlaczego został zapomniany jako pisarz?

Dzisiaj zrobił się gwar – namnożyło się ostrych polemistów. Poza tym mam wrażenie, że nasza pamięć nie sięga obecnie dalej niż jakieś dziesięć lat wstecz; ci, którzy odeszli wcześniej, są zapominani. Taki jest napływ nowych treści, tyle publikuje się książek, że nasza uwaga nie nadąża, a wolnego miejsca w pamięci ubywa. Ale szkoda, dla nas samych szkoda i strata, jeśli nie pamiętamy o Żychiewiczu. On sam natomiast nie dbał o pamięć dla siebie, nie dbał, co o nim mówią inni, on pracował dla tego, co widział jako prawdę i dobro, co jego zdaniem było człowiekowi potrzebne. To się nie starzeje. Tym bardziej szkoda naszej krótkiej pamięci.

Którą książkę Żychiewicza Siostra najbardziej ceni?

Przede wszystkim „Pocztę ojca Malachiasza”. W związku z nią mam osobiste wspomnienie. Tomiki „Poczty” były jedną z rzeczy, które przydały się mojemu ojcu, kiedy wracał do Boga. Po kilkudziesięciu latach obojętności religijnej mój ojciec odnalazł Chrystusa. Kiedyś mnie odwiedził w Żarnowcu, byłam wówczas bibliotekarką. Jednego z tych tomików miałyśmy dwa egzemplarze. Zapytałam matkę ksienię, czy mogę podarować go ojcu. Zgodziła się. Pamiętam, że ojciec położył sobie go w samochodzie na wierzchu nad kierownicą, tak się tą książką cieszył. Akurat wtedy czegoś takiego potrzebował.

Czego konkretnie?

Był synem luteranina i kalwinistki, więc do tego akurat problemu, który przed nim stanął, zupełnie był nieprzygotowany. (Matka moja z kolei była córką katolika i prawosławnej; dlatego, jako kundel ekumeniczny, przez całe życie byłam bardzo zainteresowana ekumenizmem). Żył na pożyczonym czasie od wojny, a konkretnie – od pobytu w oflagu, z którego po pęknięciu woreczka żółciowego został wykupiony przez mojego dziadka i ledwo odratowany. Dożył 1982 roku. Otóż już w liceum zamiast na lekcje religii chodził na wagary i przez całe życie był religijnie obojętny. A potem coś mu się zaczęło odwracać. Trudno się było zorientować, co ojciec przeżywa, gdyż był milczkiem – im coś było dla niego ważniejsze, tym głębiej to chował. Ale w końcu zaczęło wypływać. Najpierw mówił tylko, że chce mieć koniecznie katolicki pogrzeb. Dlaczego katolicki – tego nie wiedziałam. Dopiero potem się dowiedziałam, że odkrył, uwierzył i całym sercem przyjął fakt obecności Chrystusa w Eucharystii. Katolickiej... Ta prawda stała się dla niego najważniejsza na świecie przez ostatnie kilka lat życia. I jej to głównie tak intensywnie szukał. Czytał wiele, różne rzeczy znajdował, czasem tak dziwne zaułki donikąd, jak np. książki Kosidowskiego. Pamiętam jego komentarz po lekturze Żychiewicza: „Najbardziej mi się podoba, jak on robi durniów z ateistów”. Pomyślałam: jak na wieloletniego ateistę, nieźle! Potem dopiero się okazało, że on już dawno ateistą nie jest. W „Poczcie ojca Malachiasza” znalazł logiczne przedstawienie treści wiary, która dawniej wydawała mu się fantazją, a teraz nabierała cech rzeczywistości. Chciał wiedzieć, w jaki sposób można o tym myśleć. Okazało się, że można, i stąd jego radość.

Ateiści boją się irracjonalności wiary. Lęk zrozumiały – problem, jak pokazać racjonalność wiary.

Nas przede wszystkim uczono fałszywej dychotomii: rozum mówi jedno, wiara drugie. Bzdura! Rozum to przecież ja: i nie ja sobie mówię, tylko mój rozum może przyjąć albo jedynie dane zmysłowe, albo także dane intelektualne; świadectwo zmysłów, albo także świadectwo „ze słyszenia”, a więc Objawienie. Wiara zatem jest jedną z możliwych postaw mojego rozumu, a nie jakąś obcą istotą, która coś do mnie nierozumnego mówi.

Nie jest skokiem w nieznane?

Zależy, jak rozumiemy wiarę: jako treść czy postawę. To słowo jest dwuznaczne i cała bieda w tym, że lubimy dwuznacznymi słowami żonglować, jak nam wygodnie. Ja tu mówię o wierze jako postawie, zajmowanej przez mój rozum, czyli o otwarciu na treści także pozazmysłowe. Ale owszem, jest to jakiś skok, powiedzmy „w nieznane jeszcze”, ale już możliwe do przyjęcia.

Dlaczego człowiek to przyjmuje – ufa?

Motywacja jest czymś jeszcze innym. Mogę ufać, mogę być przekonany przez argumenty, mogę mieć za sobą jakieś przeżycie, które uważam za chwilę spotkania. Podejrzewam, że to ostatnie było udziałem mojego ojca.

Czy wobec realnej obecności Chrystusa w Eucharystii rozum nie jest bezradny?

To zmysły są bezradne, a nie rozum. Nasze doznania zmysłowe nie przebiją tego muru, ale właśnie rozum może uznać, że ten, który mówi, iż konsekrowana hostia jest czymś więcej niż opłatkiem, jest godny zaufania. Rozumem mogę przyjąć Objawienie.

Człowiek/rozum lęka się tutaj tego, że jeżeli Bóg jest w opłatku, to może być wszędzie...

I jest, chociaż w innym sensie; co innego przecież obecność Stwórcy w stworzeniu, co innego obecność sakramentalna. A cała bieda w tym, że człowiek okropnie boi się bliskości Boga – także człowiek wierzący. Także zakonnik czy zakonnica. Boi się, że Bóg mu poprzewraca wszystko, co on już sobie po swojemu ustawił. Żychiewicz pokazywał w swoich tekstach, że takie przewroty mają sens. Tak bardzo chcielibyśmy traktować Boga bezosobowo, najlepiej, żeby był wygodnym automacikiem, w który wrzuca się pieniążek i wylatuje, co potrzeba. A Bóg ma swoje pomysły i cele. On jest osobowy. W tym rzecz.

Mimo wszystko, jak tu nie lękać się np. starotestamentowego Boga, który kazał Izraelitom wyrzynać całe narody? Albo Boga nie rozumieli autorzy tych biblijnych tekstów, albo to ja nie rozumiem Biblii.

Myślę, że Boga ani oni nie rozumieli, ani my nie rozumiemy. W obu przypadkach Boga rozumiemy według własnych ograniczonych realiów. Jakkolwiek może się to wydawać dziwne, to jednak Bóg posługuje się tą niewydolnością człowieka, zniża się do jego poziomu pojmowania, żeby go uczyć o Sobie coraz więcej. Ale to nie znaczy, że myśmy Go już pojęli. Nawet po przyjęciu Ewangelii i po dwóch tysiącach lat istnienia Kościoła.

A Żychiewicz był jednym z tych, którzy nie pozwalają nam ani zobojętnieć, ani osiąść na laurach i oceniać wszystko i wszystkich z punktu widzenia własnej perfekcji. On szukał i tym poszukiwaniem aż płonął; i potrafił czytelników rozpalić.

ROZMAWIAŁ ARTUR SPORNIAK

S. MAŁGORZATA BORKOWSKA (ur. 1939) jest benedyktynką, znawczynią historii życia zakonnego. Tłumaczka i pisarka, także książek dla dzieci i literatury fantastycznej. W 2011 r. otrzymała doktorat honoris causa KUL. Autorka dwudziestu książek, w tym trzytomowego „Leksykonu polskich zakonnic doby przedrozbiorowej”, pastiszu „Do ciotusieńki dobrodziejki” oraz powieści fantasy „Wyspa szczęśliwa”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]